o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
wtorek, 17 grudnia 2013
Prawda o pewnej planecie

Cała prawda o planecie Ksi to przedostatnia z wydanych dystopii Janusza Zajdla. Powieść ta, podobnie jak Limes interior naszpikowana aluzjami do systemu komunistycznego i szarej, absurdalnej rzeczywistości PRL-u, doskonale wpisuje się w nurt fantastyki socjologiczno- politycznej. Niestety, Drugiego spojrzenia na planetę Ksi pisarz już nie dokończył.

Na planecie Ksi, położonej w układzie słonecznym oddalonym od naszego o ponad dwadzieścia lat świetlnych, ludzie odkryli idealne warunki do zasiedlenia. Szybko wysłano tam ekspedycję z czterema tysiącami osadników oraz niezbędnym sprzętem. Z niewiadomych przyczyn łączność z Konwojem kolonistów została zerwana, a ostatnie dwie wiadomości, które dotarły na Ziemię były niepełne i sprzeczne ze sobą. Na Ksi wyrusza więc misja zwiadowczo-ratunkowa pod dowództwem komandora Slotha.

Blisko celu statek komandora napotyka Alfę – dryfujący w przestrzeni, flagowy prom ekspedycji osadniczej. Jedyną osobą na pokładzie promu jest wycieńczony staruszek, zdradzający objawy szaleństwa. Z jego dziennika wynika, że władzę nad wyprawą przejęła grupa terrorystów – fanatyków, którzy w osiedlu założonym na planecie wprowadzili nowy model społeczeństwa. W praktyce oznacza on dość pospolity rodzaj dyktatury. Większa część załogi Konwoju odmówiła współpracy z rebeliantami, inaczej postąpił zaś sam autor dziennika (pierwotnie drugi pilot Alfy). Jaki stan rzeczy zastanie ekipa Slotha kiedy doleci na miejsce?

Odniesienia do sytuacji panującej w Polsce Ludowej są w książce niezwykle czytelne. Znajdziemy je właściwie wszędzie, gdzie Zajdel opisuje ustój panujący na Ksi. Tutejsze, niewielkie społeczeństwo cechuje silne zhierarchizowanie. Każdy mieszkaniec osiedla ma przydzielony, zapisany na czole numer – im niższy, tym wyższa jest jego pozycja społeczna. Ścisłe kierownictwo, odizolowane od obywateli i obojętne na ich potrzeby, zwie się Jednocyfrowymi ("Jedynka" to bezwzględny przywódca, "Trójka" – ideologiczny teoretyk itd.). Kasta rządzących lansuje hasło budowania "wspólnego dobra" przez ciągłe wyrzeczenia i ciężką pracę, ale sama go nie realizuje – prominenci żyją w luksusach, w licznym towarzystwie odhibernowanych kobiet z Konwoju. Żywność podlega reglamentacji (to, że ktoś ma talon na mięso, wcale nie oznacza, że je dostanie); dostęp do innych dóbr jest dla szaraczków również mocno ograniczony. Sytuacja ta zmusza kolonistów do kombinowania, a także ucieczki od codziennych trosk w alkohol. Na straży porządku stoją uprzywilejowani strażnicy, często przymykający oko na nielegalny handel bimbrem.

Dziedziczna władza opiera się na łgarstwach, pustych obietnicach oraz propagandzie, u podstawy której leży nienawiść do konkretnie wskazanego wroga. W tym przypadku nieprzyjacielem i uosobieniem wszelkiego zła obwołano… Ziemię. Dopóki istnieje wróg i strach przed jego agresją/ interwencją, dużo łatwiej manipuluje się społeczeństwem i trzyma się je w ryzach. Nowe pokolenie, wychowane już bez "ziemskich obciążeń", sądzi, że życie na starej planecie to pasmo udręk, a tamtejsi władcy bezwzględnie ciemiężą biedny lud. Informacji podawanych odgórnie nikt nie może w żaden sposób zweryfikować. Co charakterystyczne, władza Ksi uwielbia monumentalne pomniki (głowa Genialnej Jedynki), jak również święta ku własnej czci. Na tym nie koniec. Otóż ów ustrój – nota bene wprowadzony przy użyciu przemocy – rebelianci chcieliby wyeksportować na inne planety. Dyktatura na Ksi, choć nieudolna, zacofana i prymitywna tylko postronnemu obserwatorowi mogłaby wydawać się śmieszna, bo dla osób żyjących pod jej jarzmem wcale taka nie jest.

Cała prawda zawiera przenikliwą analizę zniewolonego, chorego społeczeństwa, które mimo wszystko trwa niczym wegetująca roślinka na jałowej glebie. Jak odkłamać tę rzeczywistość? Jak wyprostować ludzi urobionych przez system? Czy możliwa jest "resocjalizacja" całego społeczeństwa i ile musiałaby ona potrwać, aby przynieść pożądany rezultat? Oto niektóre z pytań postawionych przez Zajdla. Współczesny czytelnik ma ten komfort, że zna odpowiedzi na większość z nich. Warto przyjrzeć się różnym postawom ludzi wobec wynaturzonego ustroju. Refleksje budzi niejednoznaczna postać drugiego pilota Alfy, pełniącego na Ksi funkcję dowódcy Służb Porządkowych – czy to samousprawiedliwiający się oportunista, czy też człowiek z misją rozbicia układu władzy od wewnątrz? Nie mniej interesującą, choć nie związaną bezpośrednio z Ksi, personą jest Sloth. Właściwie doświadczony astronauta mógłby z powodzeniem stać się bohaterem kilku powieści lub przynajmniej cyklu opowiadań, tak jak pilot Pirx.

Cała prawda o planecie Ksi potwierdza, że Zajdel był wizjonerem i twórcą wybitnym. To wartościowa, mądra, a przy tym klarowna w swoim przekazie lektura.

PS. Na Drugie spojrzenie składa się konspekt oraz trzy rozdziały i trzeba powiedzieć, że książka zapowiadała się bardzo obiecująco. W 2011 roku spadkobierczynie pisarza wraz z wydawnictwem superNOWA ogłosiły konkurs na dokończenie powieści. Wzięło w nim udział dwudziestu sześciu autorów, a zwycięzcą został Marcin Kowalczyk.

___________________________________________________________

AUTOR: Janusz A. Zajdel

TYTUŁ: Cała prawda o planecie Ksi/Drugie spojrzenie na planetę Ksi

WYDAWNICTWO: SuperNOWA

MOJA OCENA: 5/6

piątek, 29 listopada 2013
Latający okręt i inne cuda w Ararat

Felix Gilman nie należy do grona pisarzy dobrze znanych w kraju nad Wisłą – tylko jego pierwszą powieść, zatytułowaną Gromowładny wydano w języku polskim, trzy pozostałe wciąż czekają na przetłumaczenie. Debiut Anglika najwidoczniej nie sprzedawał się u nas najlepiej i szybko trafił do worka z napisem "tania książka". Spieszę dodać, że w tym przypadku "tania" wcale nie oznacza "kiepska"; wręcz przeciwnie, Gromowładny na głowę bije wszelkie schematyczne opowiastki fantasy.

