o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
niedziela, 13 lipca 2014
Wystawa budowli z klocków LEGO - cz.2

Druga partia zdjęć z cudeńkami zbudowanymi z najbardziej znanych klocków na świecie:

Trochę klimatów średniowiecznych...

... i renesansowych.

Bardzo dziki zachód (z prawej do miasteczka wjeżdżają Indianie).

Zagadka: z jakiego filmu pochodzi ta scenka?

C.K. Dezerterzy.



Straż pożarna w akcji.



Polski wrzesień 1939.

Walki na Pacyfiku (w powietrzu Grumman F6F Hellcat).

Niemiecki sprzęt pancerny.

Messerschmitt Bf-109 TL.

środa, 09 lipca 2014
Wystawa budowli z klocków LEGO - cz.1

W muzeum "Kocham Bałtyk" w Swarzewie (koło Władysławowa) do końca wakacji zobaczyć można wystawę budowli z klocków LEGO zatytułowaną "Morze Klocków". Poniżej zamieszczam pierwszą partię zdjęć z tego muzeum. Enjoy!

Na pierwszym planie "strażnik" budynku - ten marynarz był w którejś serii minifigurek, tylko bez tych sarmackich wąsów. 

W związku z nazwą muzeum i tytułem wystawy zacznijmy od tego oto modelu.

Czyżby Ragnar Lothbrok na dziobie?

Windsurfing, leżing, plażing i smażing.

Stacja Klocki-Zdrój...

... i okolice.

Kupiłem żółty ciągnik...

Kto by takiego nie chciał przygarnąć? Gdyby jeszcze jeździł na zakupy, sprzątał, gotował i wynosił śmieci...

Teraz mała porcja science-fiction.


Gwiezdny niszczyciel "Chimera".


Plan z filmu "Avatar".

sobota, 21 czerwca 2014
Niebanalny, erudycyjny… thriller?

Słowo "thriller" nie budzi skojarzeń z literaturą wysokich lotów między innymi dlatego, że książki z tego gatunku bazują najczęściej na wielokrotnie przerobionych schematach. Co prawda w Ad infinitum Michał Protasiuk skorzystał z tradycji powieści szpiegowskiej, sensacyjnej i thrillera właśnie (o czym informuje blurb), ale umiejętnie wymieszał ją z zupełnie innymi składnikami, tworząc tekst daleki od banału.

Tomasz Szymkowiak jest dobrze zarabiającym warszawiakiem w średnim wieku. Ma żonę, Ewę, z którą właściwie łączy go już tylko fakt posiadania wspólnego dziecka – ośmioletniej, autystycznej Alicji. W oczach dziewczynki nigdy nie zapalają się iskierki zrozumienia i empatii, a ludzie znaczą dla niej nie więcej niż otaczające ją przedmioty. To między innymi przez chorobę córki relacje małżeńskie Szymkowiaków uległy znacznemu pogorszeniu – pomiędzy Tomaszem i Ewą widać coraz wyraźniejszy emocjonalny i uczuciowy dystans. Mężczyzna ucieka w romans ze sporo młodszą kobietą; gdy wszystko wskazuje na to, że układ sponsor-studentka zamieni się w coś trwalszego, a Szymkowiakowi wydaje się, że zacznie nowy etap życia… ktoś w biały dzień uprowadza jego dziecko.

Równolegle śledzimy losy Davida Katznera – młodego i świetnie zapowiadającego się fizyka teoretycznego z Tel Awiwu, który zakwalifikował się na stypendium uniwersytetu w Lizbonie. Do portugalskiej stolicy przybywają także "gwiazdy" świata nauki pracujące nad różnymi aspektami wielkiej teorii unifikacji. Na uniwersytecie David nawiązuje znajomość z kolegą po fachu i swoim rodakiem, leciwym profesorem Mayerem Hochbaumem. Dzięki retrospekcjom poznajemy przeszłość Hochbauma, w tym ucieczkę jego rodziny z Budapesztu do Stanów Zjednoczonych (powstanie węgierskie, rok 1956), gdzie w dobie rządów Ronalda Reagana okoliczności zmusiły go do współpracy z CIA. W najtajniejszej komórce "firmy" Mayer zajmował się… badaniem zdolności telepatów zwanych Trójcą Świętą.

