o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
wtorek, 14 grudnia 2010
Narodowa rozrywka

Nie jeden raz spotykałem się z pewną opinią o twórczości mistrza literatury grozy, Stephena Kinga: im starsze jego książki, tym lepsze. Biorąc pod uwagę fakt, iż stosunkowo niedawno napisane „Ręka mistrza” oraz „Pod kopułą” zebrały pozytywne (lub w większości pozytywne) recenzje, powyższe stwierdzenie może nie być do końca prawdziwe. Cóż, ciężko mi się do tego odnieść gdyż -wstyd się przyznać- „Wielki marsz” jest dopiero trzecią książką Kinga, którą przeczytałem. Jako fan fantastyki z pewnością postaram się nadrobić to karygodne zaniedbanie. W kolejce już czeka „Sklepik z marzeniami”, ale do rzeczy, do rzeczy…

„Wielki marsz” powstał w 1979 roku, należy więc do wcześniejszych powieści Stephena Kinga. Pomysł na fabułę przypomina mi nieco (oparty na książce) film Sydney Pollacka „Czyż nie dobija się koni?”. Oto stu chłopców bierze udział w morderczym marszu, z którego tylko zwycięzca może dostąpić nagrody i uwielbienia tłumu, a co najważniejsze – tylko on może zachować życie. Dla pozostałych „zawody” kończą się gdzieś na wielokilometrowej drodze lub ewentualnie poboczu. Wszyscy uczestnicy marszu zgłosili się na ochotnika, choć kierowali się przy tym bardzo różnymi pobudkami. Zwolnienie poniżej założonej szybkości minimalnej z jakiegokolwiek powodu skutkuje otrzymaniem ostrzeżenia od pilnujących ich żołnierzy. Po trzech ostrzeżeniach w konkretnym przedziale czasowym dany uczestnik marszu jest mocno zagrożony czerwoną kartką. Ta jest jednoznaczna z zabiciem na miejscu. Żołnierze, rzecz jasna, nie poruszają się na piechotę; w eliminowaniu kolejnych zawodników są tyleż skuteczni, co pozbawieni emocji i najmniejszych skrupułów. Pochód trwa – w słońcu i spiekocie, w zimnie, mgle i deszczu. Chłopcy otrzymują wodę i co pewien czas żywność, a załatwianie potrzeb fizjologicznych związanych z przemianą materii w takich warunkach często skutkuje upokorzeniem i ostrzeżeniami. Nietrudno się domyśleć, co może dziać się z organizmem człowieka, który pod groźbą śmierci musi stale podążać przed siebie, niezależnie od warunków pogodowych i pory dnia. Nawet jeśli jest silnym młodzieńcem z żelazną kondycją i świetnym przygotowaniem fizycznym prędzej czy później czekają go zmagania z brakiem snu, odciskami i pęcherzami, czasami przeziębieniem oraz skrajnym wyczerpaniem organizmu. Dla Kinga ważniejsze jest jednak to, co dzieje się w głowach chłopców, szczególnie po kilku dniach od startu i po kolejnych egzekucjach. W miarę „topnienia” początkowej setki wzrasta dramatyzm,  coraz częściej dochodzi też do rozpaczliwych aktów ze strony zawodników. Ci, którzy utrzymują się przy życiu na różne sposoby starają się znaleźć w sobie choć cień motywacji, by jeszcze powalczyć. Niektórzy chcą już  tylko odejść z godnością. Nawet w tak kuriozalnej sytuacji, która zakłada skrajną rywalizację chłopcy rozmawiają ze sobą, tworzą więzy przyjaźni, pomagają kolegom, choć nie wszyscy i nie do samej „mety”.

Po co ten krwawy teatr? Ku uciesze gawiedzi, bo wielki marsz jest narodową rozrywką Amerykanów. Co więcej: posiada wieloletnią tradycję! W miastach leżących na trasie chłopców witają tłumy ludzi, a im większe miasta i im bliżej końca, tym większa jest uciecha gapiów. Krzyki, wiwaty, transparenty… Zdaje się, że uwielbiają uczestników, największe zainteresowanie budzi jednak śmierć. Nawet wypróżnianie się na drodze przez głównego bohatera powoduje w ludziach niezdrowe emocje. Twarz tłumu jest zawsze taka sama – jak zauważa jeden z bohaterów. Choć współczesna telewizja nie posunęła się tak daleko, mamy przecież i w naszej rzeczywistości przykłady przekraczania granic dobrego smaku i łamania kolejnych barier w programach rozrywkowych, na przykład typu reality show. Może rzeczywiście przedstawiciele gatunku homo sapiens zawsze potrzebują igrzysk bez względu na czasy i miejsce… Co jakiś czas pojawia się jeżdżący jeepem, owiany sławą i patetyczny Major, co tworzy konkretny kontekst, budzi we mnie skojarzenia z wojnami (Wietnam) i posyłaniem na nie bardzo młodych, naładowanych wzniosłymi hasłami, naiwnych ludzi. Również ochotników, nieświadomych piekła, w jakie się pakują. Kiedy zadają sobie pytanie „Co ja tu robię i o co właściwie walczę?” jest już zdecydowanie za późno. Dokładnie tak samo jest z maszerującymi, a później słaniającymi się z wycieńczenia chłopakami.