Miasto Ararat jest ogromne; mieszkają w nim setki rozmaitych bóstw mających realny wpływ na jego kształt i życie obywateli. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy bogowie są siłami witalnymi metropolii, czy też jej produktami ubocznymi. Nad miastem, po bardzo długiej nieobecności, przelatuje mityczny Ptak, pozostawiając część swojej mocy ludziom oraz przedmiotom. Dzięki niej z Domu Barbotina (poprawczaka) ucieka chłopak imieniem Jack, a Gromowładny – najlepsza fregata hrabiny Ilony, wzbija się w powietrze, co zresztą zostało zaplanowane przez jej nadwornego naukowca, Holbacha (liczne znaki od dawna zapowiadały powrót Ptaka). W tym samym czasie do portu zawija statek z przybyszem z odległej krainy, Chórzystą (rodzaj kapłana) Arjunem. Ten chce odnaleźć Głos (zwany też Akordem Akordów, Dźwiękiem Złotej Piszczałki, Siedmiokrotnym) – bóstwo, które odeszło z Domu Chóru osierocając gorliwych wyznawców. Gdzie indziej mógłby powędrować Głos, jeśli nie do jedynego w swoim rodzaju Ararat?

Jack trafia do grupy podobnych mu, młodocianych uciekinierów i złodziejaszków. Tu zyskuje nowych przyjaciół oraz szacunek wynikający z faktu, że zbiegł z najbardziej rygorystycznego domu poprawczego. Chłopak stopniowo odkrywa, że moce przekazane mu przez Ptaka są naprawdę niezwykłe i umożliwiają dokonywanie rzeczy, o których wcześniej nawet nie śnił. Wkrótce Jack, obdarzony przez kompanów przydomkiem "Jedwabny", zaczyna przewodzić całej ferajnie. Dzieciaki nazywają siebie Gromowładnymi, albowiem latająca fregata stanowi dla nich symbol czegoś, czego zawsze najbardziej pragnęli – wolności i swobody. Sam okręt, dowodzony przez kapitana Arlandesa i uzbrojony w potężne działa staje się groźną bronią w rękach Ilony walczącej o wpływy z innymi, miejscowymi szlachcicami. Arjun, drugi z protagonistów, wytrwale szuka informacji o Głosie – niestety, nikt nie wie gdzie znaleźć Akord Akordów.

W kolejnych rozdziałach śledzimy poczynania Chórzysty lub Jedwabnego Jacka i nietrudno domyślić się, że prędzej czy później ich losy skrzyżują się na dobre. Jack jest postacią bardziej dynamiczną i ma w coś z komiksowego bohatera, a jeszcze więcej z… Piotrusia Pana. Tak, powieść Gilmana nosi znamiona bajki, ale światu przedstawionemu daleko do bajkowej sielankowości – poza wojną pomiędzy zarządcami Ararat (hrabina kontra gerent jednej z dzielnic), dochodzi tu do krwawych zamieszek, a w pewnym momencie Gromowładni walczą zarówno z religijnymi, fanatycznymi bojówkarzami, jak i regularnym wojskiem. Rozdziały z Arjunem na ogół cechuje dużo spokojniejsza narracja, a miejscami wręcz trochę niepotrzebne przeciąganie akcji, ale dzięki tej różnicy i dwóm bohaterom mamy okazję poznać miejskiego molocha od różnych stron. Nieźle prezentują się Holbach jako typ wnikliwego naukowca (poszukiwanie prawdy o rzeczywistości i chęć wyzwolenia ludzi spod jarzma ignorancji) oraz prawniczka Olimpia, a jeszcze lepiej – tajemniczy Shay, któremu udało się pochwycić i zamknąć pełne mocy odbicia bogów. Wrażenie nieco pomijanej persony sprawia natomiast Arlandes (tuż przed "startem" Gromowładnego śmierć ponosi ukochana żona kapitana, więc od początku jest on postacią tragiczną, a przez to intrygują). Więcej uwagi autor  mógł też poświecić rywalizującym władcom Ararat i polityce – jak na mój gust w książce brakuje zakulisowych gierek, układów i układzików.

Niewątpliwym atutem powieści jest coś, co tygrysy lubią najbardziej: worldbuilding na najwyższym poziomie – ogranicza się on właściwie do jednej metropolii, ale za to jakiej! Aż chce się powrócić do Ararat i poznać wszystkie jego tajemnice (czytający w języku Szekspira mają to szczęście, że mogą sięgnąć po Gears of the City). Anglik porusza się w rejonach bliskich fantasy oraz realizmu magicznego na tyle dobrze, że niemal dorównuje innym, brytyjskim pisarzom – Gaimanowi i MacLeodowi. Nie przypadkiem podaję te dwa nazwiska, gdyż Gromowładny wykazuje pewne podobieństwa do Amerykańskich bogów (ilość bóstw i oniryczność opowieści) oraz do Wieków światła (podobny poziom rozwoju technologicznego, miasto z dzielnicami przemysłowymi i slumsami, rewolucja społeczna). Nie zapominajmy o bajkowej aurze niektórych scen, dwóch szczyptach grozy (chory, "zraniony" bóg rzeki) i garści pomniejszych, świeżych pomysłów. Rezultat? Pozycja może nie rewelacyjna, ale imponująca siłą wyobraźni autora, bez dwóch zdań warta poświęconego jej czasu.

PS. Niech Was nie zmyli okładka – ma niewiele wspólnego z treścią. W wydaniu anglojęzycznym przedstawiają się one znacznie lepiej:

_______________________

AUTOR: Felix Gilman

TYTUŁ: Gromowładny

WYDAWNICTWO: Mag

MOJA OCENA: 4,5/6 

środa, 13 listopada 2013
Ta historia nie kończy się nigdy

Wiedźmin Geralt powrócił. Nie w trzeciej odsłonie popularnej gry komputerowej, a w wydanej w tym miesiącu powieści Sezon burz. Dla rzeszy starszych i młodszych amatorów fantastyki w Polsce to z pewnością najważniejsze wydarzenie literackie roku. Wobec nimbu otaczającego cykl wiedźmiński, taki come back po latach budzi nie tylko duże emocje, ale i ogromne oczekiwania – czy świeżutki prequel ma szanse im sprostać?

W otwarciu Sapkowski nie pokusił się o oryginalność. Geralt sprawnie ubija szare, płaskie i wielonożne monstrum, a za wykonaną robotę odbiera nagrodę od lokalnego urzędnika o silnych skłonnościach do mataczenia i bogacenia się kosztem państwowej kasy. Później, skutkiem intrygi rudowłosej czarodziejki zwanej Koral i fałszywego oskarżenia, trafia do więzienia i traci swoje miecze – poszukiwania skradzionej broni są jednym z trzech głównych wątków książki. Dwa pozostałe dotyczą eksperymentów w dziedzinie modyfikacji genetycznych (sic!) prowadzonych przez czarodziejów oraz wydarzeń w państewku o nazwie Kerack. W tym miejscu trzeba nadmienić, że sama fabuła, oględnie mówiąc, do skomplikowanych i wielowarstwowych zdecydowanie nie należy. Czy to duża wada? Niekoniecznie, bo Sapkowski w dużej mierze zrekompensował czytelnikom ten niedostatek.