Pierwsze rozdziały książki są bardzo absorbujące i wywołują u czytelnika spore zaciekawienie – w jaki sposób autor połączy wątki Tomasza, Davida i Mayera?; co jest dla nich wspólnym mianownikiem? Początkowo Protasiuk serwuje bardzo sensowną prozę obyczajową, odpowiednio doprawioną przez dwie szybko wyłaniające się sprawy kryminalne (porwanie Alicji oraz zagadkowa śmierć chińskiego naukowca). Dalej dostajemy solidną porcję historii zimnowojennej z dominującą nutą szpiegowską – pojawiają się agenci amerykańscy i sowieccy, a akcja przenosi się z Ameryki do Budapesztu i Wiednia lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W zmaganiach wywiadów obie strony sięgają po niekonwencjonalne środki, jak choćby umiejętności wspomnianych telepatów. I tu właśnie pojawiają się elementy fantastyczne, choć trzeba zaznaczyć, iż są one ledwie małym, nieuwydatnianym dodatkiem.

Do tego dodajmy jeszcze liczne rozważania z fizyki teoretycznej, na czele z teorią strun, unifikacji oraz teorią wszystkiego. Na tym polu Protasiuk porusza się z zadziwiającą łatwością, niejednokrotnie błyszczy erudycją (dialogi ludzi ze środowiska uniwersyteckiego), ale pozostaje zrozumiały dla przeciętnego, dorosłego odbiorcy. W pewnym momencie Ad infinitum zbacza w kierunku thrillera, w czym główną rolę odgrywa grupa żydowskich ekstremistów – judajski mesjanizm wzbogaca już i tak niejednolitą mieszankę tworzącą całość. Czy zatem jest ona strawna? Jak najbardziej tak, połączenie różnych motywów i literackich gatunków (powieść obyczajowa, sensacyjna, thriller) wyszło książce na dobre. Na taki kolaż narzekać mogą jedynie ci, którzy, sugerując się informacjami na okładce, spodziewali się czystej wody dreszczowca. Ad infinitum ma natomiast jedną wadę większego kalibru: zakończeniu brakuje wyrazistości – można wręcz rzec, że jest ono nijakie i w dużej mierze gasi oczekiwania rozbudzone przez wielce obiecujący początek oraz rozwinięcie.

Z trzech najważniejszych postaci autor najwięcej miejsca poświęcił perypetiom Polaka, najmniej zaś – Davida. Szymkowiak to zwykły facet z kryzysem wieku średniego, a jego postępowanie niekiedy może budzić wątpliwości natury etycznej. Ciekawiej przedstawiony został – obdarzony naturą pracowitego i dociekliwego naukowca oraz bogatym życiorysem – Mayer Hochbaum. Nie gorzej od niego prezentuje się kilka postaci pobocznych, w tym bezkompromisowa budapesztańska policjantka, człowiek-kameleon i były funkcjonariusz węgierskiego aparatu bezpieczeństwa, Gusztav Borbély czy wreszcie pracujący dla KGB, dotknięty autyzmem Putnis. Choroba ta stanowi zresztą klucz do rozwiązania powieściowych zagadek i jest pretekstem do postawienia kilku pytań. Czy da się poznać naszą rzeczywistość? Czy to autystycy widzą ją taką, jaka jest naprawdę? Tak trudno nam zrozumieć innych, "normalnych" ludzi (relacje Tomasza z żoną i kochanką), a co dopiero osoby cierpiące na autyzm.

Jeśli szukacie lektury nieoklepanej i inteligentnej, powstałej przez połączenie wymienionych w recenzji gatunków, to Ad infinitum będzie dla Was odpowiednią propozycją. Szkoda tylko, że najsłabszy akcent w powieści pada na jej zakończenie. Właśnie za ten feler obniżam ostateczną ocenę książki.