Czytając „Wielki marsz” łatwo domyślimy się, kto będzie zwycięzcą, co wcale nie musi oznaczać wady; nie to jest w książce najistotniejsze. Stefan Król stworzył krótką powieść z gatunku tych, co „same się czytają”, ciekawą i niebanalną. Zapewnił też coś niezwykle ważnego- mnogość interpretacji…

_________________________________

AUTOR: Stephen King

TYTUŁ: Wielki marsz

WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: King
20:02, jareckr , Fantastyka
Link Dodaj komentarz »
Dwa nagie miecze

Chyba każdy, kto czytał Sienkiewiczowskich Krzyżaków i widział film Aleksandra Forda jest w stanie przywołać w swojej pamięci obraz krzyżackiego posła, który wbija w ziemię przed Jagiełłą dwa nagie miecze- symbol wyzwania do bitwy na otwartym polu. W podobny sposób zaczyna się nowa powieść Jacka Komudy „Krzyżacka Zawierucha”, z tą jednak różnicą, że posłowie przybywają do Jana Kazimierza w roku 1454, przed starciem pod Chojnicami. Ten wyzwanie przyjmuje. Takie zdarzenie w rzeczywistości nigdy nie miało miejsca, o czym autor informuje w przypisach. Niestety Polacy - z wizją zgotowania wrogom drugiego Grunwaldu wymalowaną przed oczami - wspomnianą bitwę przegrywają sromotnie.

Do niewoli trafiają syn i wnuk osławionego Zawiszy Czarnego z Garbowa. To ten drugi staje się bohaterem powieści; zapatrzony w wizerunek dziadka będzie musiał skonfrontować wyznawane rycerskie ideały z brutalną rzeczywistością. Łatwo się domyślić, że przed Bolkiem z Rożnowa bardzo trudne zadanie, szczególnie gdy większość ludzi zdecydowanie bardziej ceni sobie pragmatyzm niż kodeks honorowy. Po śmierci ojca w nierównej, oszukanej walce celem młodego rycerza staje się zemsta na jednym z krzyżackich dostojników. Tak właśnie potomek Zawiszy trafia w wir wydarzeń- w książce dzieje się dużo i szybko. Jest intryga, szpiedzy, pojawia się też piękna, a do tego elokwentna, obdarzona  nielichą inteligencją i ciętym dowcipem szlachcianka. Sam Bolko do mało rozgarniętych nie należy: w jednej z dyskusji skutecznie argumentuje za wyższością polskiego rycerstwa nad zachodnim. Główny czarny charakter jest wrednym sukinsynem i zostaje w końcu - jakżeby inaczej - w sposób właściwy ukarany.

W miarę rozwoju fabuły, pod wpływem obserwacji świata i ludzi w bohaterze zachodzi silna przemiana- z rycerza na końcu książki staje się szlachcicem. Pozbywa się zbroi, walczy turecką, lekką szabelką (wyjątkowo efektywnie zresztą) a nie mieczem, nawet nowy koń  nie jest już ciężkim, bojowym rumakiem tylko pięknym arabem. Nie „akcesoria” są najważniejsze; najistotniejsza jest przemiana wewnętrzna z wojownika z ideałami w wojownika śmiertelnie skutecznego, który dla ratowania ukochanej kobiety potrafi zabijać brutalnie i bez litości. Swoją drogą, mam zastrzeżenia co do tak szybkiego przeobrażenia, ale cóż... książka jest bardzo krótka. Widać wyraźne mrugnięcie okiem pisarza do czytelnika: oto nadchodzi kolejna era, "rodzi się nowe", a Bolko nie tyle się w te zmiany wpisuje, co jest ich symbolem. Oczywiste jest tu nawiązanie Komudy do wcześniejszych powieści z akcją osadzoną sto pięćdziesiąt lat później, w XVII wieku.

Czego możecie się spodziewać po jego nowej książce? Przede wszystkim godziwej rozrywki, o ile lubi się książki przygodowe, osadzone w realiach historycznych. „Krzyżacka Zawierucha”  przypomina nieco powieść sensacyjną tyle, że rozgrywającą się w późnym średniowieczu. Poza dobrymi opisami walki są błyskotliwe dialogi i kilka ciekawych postaci. Książka ma bardzo wyraźną wadę. Pisałem już że dzieje się w niej dużo i szybko. Bardzo szybko się ją czyta, razem z przypisami nie ma nawet 250 stron! Ja wiem, że mieliśmy w tym roku piękną rocznicę bitwy pod Grunwaldem i pewnie autora goniły terminy. Wiem też, że zakończenie otwiera pisarzowi drogę do kolejnych tomów, ale chętnie zapłaciłbym kilka złotych więcej za coś bardziej rozbudowanego. Nie chodzi mi bynajmniej o objętość dla samej objętości! Przydałoby się na przykład zaopatrzyć Bolka w więcej cech, wprowadzić dodatkowe wątki, co moim skromnym zdaniem wyszłoby powieści tylko na dobre.