Stopniowo rozkręca się akcja, rozkręca się też Pan autor. Generalnie, im dalej w tekst, tym lepiej i tym więcej znajdziemy w nim rzeczy, za które tak bardzo ceni się prozę AS-a. Mamy więc zabawę słowem, mruganie do popkulturowego odbiorcy, błyskotliwe wypowiedzi i dialogi z ciętymi ripostami, spontaniczny humor (także w bezpardonowym wydaniu krasnoludzkim), pokaźną galerię barwnych postaci – w zdecydowanej większości nowych – oraz soczyste, efektowne opisy walk. Cieszą liczne odwołania do współczesności. Ot, chociażby rozmowa Koral z królem Kerack, Belohunem na temat aborcji i miejsca kobiety w społeczeństwie – po przeniesieniu dyskusji w nasze realia wystarczyłoby opatrzyć ją podpisem "feminizm versus patriarchat". W Sezonie burz znajdziemy też zauważalnie więcej słów pochodzenia współczesnego, niż w książkach poprzednich (transhumanizm, specjacja radiacyjna, introgresja); aż strach pomyśleć jak lata temu na coś takiego zareagowaliby przeciwnicy słynnych "batystowych majtek"...

Sam Geralt jest w znakomitej formie – skutecznie walczy przy użyciu pięści, miecza, a nawet drewnianej klepki, spotyka najlepszego druha, Jaskra i chędoży piękne kobiety, w tym wspominaną wyżej rudą koleżankę Yennefer (Yen pojawia się dwukrotnie, ale w obu przypadkach na krótko). Znowu przychodzi mu odgrywać rolę niegodzącego się na wszelkie zło "ostatniego sprawiedliwego" – widocznie ktoś musi to robić, bo w świecie ścierających się wpływów mniejszych lub większych władców czy partykularnych interesów czarodziejów, najbardziej po rzyciach obrywają prości ludzie. Co zaś tyczy się magów: ich długowieczność i związane z tym doświadczenie życiowe wcale nie muszą oznaczać mądrości – w tym środowisku pogoń za sukcesem, żądza mocy i władzy nie są czymś odosobnionym, a szczytne idee szybko zaczynają się rozmywać i nie poprawiają losu zwykłych zjadaczy chleba (otoczony pozornym szacunkiem mistrz Ortolan). Wspomnę jedynie, że głównym przeciwnikiem wiedźmina jest tym razem młody czarodziej o osobowości psychopatycznej, jakiej nie powstydziliby się antybohaterowie z poczytnych thrillerów. Nie po raz pierwszy u Sapkowskiego to człowiek okazuje się największym i najgroźniejszym potworem.

Za sprawą Sezonu Burz geograficznie nieco poszerza się wiedźmińskie uniwersum, a i do tutejszego bestiariusza można dopisać kilka interesujących pozycji (w tym aguarę porywającą elfie dzieci). To nadal rzeczywistość z wielką paletą odcieni szarości, ale też wyczuwalnym mrokiem, widocznymi plamami czerni. Tam gdzie trzeba autor nie szczędzi realistycznych, ociekających krwią i flakami opisów. Prostym, acz urozmaicającym akcję zabiegiem jest zastosowanie interludiów – rodzaju wstawek (przerywników), w których wybiegamy w bliższą lub dalszą przyszłość lub też czytamy treść listów. W zakończeniu robi się sentymentalnie ("zagraj to jeszcze raz, Jaskier"), co akurat nie powinno specjalnie przeszkadzać, szczególnie nieco starszym fanom. Kto jak kto, ale AS ma akurat wszelkie podstawy do uderzania w takie właśnie tony. Pewien niedosyt książka jednak pozostawia (głównie przez fabułę) – czy mile połechta on czytelnika i zaostrzy apetyt na przypomnienie sobie sporo starych opowiadań, czy też tylko go rozdrażni – cóż, kwestia indywidualna.

Lektura Sezonu burz jest jak spacer po znanym podwórku w towarzystwie kilku starych, dobrych znajomych. Powieść nie rzuca na kolana, to raczej niezgorsze uzupełnienie cyklu, którego status w naszym kraju wykracza daleko poza kanon fantasy. Ta historia nie kończy się nigdy.

___________________________________________

AUTOR: Andrzej Sapkowski

TYTUŁ: Sezon burz

WYDAWNICTWO: SuperNOWA

MOJA OCENA: 5/6 (w tym miejscu podziałał sentyment)

czwartek, 31 października 2013
Najdalsza podróż

Dobre siedem lat temu popełniłem tekścik pod tytułem Najdalsza podróż, który z założenia miał być shortem. Niedawno wyciągnąłem go z zakamarków twardego dysku, odkurzyłem i wrzuciłem na Poltera. Korektą zajął się Staszek Krawczyk i... voilà - do przeczytania tutaj.

A poniżej mały, halloweenowy bonus:

niedziela, 27 października 2013
Rzut okiem – fantastyka pisana w duetach

Tym razem przyszła kolej na powieści fantastyczne pisane przez dwóch autorów. W takich przypadkach zawsze zastanawia mnie, na jakich zasadach przebiega wspólna praca pisarzy. Kwestia ta schodzi jednak na dalszy plan w sytuacji, gdy efekty kooperacji są więcej niż zadawalające. Tak właśnie jest w przypadku książek, które prezentuję poniżej. Zacznę od duetu najbardziej znanego w fantastyce, czyli od braci Strugackich.

 

Trudno być Bogiem, czwarta powieść w dorobku Rosjan, jest częścią cyklu Świat Południa. W przyszłości zjednoczona, wysoce rozwinięta ludzkość poradziła sobie ze wszystkimi bolączkami trawiącymi ją od wieków i zaczęła szeroko zakrojoną eksplorację kosmosu. Na jednej z planet odkryto humanoidalną cywilizację, której stopień rozwoju odpowiadał ziemskiemu średniowieczu. Wysłani na nią historycy przybrali tożsamości lokalnych szlachciców, aby jak najlepiej pełnić rolę naukowców-obserwatorów. Główną zasadą funkcjonowania zamaskowanych bogów jest zakaz interweniowania w bieg historycznych wydarzeń (choć w przeszłości kilku z nich to zrobiło). W królestwie noszącym nazwę Arkanar od dłuższego czasu przebywa Ziemianin Anton, znany tu jako don Rumata. Antona coraz bardziej dręczą dylematy moralne – czy należy wstrzymać się od działania, nawet gdy sytuacja w państwie staje się coraz bardziej napięta, a chwilę później tutejsza szara eminencja, minister don Reba przy pomocy swojej gwardii wprowadza rządy terroru? A jeśli reagować na brutalną przemoc z jednej i krzywdę z drugiej strony, to w jaki sposób? Czy da się zmienić kogoś żyjącego w jarzmie systemu feudalnego – kogoś o głęboko zakorzenionych nawykach i sztywno ukształtowanym sposobie myślenia?