____________________________

AUTOR: Michał Protasiuk

TYTUŁ: Ad Infinitum

WYDAWNICTWO: Powergraph

MOJA OCENA: 4,5/6 

środa, 30 kwietnia 2014
Magiczna lektura

Boy’s life, najbardziej znana powieść Roberta McCammona, w Polsce ukazała się jako Magiczne lata. I w tym tłumaczeniu tytuł pasuje do treści nawet lepiej niż oryginalny.

Otwarcie całej opowieści jest dość nietypowe: we wstępie do czytelnika zwraca się sam główny bohater i narrator – pisarz urodzony w południowej Alabamie na początku lat pięćdziesiątych. Mężczyzna przedstawia się jako Cory Jay Mackenson i zaprasza w podróż w przeszłość do miejscowości Zephyr, do czasów kiedy był dwunasto-trzynastolatkiem. Co prawda po takim wprowadzeniu wiemy już, że protagonista wyjdzie cało ze wszystkich opisywanych dalej epizodów, ale – zapewniam! – w żaden sposób nie umniejsza to przyjemności płynącej z lektury.

Akcja Magicznych lat rozgrywa się na przestrzeni dwunastu miesięcy, zaczynając od wiosny 1964, a kończąc na zimie 1965 roku. Cztery pory roku stanowią kolejne części powieści, co nasuwa skojarzenia ze znanym zbiorem nowel Stephena Kinga. Wszystko rozpoczyna się w momencie gdy Cory i jego ojciec stają się jedynymi świadkami osobliwego wypadku: do jeziora zjeżdża samochód z unieruchomionym wewnątrz kierowcą. Mackenson senior nurkuje do wody, lecz okazuje się, że nie można uratować zamkniętego w aucie mężczyzny, gdyż… został on wcześniej skatowany i zabity. Kto stoi za tym morderstwem?

Myli się ten, kto sądzi, że teraz wszystko potoczy się jak w rasowym kryminale, bowiem książki McCammona nie da się przypisać do jednego literackiego gatunku. Zagłębiając się w lekturę, szybko przekonujemy się, że w Zephyr dzieje się mnóstwo niezwykłych rzeczy, czasem wywołujących dreszczyk emocji, czasem wzbudzających grozę, bardzo często owianych mgiełką niesamowitości lub wręcz opierających się na zjawiskach paranormalnych. Niepozorne miasteczko kryje w sobie wielkie sekrety i… magię, nawet jeśli przyjmiemy, że niektóre wydarzenia zostały wyolbrzymione przez chłopięcą wyobraźnię narratora.

Autor zaserwował czytelnikom tak wiele wątków i tajemnic do odkrycia, że spokojnie można nimi obdzielić kilka powieści, a motywy z niejednego rozdziału świetnie nadawałyby się na materiał do osobnych opowiadań. Czegóż tu nie znajdziemy! W rzece przepływającej przez Zephyr żyje niezidentyfikowane monstrum, na pobliskich szosach co jakiś czas pojawia się samochód-widmo, Cory jeździ na magicznym rowerze (czy naprawdę jest magiczny czy to tylko dziecięca fantazja?), w dzielnicy dla czarnoskórych mieszka staruszka uważana za wiedźmę voodoo, okolicą trzęsie groźna szajka, a jeden z mieszkańców miasta utrzymuje, iż był kiedyś niezrównanym rewolwerowcem. Ilość intrygujących historii opowiedzianych na ponad sześciuset stronach jest imponująca; wprost nie sposób ich wyliczyć! Parafrazując słowa jednej z postaci, Vernona (alter ego McCammona): ta książka porusza także sprawy drobne, codzienne, składające się na wspomnienia przeżytych chwil. Poza wszelkimi niezwykłościami występują w niej więc takie tematy jak dorastanie, szkolne życie, młodzieńcza przyjaźń, czy znacznie poważniejsze jak przestępczość i korupcja, śmierć oraz związane z nią emocje i poczucie pustki po odejściu bliskich.