Podsumowując: niezłe, ale - jak mawiał mój świętej pamięci dziadek - wyraźnie czuć malizną! Dlatego „tylko” 4.

____________________________

AUTOR: Jacek Komuda

TYTUŁ: Krzyżacka zawierucha

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4/6

Nie tylko teoretyk.

W polskiej fantastyce od dłuższego czasu mamy do czynienia z wieloma autorami piszącymi na dobrym, rzemieślniczym poziomie. Dotyczy to między innymi książek wydawanych przez Fabrykę Słów, z których zdecydowaną większość zaliczyłbym do literatury rozrywkowej. Nakładem tego wydawnictwa ukazała się także powieść „Samozwaniec” Jacka Komudy, choć oczywiście w tym przypadku mamy do czynienia z powieścią mocno osadzoną w realiach historycznych. Jak zauważył jeden z internetowych recenzentów o ile treść pierwszego tomu określić można jako przygodowo-historyczną, o tyle w tomie drugim więcej jest historii niż elementów przygodowych. Druga część „Samozwańca” zaczyna się w końcówce roku pańskiego 1604 kiedy to armia Dymitra, w skład której wchodzą dumni polscy husarze oblega Nowogród. Dalej mamy potyczki, wspaniałe bitwy i spisek z wciągniętym weń towarzyszem husarskim Dydyńskim. Opisy Polaków opłakujących i dobijających swe konające po bitwie rumaki czy okrążonych przez wrogów, umierających na przeraźliwym mrozie i czekających na poranek mogą na dłużej pozostać w pamięci czytelnika. Zupełnie inną sprawą jest, że panowie szlachta za śmierć koni mszczą się na jeńcach w sposób okrutny i mało mający wspólnego z honorem rycerskim. Cóż, więcej o fabule pisać nie będę. Kto lubi książki Komudy i czytał część pierwszą na pewno się nie zawiedzie.

W przypadku „Samozwańca” mamy do czynienia z solidnie napisaną i przemyślaną powieścią.... rozrywkową. Co w takim razie wyróżnia tę pozycję od innych? Po pierwsze: znając wykształcenie autora oraz świetną znajomość realiów Polski szlacheckiej mam pewność, iż do moich rąk trafia coś, co ma historyczną wartość. Po drugie: wiele faktów, person i dat ze wspomnianego okresu jest dla przeciętnego czytelnika nieznana lub znana w stopniu słabym. Warto więc się czegoś dowiedzieć i to właśnie od Komudy, bo ten rzeczywiście nie lukruje; opisuje realia XVII z całą brutalnością, a językowi polskich panków i Moskali daleko do poetyckiego (chociażby wymiana zdań podczas oblężenia Nowogrodu). Po trzecie w końcu: imć Komuda fechtuje, jeździ konno i ubiera się po szlachecku, więc jest kimś więcej niż pisarzem i historykiem-teoretykiem. Każdy opis pojedynku, pościgu, bitwy czy warcholskiej pijatyki (ha, ha, ha) staje się przez to bardzo wiarygodny. To tyle.

Ach... Jeszcze na koniec odrobinę ponarzekam, żeby nie było za słodko. Jedynym minusem książki jest jej mała objętość- drugi tom jest o ponad sto stron chudszy od pierwszego. Jeśli dorzucić do tego dużą czcionkę to w efekcie czytelnik otrzymuje książkę, którą „skonsumuje” bardzo szybko.

____________________________

AUTOR: Jacek Komuda

TYTUŁ: Samozwaniec, tom II

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4,5/6

Wstęp

 

Ten blog będzie o książkach przeze mnie przeczytanych.
W przyszłości być może r
ównież o komiksach. Znajdziecie tu recenzje przede wszystkim książek fantastycznych i historycznych, ale nie tylko. Od sierpnia tego roku postanowiłem pisać recenzje wszystkich przeczytanych pozycji i do tej pory (to znaczy do grudnia 2010) trzymam się danego sobie słowa. Mam nadzieję, że tak będzie dalej. Wiem, że sporo jest już takich blogów, ale mimo wszystko chciałbym podzielić się swoimi refleksjami o literaturze. Od czasu do czasu wrzucę coś o filmach - nie będzie recenzji, tylko krótsze komentarze.

1 ... 16 , 17
 
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          



Spis moli