Trudno być Bogiem, podobnie jak Piknik na skraju drogi, stanowi doskonały przykład powieści esencjonalnej – charakteryzującej się dużą porcją treści przy stosunkowo niedużej objętości. Strugaccy mieli do powiedzenia wiele mądrych rzeczy na temat nieubłaganego walca historii, krwawych przewrotów i person pokroju don Reby. Co znamienne, pan minister nie należy do osób ponadprzeciętnie inteligentnych, to raczej inne cechy spowodowały, że stał się osobą niezwykle wpływową – nawiązania do faszyzmu i hitlerowskich Niemiec są w książce wyraźne. Autorzy w krzywym zwierciadle pokazali porządki świeżo upieczonej władzy oraz niezdrowy zapał neofitów (wielu ludzi wykazuje zadziwiającą zdolność do przystosowywania się do nowych warunków). Jeszcze ważniejsze wydają się być wątpliwości i rozterki targające głównym bohaterem. Kim jest Anton w swoich oczach – humanistą wychowanym na Ziemi w duchu miłości do człowieka, czy już bardziej don Rumatą Estorskim? Bo ten średniowieczny świat z całą pewnością go zmienił. Dla historyka ludność Arkanaru to w większości biedni, ciemni niewolnicy. Gdy ulice spływają krwią, gdy mordowani są niewinni może jedynym sensownym wyjściem jest ratowanie najbardziej wartościowych jednostek… Rzeczywiście, trudno być Bogiem.

Ocena: 5/6. Tę kanoniczną powieść, mimo wagi podejmowanych tematów, czyta się bardzo płynnie. Tak trochę na marginesie: ponad czterdzieści lat po powstaniu tej książki Jarosław Grzędowicz oparł fabułę Pana Lodowego Ogrodu na bardzo podobnym pomyśle wyjściowym.

 

Współpraca o charakterze korespondencyjnym dwóch gigantów science fictionPhilipa Dicka i Rogera Zelaznego zaowocowała powstaniem nietuzinkowej powieści Deus Irae (pierwotny tytuł The Kneeling Legless Man). Pierwszym współautorem Dicka był Ted White, a jego miejsce w roku 1967 zajął właśnie Zelazny, który – jak sam mówił – traktował Deus Irae jako "książkę Phila". Co do samej fabuły: akcja rozgrywa się na terenie postnuklearnych Stanów Zjednoczonych. Po wojnie toczonej przy użyciu bomb, pocisków i gazu nerwowego ocalali ludzie zajmują się głównie tym, co robili pierwsi koloniści. W Charlottesville w Utah coraz większym poparciem cieszy się wiara w Boga Gniewu. Religia ta, po części opierająca się na manicheizmie, stoi w opozycji wobec chrześcijaństwa, albowiem zakłada, że nie ma miłosiernego Boga, tylko zły Demiurg. On jest stworzycielem i za jego sprawą na ludzkość spadł nuklearny holocaust. Słudzy Gniewu uważają Chrystusa za bóstwo starej sekty, śmierć – za rozwiązanie, nie zaś przeciwnika; nie wolno im też czytać Biblii (cechą wspólną obu religii są natomiast… Augustyńskie teorie dotyczące kobiety). Na polecenie ojca Handy’ego – kapłana tego kościoła – imperfectus (człowiek pozbawiony kończyn, w skrócie imp), Tibor McMasters ma namalować fresk z podobizną Boga. Tibora nie zadawala podsunięty mu wzorzec w postaci zwykłego zdjęcia, więc rusza na swoim wózku na Pielg w celu odnalezienia Carla Lufteufla, uważanego za ludzkie wcielenie Deus Irae. Leufteufel jako członek amerykańskiego rządu był zdecydowanym zwolennikiem użycia broni jądrowej i w dużej mierze odpowiada za zagładę...

Powieść przesycona jest treściami religijnymi oraz religijną symboliką, głównie chrześcijańską. Jedno z postawionych pytań brzmi: czy śmierć oznacza uwolnienie i ostateczny koniec (Bóg Gniewu), czy też początek nowego, lepszego życia (dobry Bóg)? Świat leży gruzach, ale nadal trwa, a obok niedobitków homo sapiens pojawiły się zmutowane, postludzkie formy życia, takie jak Jaszczurowaci czy Robale. Z biologicznego punktu widzenia nie liczy się wyjątkowość, tylko przetrwanie gatunku. W czasie swojej pielgrzymki Tibor szybko przekonuje się, że poza społecznością jego miasteczka istnieje wiele innych, a znane mu religie nie są jedynymi – Jaszczurowaci czczą świt, zaś Robale – ich wielkiego, martwego protoplastę. Obok impa występują co najmniej dwie warte wzmianki postacie. Pierwsza to sam Leufteufel – starszy, zmęczony i zniszczony człowiek noszący w głowie odłamki pochodzące z eksplozji jego biura. Drugą jest Pete Sands – chrześcijanin, który rusza śladem McMastersa z zamiarem powstrzymania imperfectusa od namalowania obrazu z prawdziwym obliczem Leufteufla. W Deus Irae pojawiają się narkotyki i spowodowane nimi wizje (cecha charakterystyczna dla twórczości Dicka z lat sześćdziesiątych), gdyż wcześniej poznajemy Sandsa jako osobę eksperymentującą z różnymi lekami. Mężczyzna pragnie w ten sposób poznać prawdę o rzeczywistości i zobaczyć absolut. Duet Dick-Zelazny ciekawie rozwiązał kwestię spotkania Tibora, Pete’a oraz Carla; również zakończenie, choć dość optymistyczne, uważam za udane. Ostatni rozdział w sporej mierze pokazuje mechanizmy tworzenia się systemów religijnych i ich rozwoju wraz z całym zespołem dogmatów.

Ocena: 5/6. Po lekturze naszła mnie chęć przypomnienia sobie najważniejszych utworów Dicka lub sięgnięcia po jeszcze nieczytane, mniej znane powieści.

 

Na koniec o drugiej książce spłodzonej przez spółkę Orbitowski & Urbaniuk. Pies i klecha. Tancerz przenosi czytelnika do Polski z początku lat 90-tych ubiegłego wieku, a więc w czasy ważnych przemian ustrojowych. W jednym z krakowskich magazynów policja znajduje zmasakrowane (właściwie rozsmarowane po ścianach) zwłoki pracującego w nim studenta polonistyki. Okoliczności śmierci chłopaka są co najmniej dziwne, a podobne, makabryczne zgony notuje się w całym kraju. Do akcji znowu wkracza para mająca doświadczenie w prowadzeniu spraw rodem z Archiwum X: komisarz Zbigniew Enka oraz ksiądz doktor habilitowany Andrzej Gil. W magazynie na psa i klechę, poza widokiem wzbudzającym torsje, czeka osobliwe znalezisko – stary rękopis napisany po polsku, ozdobiony dziwacznymi, jakby tańczącymi postaciami. Jaki tajemniczy rytuał wiąże się z tym tekstem i dlaczego wszystkie ofiary przed zgonem odbywały coś w rodzaju tańca? Tropy wiodą w wiek XIX, do romantyków pokroju Towiańskiego (Koło Sprawy Bożej) i naszego narodowego wieszcza, Adama Mickiewicza. Żeby odkryć prawdę Enka i Gil będą musieli udać się do Paryża, a później do Stambułu, gdzie rozegra się wielki, pełen grozy finał.