Podczas czytania Magicznych lat trudno zapomnieć w jakich czasach osadzono fabułę. Aby tak było, autor co jakiś czas podsuwa nam odpowiednie nazwiska (Kennedy zastrzelony w listopadzie 1963, Castro) lub drobne wzmianki o wojnie w Wietnamie czy próbach z bronią atomową. Nadal obowiązuje segregacja rasowa, a Ku Klux Klan w południowych Stanach Zjednoczonych ma swoich zagorzałych zwolenników. Gospodarczo kraj znajduje się w okresie prosperity, co widać chociażby po gwałtownej ekspansji supermarketów, które wypierają z rynku drobnych sprzedawców i producentów. Wprawdzie historyczna "otoczka" nie jest tak rozbudowana (bo nie tak ważna) jak w przypadku Dallas’63 Kinga, ale i tak w zupełności wystarcza.

Gdyby posłużyć się uproszczeniami, Magiczne lata to w jakiejś części thriller z satysfakcjonującym zakończeniem (rozwiązanie zagadki zabójstwa), wzbogacony domieszką horroru, a w jeszcze większej mierze – proza z pogranicza głównego nurtu i realizmu magicznego w najlepszym wydaniu. McCammon powoli, kawałek po kawałku, odkrywa obraz zaczarowanego miasta i jego okolic, co u czytelnika wzmaga tylko ciekawość i ani na chwilę nie wywołuje uczucia znudzenia. Ponieważ wszystko ukazane zostało z perspektywy dziecka, tekst pełen jest barwnych, przemawiających do wyobraźni opisów – nawet rzeczy zwyczajne nabierają tu niezwykłego wymiaru (to, co dorosły określiłby jako "zwyczajne", dla chłopca wcale takie być nie musi). Powieść cechuje odpowiedni do wieku narratora klarowny styl pozbawiony zdaniowych łamańców; innymi słowy: nie znajdziemy w niej jakichkolwiek eksperymentów językowych. I to absolutnie nie jest mankament!

Magiczne lata przyniosły mi urzekającą, chwytającą za serce lekturę. To jedna z tych książek, o których łatwo się nie zapomina. Fabuła powinna wciągnąć i nastolatków, i znacznie starszych miłośników fantastyki – któż z Was nie chciałby ponownie zanurzyć się w świecie przygód i dziecięcej fantazji?

_________________________________

AUTOR: Robert McCammon

TYTUŁ: Magiczne lata

WYDAWNICTWO: Papierowy Księżyc

MOJA OCENA: 5,5/6

piątek, 25 kwietnia 2014
Odświeżone recenzje

Na Poltergeiście dostępne są moje dwie recenzje książek z serii Uczta Wyobraźni autorstwa Iana McDonalda oraz Paolo Bacigalupiego. Oba teksty publikowałem na bloxie już jakiś czas temu, ale polecam lekturę ich nowych, odświeżonych i poprawionych, wersji:

Dom derwiszy; Dni Cyberabadu,

Nakręcana dziewczyna; Pompa numer sześć.


Zachęcam też do przeczytania recenzji, które miałem przyjemność (współ)redagować:

Ciemna strona,

Wielka wyprawa księcia Racibora,

Kapitanowie 1941,

Pradawne zło,

Ciemny Eden.

środa, 26 marca 2014
Zdjęcia z Pyrkonu - cz.2

Cudeniek z Lego ciąg dalszy.

Modele bardzo zaawansowane.

A wśród nich niszczyciel czołgów Jagdpanther w skali 1:18.

Cóż, te laski z pewnością mają siłę przebicia.

Na konwencie nie zabrakło miłośników steampunka (ja akurat wolę inny nurt z "punkiem" w nazwie).

Teraz trochę klimatów fantasy...

Herby wielkich rodów Westeros - no to komu kibicujecie?

Figurki z Yatta.pl.

Ciekawe, czy jakiś producent pomyślał o takim R2D2 z funkcją odkurzacza?

Wszystko fajnie, tylko dlaczego Kapitan ma twarz Tomasza Lisa?

No, tu już dużo lepiej (choć do oryginału, czyli boskiej Scarlett daleko).

Prawda, że zielonoskóry jest na swój sposób sympatyczny?



Nie samą fantastyka człowiek żyje.

Debiutancka powieść Pawła Majki (w marcowej NF oceniona na 5). Żeby dostać książkę, na spotkaniu z jej autorem wystarczyło odpowiedzieć na dość proste pytanie.

poniedziałek, 24 marca 2014
Zdjęcia z Pyrkonu - cz.1

Spotkanie z redakcją „Nowej Fantastyki” i „Czasu Fantastyki”. Od lewej siedzą: Maciej Parowski, Michał Cetnarowski i Marcin Zwierzchowski.

Spotkanie z Krzysztofem Piskorskim. Dzień wcześniej (w piątek) autor poprowadził świetną prelekcję pod tytułem „Szaleni naukowcy, szalone teorie” – momentami było makabrycznie (Piskorski mówił m.in. o takich indywiduach jak doktor Mengele), a momentami naprawdę zabawnie.

No i Star Warsiaki…

„Musisz poczuć otaczającą cię Moc”.

Zdjęcie tego modelu Sokoła Millenium jest nawet na Wikipedii. Wieeelki szacun dla konstruktora!

No i jaka jest wartość bojowa takich dronów w starciu z rycerzem Jedi pokroju Yody?



Pokaz mody postapokaliptycznej. Panie…

… i panowie.

Uniwersum Metro 2033. Stalker jak stalker, ale ta stalkerka… (mrrr…) – ciekawe, czy kiedykolwiek rozstaje się ze swoim AK?

Poza knigą Lenina (to dopiero musi być „fascynująca” lektura) i knigami z Metra leży tu jeszcze bardzo dobra rzecz, a mianowicie „Wojna Iwana” C. Merridale. Jak wyglądała dola zwykłego sołdata? Najkrócej mówiąc: prze…ane jak w ruskim czołgu!

Ekipa na kawałku dżipa.

A co gdyby w świecie postapo zabrakło piwa?

Cudeńka z klocków Lego.

Poznajecie postać w tle na portrecie? Na pewno poznajecie.

piątek, 31 stycznia 2014
The End (?)

Wszystko, co dobre ma swój koniec. Prowadziłem tego bloga przez trzy lata i czuję, że obecnie pisanie o książkach sprawia mi znacznie mniej frajdy niż kiedyś, a opublikowanie nowego wpisu nie daje już takiego poczucia satysfakcji. Uprawianie hobby, które przestaje być przyjemnością, a zaczyna być jedynie przyzwyczajeniem, mija się z celem. Tym bardziej, że ostatnimi czasy stworzenie nowej recenzji zabierało mi za dużo czasu, a momentami i tak nie pozbywałem się wrażenia, że powtarzam pewne utarte zwroty i słowa (takie samo wrażenie mam czytając recenzje wielu innych osób). Między innymi z tych powodów, po dłuższym namyśle, postanowiłem zakończyć swoją sieciową działalność… lub przynajmniej zawiesić ją na czas nieokreślony. Używając terminologii z science fiction: blox przechodzi w stan hibernacji. Oczywiście nadal pozostanę kulturożercą, nastawionym w pierwszej kolejności na bardzo szeroko pojętą fantastykę. Zamierzam czytać znacznie więcej (to komfort czytać tylko dla przyjemności, bez analizowania tekstu i bez sporządzania notatek), odwiedzać ulubione blogi i oglądać nie mniej filmów oraz seriali niż w roku poprzednim.