Bohaterowie (na okładce widać ich uderzające podobieństwo do autorów) doskonale się uzupełniają. Wiecznie kopcący papierochy Enka potrafi robić użytek zarówno z policyjnego doświadczenia, jak i swoich pięści, ale w niektórych sprawach okazuje się ignorantem. Za to Gil jest typem intelektualisty, zmagającym się z poważnym problemem alkoholowym. Nie tylko te postacie wyszły autorom bardzo dobrze. Od momentu pojawienia się, do samego końca uwagę czytelnika przykuwa niejaki Rajmund Cnota – olbrzym sprawiający wrażenie obłąkanego, były górnik, malarz, cytujący Biblię ezoteryk. Orbitowski i Urbaniuk nie zapomnieli o przedstawieniu polskich realiów sprzed ponad dwudziestu lat. I tak w tle przewijają się znani politycy (Pawlak, Olszewski, Kuroń, Korwin-Mikke z pamiętnym przemówieniem sejmowym), do sprzedaży trafiają pierwsze pecety i drukarki igłowe, policja boryka się z problemami finansowymi, a w każdym pomieszczeniu krakowskiego komisariatu wieszane są krzyże. Kolejne plusy za przemyślaną intrygę, wartką akcję (pościg i walka z rosyjskim psychotronikiem), porcje przyzwoitego humoru oraz ostatnie trzydzieści stron, na których Orbitowski pokazuje swój talent do tworzenia klimatów horrorowych. Zaletą powieści jest też ukazanie Mickiewicza w zupełnie innym świetle niż zazwyczaj robi się to na lekcjach języka polskiego.

Ocena: 5/6. Sensowna polska fantastyka – sprawdzi się i w okresie wakacyjnym, i w czasie długich jesiennych lub zimowych wieczorów. Moim zadaniem Pies i klecha. Tancerz reprezentuje nieco wyższy poziom od przyzwoitego rzemieślnictwa.

niedziela, 06 października 2013
Roboty, podróże w czasie, Galloway Gallegher i Hogbenowie

Antologia Próżny robot zawiera najbardziej znane opowiadania Henry’ego Kuttnera. Ponieważ od ich napisania minęło co najmniej sześć dekad, naturalnym wydaje się pytanie na ile wytrzymały one próbę czasu. Odpowiedź brzmi: pomimo wiekowości krótkie formy Kuttnera mają się nadzwyczaj dobrze. I jeśli dziś ktoś chciałby uprawiać fantastykę humorystyczną, to twórczość Amerykanina powinna stać się dla niego wzorem.

Pierwsza część zbioru, zatytułowana Roboty i podróże w czasie znacznie różni się od dwóch pozostałych, gdyż umieszczone w niej teksty pozbawione są żartobliwego charakteru. W  Tubylerczykom spełły fajle naukowiec z innego wymiaru wysyła tajemnicze Skrzynki w podróż w czasie. Nietypowe zabawki będące zawartością jednej z nich trafiają w ręce dzieci państwa Paradine. To, co dzieje się później wykracza poza granice pojmowania zarówno rodziców, jak i ich znajomego psychologa. Tubylerczykom spełły faje traktuje o diametralnych różnicach w postrzeganiu rzeczywistości pomiędzy dziećmi i niepotrafiącymi wyjść poza wyuczone schematy myślowe dorosłymi. Widać też, jak chłonne i plastyczne są umysły małych ludzi. W Twonk nabyte przez pewnego mężczyznę radio okazuje się być zaawansowanym technicznie robotem. Skoro człowiek nie jest w stanie skonstruować takiego maszyny, czyżby była on tworem obcej cywilizacji? Czy w przyszłości nie uzależnimy się od coraz wymyślniejszych, zastępujących i wyręczających nas urządzeń? Gdy się przebierze miarka rozpoczyna się od przeprowadzki trzyosobowej rodziny do nowego mieszkania. Niedługo potem zjawiają się w nim dziwni przybysze z przyszłości. Oświadczają oni rodzicom, że ich synek, Alex to homo superior i rozpoczynają jego edukację. Wkrótce, wobec błyskawicznego rozwoju malca, ojciec i matka zaczynają czuć się zagubieni i bezradni… Trudno wychowywać genialne dziecko.

W drugiej części zgromadzono opowiadania o perypetiach Galloway’a Galleghera – naukowca, którego genialna podświadomość ujawnia się jedynie w stanie… alkoholowego upojenia. Wtedy to Galloway konstruuje niesamowite wynalazki. Kłopot w tym, że następnego dnia naukowiec-alkoholik nie pamięta zasad działania i przeznaczenia skonstruowanych przez siebie cudów, a zleceniodawcy usilnie domagają się zademonstrowania efektów pracy. Wszystkie teksty o Gallegherze opierają się na przymrużeniu oka i dużych porcjach zwariowanego humoru, miejscami z domieszką ironii oraz absurdu sytuacyjnego. Znajdziemy w nich wątki kryminalne (Idealna skrytka), dziwne stworzenia podróżujące wehikułem czasu i urządzenie do kopiowania talentów (Świat należy do mnie), walkę potentata telewizyjnego z nieuczciwą konkurencją (Próżny robot), firmę Nadnercza oferującą klientom napływ adrenaliny na "ustawionych" polowaniach (Ex machina) i w końcu tytułowego, narcystycznego, ale na swój sposób sympatycznego robota (Próżny robot, Gallegher Bis, Ex machina). Za każdym razem kiedy rozpoczynamy lekturę trudno odgadnąć, w jakim kierunku potoczy się akcja, że o zakończeniach nie wspomnę. A te niejednokrotnie są błyskotliwe i potrafią zaskakiwać. Kuttner nie silił się na stworzenie kompletnego obrazu przyszłości, gdzieś jedynie zaznaczył postępujący rozwój technologiczny oraz rozdętą do granic możliwości machinę prawniczą, która wykpił bez litości.

Na część trzecią antologii składają się cztery opowiadania o Hogbenach – długowiecznej rodzinie mutantów mieszkających w Kentucky. Hogbenowie kryją się przed światem, a wśród ich nadzwyczajnych zdolności są niewidzialność, latanie, hipnoza i telepatia. Narratorem jest jeden z mutantów – nastoletni Saunk i to dzięki niemu poznajemy wielce nietypową familię i jej przygody. Najpierw Hogbenowie dają nauczkę lokalnemu politykowi-oszustowi (Stos kłopotów) i stają się obiektem naukowego zainteresowania pewnego profesora z miasta (Profesor opuszcza scenę), dalej muszą uporać się ze złośliwym sąsiadem (Do zobaczenia) oraz odpychającymi Pughami – synem oraz ojcem, którego nadrzędnym celem jest zachowanie ciągłości rodu (Zimna wojna). Teksty o mutantach są chyba jeszcze bardziej nieprzewidywalne i zwariowane niż te o Gallegherze. Niczym nieskrępowany humor wylewa się niemal z każdej strony, więc czytelnik ma mnóstwo okazji do uśmiechu – oczywiście głównym jego powodem są sami bohaterowie. Podsumowując: niezłe, naprawdę śmieszne i mocno odjechane.