Na odchodnym: wszystkim szukającym dobrego serialu sf, skierowanego do poważniejszych widzów z całego serca polecam Äkta människor (tytuł polski – Prawdziwi). Dziwne, ale jeszcze nigdzie nie widziałem recenzji tej szwedzkiej produkcji. A szkoda, bo warto rozpowszechniać o niej informacje – jak stwierdził mój znajomy: problemowa fantastyka zawsze jest w cenie. I jeszcze drobna uwaga: o Äkta människor niechaj z miejsca zapomną zwolennicy efekciarstwa rodem z Hollywood… Jak dla mnie – serial bomba!

Pozdrowienia dla blogerskiej braci!

wtorek, 31 grudnia 2013
Podsumowanie 2013

W mijającym roku na bloxie zamieściłem 25 recenzji książek (3 są do przeczytania na Poltergeiście), z czego 9 w formie skróconej, w ramach rzutu okiem. Myślę, że ta nowa kategoria stanowi dobre urozmaicenie standardowych wpisów i dlatego nadal będzie funkcjonować. Drugą nowością, moim zdaniem korzystną, było wprowadzenie leadów do pełnowymiarowych recek – teraz wyglądają one jakoś tak… zgrabniej. Wśród opisywanych pozycji jak zwykle dominowała fantastyka (14); na drugim miejscu znalazły się kryminały (6), a dalej powieści historyczne (3). Opisałem też jeden album historyczny (Rycerze. Historia i legenda PWN-u). Z zaszufladkowaniem antologii Księżyc na wodzie miałem problem, ostatecznie wrzuciłem ją do kategorii mainstream – to takie uproszczenie w ramach zachowania porządku.

Całkowicie zaniedbałem opisywanie filmów, co wcale nie oznacza, że nie oglądałem niczego godnego uwagi – 2013-ty upłynął u mnie głównie pod znakiem wciągających niczym wodny wir seriali: fantastycznych, obyczajowych, kryminalnych. No i znalazłem pośród nich prawdziwy diamencik, do którego doskonale pasuje określenie "problemowa science fiction". Nie, nie zrobiono go w USA! Mam nadzieję, że już w styczniu znajdę trochę czasu, aby coś o nim napisać, czego jeszcze nikt na znanych mi blogach nie zrobił. Filmów fantastycznych widziałem w tym roku sporo, ale nie zachwycił mnie ani Oblivion z wiecznie młodym Tomkiem (skopana, cukierkowa końcówka), ani Elizjum (sporo nielogiczności, dużo słabsze od Dystryktu 9), ani tym bardziej produkcje pokroju Pacific Rim (przyzwoita rozrywka z lekkim przymrużeniem oka, przedni reżyser) czy Riddick (powtórka z Pitch Black, tylko rozgrywająca się w innej scenerii). Nadal czekam na nowe, sensowne filmy oparte na twórczości Philipa K. Dicka, bo druga wersja Pamięci absolutnej była jedynie sensacyjką przyodzianą w kostiumik sf.

OK, wracam do literatury. Najlepsze knigi, jakie przeczytałem w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy to zdecydowanie Limes Inferior Zajdla i Lód Dukaja. Tej drugiej nie recenzowałem, gdyż… nie czułem się na siłach, by to zrobić. Tym bardziej nie uczynię tego teraz, jakieś 8-9 miesięcy po lekturze. Ograniczę się więc do krótkiego komentarza. Lód to najbardziej monumentalne dzieło w polskiej fantastyce – prawdziwy kolos, nie tylko pod względem gabarytów. Dodam od razu, iż kolos ten ma nogi niezwykle stabilne, a nie gliniane. Przy niespotykanym rozmachu i rozmiarach (ponad 1000 stron) autor ani na moment się nie pogubił; stworzył powieść jedyną w swoim rodzaju, przebogatą, pełną filozofii, polityki i historii. Rozsmakować można się w języku: stylizowanym na dwudziestolecie międzywojenne, wzbogaconym rusycyzmami, gdzieniegdzie poprzetykanym zdaniami w języku angielskim czy francuskim. A czytać trzeba, jak to zazwyczaj z utworami tego pana bywa, spokojnie i z uwagą. Jak napisał Parowski w ostatniej NF, przez wydanie Lodu Dukaj wszystkim pisarzom podwyższył poprzeczkę. I to nie tylko tym, którzy chcą płodzić rozbudowane historie alternatywne. Ten facet jest po prostu absolutnym Masterem, bo swoją wyobraźnią mógłby obdarzyć rzesze twórców. Muszę jednak zgrzeszyć: mimo wszystko uważam, że skrócenie powieści o jakieś dwieście stron wcale nie zrobiłoby jej krzywdy…

MOJA OCENA: 5,5/6

Jeśli nie dopadnie mnie tzw. leniwiec i zachowam motywację do dalszego tworzenia bloga, na pewno nie będę opisywać książek słabych (szkoda czasu, oczu i kasy), fantastyki skierowanej do dużo młodszych odbiorców (young adults), nie wspominając już o paranormal romansach i innych tego typu literackich dziwolągach.

Na zakończenie, osobom czytającym te słowa: wszystkiego najlepszego
w Nowym Roku!

poniedziałek, 30 grudnia 2013
Więcej mainstreamu niż fantastyki

Mort Castle, dobrze znany miłośnikom horroru, słynie głównie z opowiadań – opublikował ich ponad 350; za niektóre nominowano go do takich nagród jak The Pulitzer Prize czy Bram Stoker Award. Amerykanin lubi mieszać grozę z innymi gatunkami literackimi, czego przykłady widać w zbiorze Księżyc na wodzie zawierającym dwadzieścia dwa, w większości dość krótkie teksty z lat 1972 - 2000.

Czytając blurba na okładce, a później dwie mocno komplementujące twórczość pisarza przedmowy, można odnieść wrażenie, że oto trzymamy w dłoniach genialną antologię. Wiemy, jak nadęte bywają tego rodzaju peany, jednak niejednokrotnie tkwią w nich trafne uwagi dotyczące danej książki. W tym przypadku nie sposób spierać się ze stwierdzeniem, że na korzyść wielu utworów z Księżyca na wodzie przemawiają zwięzłość, zwarta fabuła, a także trudne do odgadnięcia zakończenia. Lubicie uderzające, mocne puenty? Taka właśnie wieńczy pierwsze opowiadanie – Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu. Bohater, niegrzeszący prawością Johnny Forrester, umiera w szpitalu i w ostatnich chwilach przywołuje w pamięci obrazy z przeszłości. Castle eksponuje temat negatywnych relacji i emocji na linii ojciec-syn, a sama puenta – zahaczająca o fantastykę – jest pesymistyczna i w bezwzględny sposób odziera Johnny’ego (czytelnika również) z danej mu wcześniej nadziei. W podobny sposób mrożą ostatnie zdania w Tato jest naprawdę bystry (chłopiec zazdrosny o swego braciszka), Porze przyjęcia (dziecko chowane jak zwierzę) oraz Uzdrawiaczach. Na ostatni z tych tekstów składają się trzy, oparte na motywach bliskich horrorowi, bardzo treściwe historyjki, w których słowo "uzdrawiacz" należałoby wziąć w spory cudzysłów.