Obojętnie czy spojrzymy na treść, czy też formę, zawartości Próżnego robota nie sposób zaliczyć do pokrytych kurzem staroci. Nawet jeśli niektóre opowiadanka leciutko (podkreślam: leciutko) trącą myszką, to i tak mają w sobie specyficzny urok. Bardzo udany, klasyczny zbiór. Warto!

_____________________

AUTOR: Henry Kuttner

TYTUŁ: Próżny robot

WYDAWNICTWO: Solaris

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 12 września 2013
Wspólność, Identyczność, Stabilność

Niektóre książki science fiction wraz z upływem lat nie starzeją się ani na jotę i nie tracą nic ze swojej wartości. Do takich pozycji bez wątpienia należy Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Dziś ta antyutopia zadziwia trafnością z jaką autor przepowiedział kierunek, w którym podążać będzie nasza cywilizacja. I choć tylko część wizji angielskiego pisarza, eseisty i poety spełnia się na naszych oczach (całe szczęście, że tylko część), to powieść wciąż pozostaje ostrzeżeniem dla następnych pokoleń.

W Republice Świata ludzie nie rodzą się w sposób naturalny. Są hodowani i klonowani w instytutach "Rozrodu i Warunkowania", a żyworództwo uważane jest za coś obrzydliwego. Rodzice nie wychowują dzieci, do takich celów stworzono specjalne państwowe ośrodki. Rodzina to relikt przeszłości; króluje swobodna poligamia, albowiem w nowym, "wspaniałym" świecie jedna z obowiązujących zasad brzmi "każdy należy do każdego". Wszyscy obywatele mają z góry narzucone (zaprogramowane przez genetykę oraz wychowanie) przeznaczenie społeczne – od inteligentnych "alf", po pracujące fizycznie "epsilony", którym od wczesnych lat wpaja się niechęć do książek. Od tego warunkowania nie ma ucieczki. Jakakolwiek nietypowość nie może być tolerowana, gdyż gwarantem ładu jest identyczność jednostek. Coś takiego jak starość nie istnieje, pozbyto się jej, aby nie cierpieć i znacznie dłużej móc w pełni korzystać z rozrywek oferowanych przez życie.

Kultura masowa opiera się właściwie tylko na czuciofilmach i muzyce syntetycznej. Prawie nikt nie wie kim był William Szekspir. Najwyższe dobro – szczęśliwość osiągnięto z pomocą ogólnodostępnego narkotyku o nazwie soma. Kilka tabletek somy dziennie oddala od ludzi ewentualne niepokoje i wątpliwości, usuwa zbędne uczucia, wywołuje efekt bezmyślnej błogości – człowiek nie powinien doświadczać niczego, co będzie dla niego nieprzyjemne. Pozostaje już tylko bez przerwy pobudzać potrzeby materialne i… oto mamy społeczeństwo o niespotykanej wcześniej stabilności. A konsumpcjonizm jest tu rozwinięty do znanych nam rozmiarów. Dla przykładu sporty niewymagające specjalistycznego (a więc kosztownego) sprzętu odeszły w zapomnienie, a starszych rzeczy powszechnego użytku nawet nie próbuje się naprawiać – po prostu się je wyrzuca. Wolność? Wolność to coś nieefektywnego, groźnego i przykrego, bo przecież wiąże się z ponoszeniem wszelkich konsekwencji swoich czynów. I po cóż się tak męczyć?

Bernard Marks odmawia przyjmowania narkotyku, a z czasem zaczyna odczuwać dumę z powodu przeciwstawiania się narzuconym normom. Marks (wśród postaci nazwiska Marks, Trocka czy imię Lenina nie są, rzecz jasna, przypadkowe) marzy o odwiedzeniu Rezerwatu ulokowanego w Nowym Meksyku, gdzie ludzie żyją jeszcze w sposób "tradycyjny" – obywają się bez somy i innych cywilizacyjnych dobrodziejstw, zakładają rodziny, posłują się zapomnianymi wszędzie indziej językami. Bernardowi udaje się odwiedzić Rezerwat, z którego wraca w towarzystwie dwóch osób – kobiety i jej syna, zwanego Dzikusem. W jaki sposób chłopak wychowany poza Republiką postrzegać będzie panujące w niej prawa? Czy Bernard i Dzikus mają jakiekolwiek szanse w walce z systemem?

Huxley nakreślił kompletny obraz miękkiego totalitaryzmu. To nie komunizm, ani nazizm, bo przecież państwo nie stosuje przemocy wobec obywateli, nie kieruje nim idea klasowej bądź rasowej nienawiści. Podobieństwo do czerwonego i brunatnego reżimu tkwi natomiast w  wysokim stopniu industrializacji – nazwisko Henry’ego Forda zastąpiło w Republice Boga. Uporządkowane społeczeństwo tworzą pozbawieni większości indywidualnych cech, odcięci od wszelkich uczuć wyższych, zadowoleni z siebie idioci. Ogólna wygoda jest wartością najważniejszą, nawet za cenę rezygnacji z wysiłku intelektualnego (o w pełni samodzielnym myśleniu nie ma mowy). Pod warstwą społecznego ładu kryje się człowiek sprowadzony do roli bezwolnego robota, konsumenta napędzającego gospodarkę. Ujednolicenie umacnia fizyczne podobieństwo klonów oraz serwowanie wszystkim tych samych, prostych rozrywek. I jak Wam się podoba taki świat?

Huxley siłą przekazu dorównuje Orwellowi; jego powieść daje do myślenia i chyba zawsze pozostanie aktualna. Krótko mówiąc: Nowy wspaniały świat to kolejny, bardzo cenny klasyk sf, który – tak jak 1984 – znalazł się na liście stu najważniejszych książek XX wieku dziennika Le Monde.

_________________________

AUTOR: Aldous Huxley

TYTUŁ: Nowy wspaniały świat

WYDAWNICTWO: Muza

MOJA OCENA: 5/6

sobota, 07 września 2013
Rzeźnik i poeta w jednym

Kim byli wikingowie? Wiadomo: żeglarzami podejmującymi dalekie wyprawy morskie, bezwzględnymi wojownikami i rabusiami siejącymi postrach w czasach wczesnego średniowiecza. W książce Łukasza Malinowskiego Skald. Karmiciel kruków głównym bohaterem jest właśnie wiking z Östlandu. I choć nie wypływa on na pokładzie drakkara, by daleko od domu zabijać, grabić, gwałcić i palić, to z pewnością posiada cechy, których nie powstydziliby się bogowie skandynawskiego panteonu. Panie i Panowie: poznajcie Ainara – utalentowanego pieśniarza i zabójczo skutecznego rębajłę.