Właściwie autor bardzo rzadko operuje grozą w czystej postaci. Poza Uzdrawiaczami zetkniemy się z nią jeszcze tylko w Starym człowieku i zmarłych, co dzieje się za sprawą… żywych trupów. Proszę teraz nie kręcić głową z dezaprobatą! Zombie pojawiają się w czasie trwania krwawych konfliktów, gdy na ziemi rozpętuje się piekło. Właśnie wojny budzą w ludziach najgorsze, niemożliwe do opanowania demony – dlaczego nie miałoby to dotyczyć zmarłych? Obserwujemy więc sceny z życia protagonisty: bliżej nieokreślony szpital polowy, walki w Hiszpanii, okropności drugiej wojny światowej i borykanie się z depresją w czasach powojennych… W innych krótkich formach Castle również straszy, ale całkowicie rezygnuje z elementów nadprzyrodzonych i przechodzi na pozycje bliższe Ketchumowi lub Kingowi w wydaniu kryminalnym (mam na myśli chociażby Czarną bezgwiezdną noc). Miejsce Hendersona/ Dziewczyna o oczach w kolorze lata dotyczy dość przypadkowego – choć nie mniej przerażającego od dokonanego z zimną krwią – morderstwa, a Miłość, nienawiść i piękne morze złomu, będące w jakiejś części opowieścią o granicach zdrowej wyobraźni, pokazuje jak niewiele może dzielić tytułowe uczucia. Do tej samej grupy tekstów zaliczyłbym Historię Dani (pospolita napaść bywa dla ofiary najgorszym horrorem), Wiadomość (o banalnym, pozbawionym diabolicznego wymiaru złu), Dodatkowe korzyści (sadystyczne upodobania pewnego właściciela sklepu), a także wspomniane Tato jest naprawdę bystry i Porę przyjęcia. Trzeba odnotować, iż proza autora różni się od Ketchumowej brakiem dosłownych, makabrycznych opisów i wcale nie wydaje się przez to mniej wyrazista.

Najdłuższe opowiadanie – Kasztanowy Jim w Egipcie, mieści się na trzydziestu stronach. Akcja dzieje się w 1925 roku, w hrabstwie Williamson (stan Illinois), gdzie dochodzi do górniczego strajku. Występują tu postacie historyczne, a rolę antagonisty odgrywa jeden z ówczesnych przywódców Ku Klux Klanu. Po przeciwnej stronie barykady stoi Kasztanowy Jim – zagadkowa osoba, której obecność pozwala zaliczyć tekst do fantastyki (wszystkie pozostałe są głównonurtowe). Problem rasowej nienawiści pojawia się też w Pewnego dnia zrobię film (Ameryka, lata czterdzieste ubiegłego wieku) oraz w Jaś, Małgosia i Baba-Jaga: listy do artystki (szalejący w hitlerowskich Niemczech antysemityzm). Ważny wycinek historii Stanów Zjednoczonych, z prezydentem Roosveltem i okresem Wielkiego Kryzysu, odnajdziemy w króciutkim FDR: historia miłości. Grupa jazzmanów to bohaterowie opowiadania tytułowego – miłosna fascynacja jednego z członków zespołu miesza się z heroiną, tworzeniem muzyki i lirycznym smutkiem. Nie tylko tu głośno pobrzmiewa jazz i padają nazwiska związane z tym gatunkiem muzycznym; legendarnemu saksofoniście, Charliemu Parkerowi poświęcona jest nastrojowa elegia Bird nie żyje. Tematycznie podobne (śmierć bliskich i związana z tym duchowa strata), choć pod względem klimatu zupełnie inne jest ocierające się o realizm magiczny Altenmoor, gdzie tańczą psy. W sumie więc dostajemy do rąk zbiór z dość różnorodną zawartością.

Nie wszystkie krótkie formy z Księżyca na wodzie opisałem w niniejszej recenzji. Większość z nich reprezentuje mainstream, a nie szeroko pojętą fantastykę, co – nie ukrywam – trochę mnie rozczarowało. Dyskutowałbym z tym, że autor posługuje się szczególnie pięknym, wysmakowanym językiem, znam bowiem pisarzy, którzy sztukę władania słowem pisanym wznieśli na wyższy poziom. Kilku ważnych walorów antologii odmówić jednak nie mogę: Castle świetnie komponuje zwięzłe teksty, potrafi spiorunować puentą i sprawnie porusza się po i między różnymi gatunkami literackimi. Dlatego, choć jako fantasta po lekturze odczuwam lekki głód, antologii wystawiam 4,5.

_________________________

AUTOR: Mort Castle

TYTUŁ: Księżyc na wodzie

WYDAWNICTWO: Replika

MOJA OCENA: 4,5/6 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    



Spis moli