W dwóch opowiadaniach i krótkiej powieści (teksty układają się w całość, więc pozycję równie dobrze można uznać za powieść) stopniowo poznajemy X-wieczną Skandynawię i tytułowego skalda. To właśnie od niego wypada rozpocząć recenzję, albowiem rzadko w debiutach zdarzają się aż tak starannie wykreowani protagoniści. Ainar to poeta jakich mało, gardzący fizyczną pracą zuchwalec, kłamca i pochlebca, pierwszorzędny uwodziciel i kochanek, a nade wszystko – dreng biegle operujący bronią. Właściwie czytając soczyste i krwiste niczym befsztyk po angielsku opisy walki niekiedy do głowy przychodzi słowo "rzeźnik". Stąd też przydomek "karmiciel kruków" – gdyby tylko czarne ptaszyska potrafiły mówić, z pewnością niejednokrotnie podziękowałyby skaldowi za sowity posiłek. Jeśli myślicie teraz, że oto mamy do czynienia z wikińskim odpowiednikiem Conana, Kane’a lub podobnym herosem, to srodze się mylicie. Ainar, choć twardy i odważny, zna swoje możliwości i nie rzuca się bezmyślnie na hordy przeciwników, a w wielu sytuacjach posługuje się sprytem i intelektem równie dobrze jak swoim mieczem, Kvernbitem.

Za garść srebrnych monet otwiera scenka, w której na placu osady, w miejscu gdzie jeszcze niedawno stała rzeźba boga Magniego*, kristiański (chrześcijański) munkr rozpoczyna nauczanie o grzechach głównych. A te nie są obce naszemu pogańskiemu bohaterowi – wiking grzeszy pychą, pijaństwem, rozpustą, lenistwem, gniewem i chciwością. Intryguje tak sprawnie, że doprowadza do konfliktu między lokalnymi władcami; wykorzystując ich słabości sięga po ukryty skarb. Droga ku niemu wiedzie przez zdradę, krew i trupy. Już na pierwszych stronach opowiadania pojawia się coś, co odpowiednio buduje klimat opowieści snutej przez Malinowskiego. Otóż autor (nota bene historyk dobrze wiedzący o czym pisze) używa niemałej ilości wyrazów staroskandynawskich i tak jest do końca książki. I chociaż znacznie więcej informacji o realiach wczesnośredniowiecznego życia znajdziemy w ostatnim, najobszerniejszym tekście, to Za garść srebrnych monet stanowi dobre wprowadzenie do interesującego świata. Dodam tylko, że jedyny akcent fantastyczny znajdziemy dopiero na samym końcu opowiadania.

Element fantastyczny stanowi natomiast podstawę Pieśni trupa – opowieści o miłości, zdradzie i zemście, śmierci i tęsknocie. Ainar po ucieczce z rodzinnych stron przebywa na Lodowej Wyspie (Islandia), gdzie szybko trafia się majętny zleceniodawca. W osiedlu Ospakstadir w tajemniczych okolicznościach giną ludzie oraz zwierzęta. Mówi się, że to sprawka drauga – żywego trupa, którego lękają się wszyscy. Jak poradzi sobie z nim dzielny skald? W Pieśni trupa zasygnalizowane zostało istnienie seidmadów – czarowników posługujących się magią płodności i śmierci oraz silna wiara mieszkańców Wyspy w istoty takie jak trolle, karły czy alfy. Można się domyślać, że najwyraźniej wszystkie one, tak jak draug, rzeczywiście istnieją.

Autor w pełni rozwija skrzydła w Wielości i Jedności. Tym razem Ainar gości w irlandzkim klasztorze, gdzie dochodzi do serii morderstw, których ofiarami padają mnisi. Tutejszy opat prosi wikinga o pomoc w rozwiązaniu krwawej zagadki. Brzmi znajomo? To dobrze, bo w Wielości i Jedności od pierwszych stron czuć inspirację słynną powieścią Umberto Eco. Malinowski w kapitalny sposób pokazuje kontrast pomiędzy mentalnością poganina-wojownika, a mentalnością chrześcijańską. Bohater przekomarza się z opatem, drwi z przekazywanych mu mądrości, nie rozumie, co jest złego w pokusach. Irytują go sami paparzy – tchórzliwi, pokorni, żyjący i robiący wszystko na rozkaz; nawet mierzenie czasu przez mnichów wydaje mu się dość dziwną praktyką. Nie raz dochodzi do zabawnych scenek, na przykład gdy skald dosłownie interpretuje słowa "kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem" – skutek można sobie wyobrazić. Łatwo też zgadnąć, że stosowane przez niego metody "śledcze" są znacznie mniej subtelne od metod Wilhelma z Imienia róży.

W tej krótkiej powieści poznajemy Ainara jeszcze lepiej i przekonujemy się jak niejednoznaczną postać wykreował autor. Nie tylko to powoduje, że nad Wielością wypada pochylić się na dłużej. Malinowski nie tylko nieźle prowadzi intrygę, ale – jak przystało na doktora historii – przybliża czytelnikowi klasztorne życie, obyczaje, średniowieczną architekturę oraz skandynawską mitologię. Ponadto wprowadza ciekawą drugoplanową postać Finloga – zakonnika coraz bardziej rozdartego pomiędzy powołaniem a młodzieńczymi potrzebami i marzeniami (świetna scenka kiedy Finlog walczy z libido przez wejście do lodowato zimnego jeziora). Wielość to, również z racji rozmiarów, tekst zdecydowanie najpełniejszy, najbardziej dopracowany. I jeszcze ostatnia uwaga: również tutaj autor dorzucił kilka szczypt fantastyki.

Dlaczego warto przeczytać Skalda? Po pierwsze: dla głównego bohatera, po drugie: z powodu wiedzy historycznej autora i po trzecie wreszcie: aby zobaczyć, jak kolejny polski pisarz sprawnie łączy powieść historyczną z fantasy. Debiut bardzo dobrze wróżący na przyszłość!

 

* W Skaldzie nie znajdziemy wzmianki o Odynie, Thorze czy Frei. Autor, na końcu książki przedstawia swoją wizję religii i mitów dawnej Skandynawii.

_____________________________________

AUTOR: Łukasz Malinowski

TYTUŁ: Skald. Karmiciel kruków

WYDAWNICTWO: Instytut Wydawniczy Erica

MOJA OCENA: 5/6

piątek, 16 sierpnia 2013
Wszystko o wojownikach średniowiecznej Europy

Słowo "rycerz" budzi u współczesnego człowieka liczne skojarzenia. Na ogół są one pozytywne, bo przecież przymiotnik "rycerski" jest kojarzony z zestawem wielce pożądanych cech i postaw, takich jak odwaga, honor, waleczność, lojalność, ogłada czy dworność. Nie można jednak zapominać o tym, że kultura tej warstwy społecznej nierozerwalnie związana była z przemocą. Łatwo też przytoczyć przykłady z historii, kiedy to rycerskie czyny znacząco mijały się z górnolotnymi ideałami. Jacy byli więc szlachetnie urodzeni, których rola polegała na walce i ciągłym doskonaleniu się w sztuce wojennej? Odpowiedzi na to i wiele podobnych pytań znajdziemy w albumie Rycerze. Historia i legenda.

Książka pod redakcją Constance Brittain Bouchard przykuwa wzrok nie tylko rozmiarami, ale również twardą i wymowną okładką. W środku znajdziemy ponad czterysta reprodukcji dzieł sztuki, fotografii i rycin. Odpowiednio dobranym, w zdecydowanej większości kolorowym zdjęciom (największe zajmują jedną lub dwie strony) towarzyszy przejrzyście rozłożony tekst z klarownym podziałem na rozdziały i podrozdziały. W wybranych miejscach umieszczono wyraźnie wyodrębnione cytaty i "ściągi" – istotne informacje w niebieskich ramkach. Ponieważ wszystko to podano czytelnikowi na papierze najwyższej jakości, strona wizualna publikacji prezentuje się wybornie. Należy zaznaczyć, że długą listę autorów (siedemnaście nazwisk) tworzą sami fachowcy, głównie mediewiści ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Australii. Ostatnia z wymienionych osób, Robert Bubczyk to autor dodatkowego rozdziału poświęconemu polskiemu rycerstwu.

Na album składa się, poza obiecującym wstępem pani Bouchard, pięć części. Pierwsza jest wprowadzeniem, w którym poruszane są takie kwestie jak pochodzenie i ideały rycerzy oraz ich obecność w średniowiecznej sztuce; dwie strony poświęcono rumakom. W drugiej, najobszerniejszej części zatytułowanej "Życie rycerza" czeka na nas prawdziwe bogactwo różnorodnych informacji. Poza wszelkimi aspektami życia codziennego opisano w niej m.in. ceremonię pasowania wraz z jej symboliką, budowę, funkcje i znaczenie zamków, organizację i przebieg turniejów, heraldykę, powstawanie i funkcjonowanie zakonów krzyżowych. Najciekawsze podrozdziały dotyczą jednak zbroi (dowiemy się co oznaczają pojęcia aketon, tabard czy ladry), broni, a także działań wojennych. Starannie scharakteryzowano różne rodzaje oręża – od miecza i tarczy, poprzez broń drzewcową z osobnym opisem kopii, po topory i broń obuchową. Zaraz potem ponownie pojawia się temat wierzchowców, tym razem ze szczególnym uwzględnieniem przeznaczenia bojowego (konie określane jako charger). Konflikty w średniowieczu to zagadnienie rozległe. Tu autorzy skupili się na takich rzeczach jak taktyka bitewna, oblężenia, rozwój uzbrojenia i udział wojsk najemnych, podali też historyczne przykłady czynów heroicznych. Na osobną wzmiankę zasługuje podrozdział dotyczący podobnych do rycerzy, elitarnych wojowników z Azji, czyli samurajów, kszatrijów oraz yóu xiá (odpowiednio Japonia, Indie i Chiny).

Na początku części trzeciej – "Rycerze w historii" – przeczytamy o pojawieniu się szlachetnego stanu i epoce normańskiej (od słynnej bitwy pod Hastings do czasów króla Jana II). Dalej nie mogło zabraknąć tak ważnych tematów jak krucjaty i wojna stuletnia*. W tym miejscu wypada wspomnieć, że wiadomości na temat wojny stuletniej przedstawiono w sposób przekrojowy i bardzo przystępny. Osiem krucjat przeciw muzułmanom podzielono na wczesne (pierwsze trzy) i późne, osobno opisano rekonkwistę oraz krucjatę prowadzoną przeciw albigensom. Nie pominięto także schyłkowego okresu epoki odchodzącej wraz z pojawieniem się nowych technik walki (łucznicy, zorganizowana piechota z pikami, broń palna, artyleria). W części czwartej pod tytułem "Ideał rycerski w kulturze" omówiono takie zagadnienia jak rycerze w literaturze, kinie i telewizji. Warto zauważyć, że autorzy zahaczyli tu nawet o gry komputerowe, planszowe, RPG oraz wszelkiego rodzaju rekonstrukcje historyczne. Książkę zamykają wspominany już, krótki rozdział o początkach, rozwoju i zmierzchu rodzimego rycerstwa (jedynie w nim zdjęcia są czarno-białe), słowniczek najważniejszych pojęć oraz obszerna bibliografia.

Publikacja PWN stanowi apetyczny kąsek dla ludzi zainteresowanych historią średniowiecza. Na trzystu stronach zgromadzono uporządkowane i wartościowe informacje, a barwna zawartość cieszy oczy. Rycerze. Historia i legenda to znakomite kompendium, którego jedynym, zauważalnym mankamentem jest ilość literówek. Nominalna cena byłaby dużym kłopotem, gdyby nie fakt, że w taniej książce pozycja kosztuje nie więcej niż 42 zł. Polecam! 

 

* Wojna stuletnia była najważniejszym konfliktem późnego średniowiecza, który doprowadził do ukształtowania się angielskiej i francuskiej tożsamości narodowej.

_________________________________________

AUTOR: praca pod red. Constance Brittain Bouchard

TYTUŁ: Rycerze. Historia i legenda

WYDAWNICTWO: PWN

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 08 sierpnia 2013
Fantastyczne zabawki

Patrząc na niektóre zabawki czasami trudno orzec, czy bardziej spodobają się dzieciom czy też... nieco starszym chłopcom. Poniżej fotki wybranych zabawek i gadżetów z mojej (?) skromnej kolekcji. Powinny ucieszyć oko każdego fana fantastyki.

Kilka figurek Lego – są w sam raz, aby postawić je przy książkach. Od lewej: żona astronauty (zabójczy kolor wdzianka), astronauta we własnej osobie (taki krój skafandra zobaczycie w Prometeuszu 2), cyborg w hełmie a’la garnczkowy, wilkołak z resztkami posiłku, szalony naukowiec (archetypowy) oraz jedyny koleżka spoza kręgu fantastycznego (u mnie pilnuje powieści Péreza-Reverte).



Teraz roboty. Najpierw kosmiczny glina (ma nawet kajdanki)…

a tu jeden z wielu kosmicznych łobuziaków.

Green power?

Z trzech filmów, które widziałem o Latarni tylko ten oglądało mi się z jako taką przyjemnością.

Właściciel najszerszego (nie mylić z najszczerszym) uśmiechu w popkulturze.

Niby typowe pierdółki, ale jakie fajne.  

Wesoła kompania ze Star Wars, a w niej trzech mistrzów Jedi z Yodą na czele (ponoć kumple od wódki mówią mu Dioda). Sprzęt to myśliwiec Jedi, maszyna kroczącą AT-RT oraz ślizgacz Sithów.

Na koniec najlepsze – sam Lord Vader (w niektórych kręgach znany jako Wiader) w roli… lampki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



Spis moli