o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
wtorek, 30 lipca 2013
Playing the game

Anders de la Motte ma na koncie dwie tradycyjne powieści detektywistyczne. Żadna z nich nie przyniosła mu sukcesu. Ba, obie nie zostały wydane, zapewne przez ową „tradycyjność” (w domyśle: szablonowość). Pisząc [geim], Szwed pozostał na obszarze bliskim kryminałowi, ale zrezygnował ze schematów, co na ciasnym rynku wydawniczym okazało się strzałem w dziesiątkę1. Ponieważ [geim] to obiecujące otwarcie trylogii, z ciekawością sięgnąłem po część drugą zatytułowaną [buzz]2.

Henrik Petterson (HP3) uciekł ze Szwecji i daleko poza jej granicami, dzięki ukradzionym pieniądzom, korzysta z życia na wszelkie możliwe sposoby. Zmienił wygląd, używa fałszywych tożsamości, a nawet przestał rozmawiać w ojczystym języku. Wszystko po to, aby na jego trop nie wpadli ludzie powiązani z Grą. Charakterystyczny telefon – źródło problemów, ale też adrenaliny, którą tak uwielbia HP – pozostaje wyłączony i dobrze ukryty (lecz nie zapomniany). Henrika rzadko opuszczają napięcie i bezsenność, do tego zaczyna mu doskwierać tęsknota za Sztokholmem, a słodki high life zaczyna być nudny. W hotelu w Dubaju bohater poznaje ponętną bizneswoman, której posrebrzana komórka wygląda znajomo i budzi bardzo niepokojące skojarzenia…

Tymczasem siostra HP, Rebecca Normén, zajmuje się ochroną szwedzkich VIP-ów w Sudanie. Podczas wykonywania obowiązków służbowych podejmuje szybką, acz kontrowersyjną decyzję, w wyniku której giną ludzie. Po przesłuchaniu przez komisję wewnętrzną Rebecca zostaje zawieszona z powodu podejrzenia o popełnienie poważnego błędu. Na domiar złego na nieoficjalnym internetowym forum dla policjantów pojawiają się wpisy atakujące ją personalnie. Ich autorem jest użytkownik o pseudonimie MayBey. O rosnącym zainteresowaniu MayBeyem i tym, co ma do powiedzenia, świadczą zamieszczane na forum, coraz liczniejsze komentarze ludzi z „branży”. Kto kryje się pod powyższym pseudonimem i dlaczego chce zaszkodzić Normén?

Podczas lektury w oczy rzuca się fakt wykreowania dwójki głównych bohaterów na zasadzie przeciwieństw. Rebecca, jako rozsądna i sumienna profesjonalistka, stanowi doskonałą przeciwwagę dla swojego młodszego brata – cwanego próżniaka z talentem do pakowania się w najgorsze kabały. Rodzeństwo różni także sposób wysławiania się. Henrik używa języka bardziej kolokwialnego lub slangowego (soczyście klnie najczęściej w myślach), natomiast Normén wypowiada się w sposób raczej stonowany. Zdaniem autora obserwowanie poczynań samego Pettersona na dłuższą metę byłoby dla czytelników męczące; trudno się nie zgodzić, chwilami bowiem zachowuje się on w sposób co najmniej irytujący. Takie jednak było zamierzenie pisarza – protagonista miał odstawać od archetypów znanych z kryminałów i powieści sensacyjnych. Wypada przy tym zaznaczyć, że w [buzz] w wielu sytuacjach HP błyszczy inteligencją i pomysłowością, więc ma szanse na odrobinę (a może więcej niż odrobinę) naszej sympatii. Z sytuacji podbramkowych wychodzi – jak przystało na postać z tego gatunku literackiego – mocno poobijany, lecz na szczęście cały i zdolny do dalszych działań, co czasem jest wynikiem szczęścia lub protekcji siostry, czasem zaś zasługą wrodzonego sprytu.

De la Motte ponownie zadbał o to, abyśmy nie narzekali na monotonię. Na przemian czytamy o losach Henrika i Rebecki, a sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. W celu podsycenia zaintrygowania odbiorcy Szwed wielokrotnie zawiesza akcję, by w ważnym momencie przejść do drugiego bohatera; ten niby prosty zabieg wykorzystany został po mistrzowsku. Ze względu na liczbę dobrze rozpisanych motywów typowo sensacyjnych [buzz], podobnie jak pierwsza powieść, stanowi niemal gotowy scenariusz dla filmowców (prace nad ekranizacją [geim] już trwają). Skoro jestem przy tematyce kinowej: nie da się przeoczyć, że książki de la Motte bezpośrednio nawiązują do Gry Davida Finchera oraz Matrixa (wybór pomiędzy dwiema tabletkami). W [buzz] znajdziemy również drobniejsze odniesienia do takich tytułów filmowych i książkowych jak Midnight Express, Lśnienie, Poza światem, Fight Club oraz… Alicja w krainie czarów.

Czy zatem [buzz] to tylko książkowy dostarczyciel rozrywki i zabawa popkulturą? Nie do końca. Pisarz poważnie potraktował rozmaite kwestie związane z funkcjonowaniem internetu – od niezdrowej chęci zaistnienia (bycia zauważonym), poprzez zwykłe hejterstwo i wykorzystanie sieci do gnębienia innych, aż po nieuczciwe praktyki korporacji mające na celu przejęcie kontroli nad cennymi informacjami lub ich zafałszowanie. Jak twierdzi oponent HP, wpływowy i bezwzględny Philip Argos, kluczem do władzy jest sterowanie strumieniem informacji w odpowiednim kierunku. Jego firma, ArgosEye, skoncentrowała się na „komunikacji ryzyka i zarządzaniu kryzysowym w obszarze Internetu” (buzz control). Zwykle oznacza to na przykład usuwanie niekorzystnych dla klienta (innej firmy czy osoby) internetowych komentarzy oraz opinii i wprowadzanie własnych, dużo bardziej przychylnych. Działalność i ambicje Philipa (zresztą ekspracownika wywiadu wojskowego) sięgają jednak znacznie dalej i dlatego ArgosEye uosabia większość zagrożeń dla wolności w ogólnoświatowej sieci. Chwileczkę, a co z Grą i Przywódcą? Czy [buzz] przybliża nas do prawdy? Tego akurat nie zdradzę, sprawdźcie sami.

Na koniec kilka słów o warstwie językowej. Wszystkie tytuły rozdziałów napisane są po angielsku. W tekście znajdziemy sporo wyrażeń w tym języku, wspominane kolokwializmy, zwroty slangowe, a także pochodzące z żargonu policyjnego (autor był oficerem policji). To ważne elementy, które powodują, że [buzz] może spodobać się i starszym nastolatkom, i osobom trzydziestoparoletnim, natomiast u starszych czytelników zapewne nie wzbudzi aprobaty.

Po [geim] i [buzz] widać dokładność, z jaką de la Motte rozplanowuje wszystko w swoich powieściach. Pytanie tylko, czy [bubble], trzecia część trylogii, będzie jej godnym zwieńczeniem? Cóż, poczekamy, przeczytamy, ocenimy.

 

1 Nagroda za debiut przyznana przez Szwedzką Akademię Autorów Kryminałów.

2 Słowo ma wiele znaczeń, podanych na początku książki. Buzz oznacza m.in. „nieustanny szum przypominający brzęk pszczół”, „sposób na natychmiastowe przyciągnięcie czyjejś uwagi” oraz „przypływ lub stan zapału, podekscytowania, pobudzenia albo delikatnego odurzenia”.

3 Podczas pisania [geim] początkowo autor nazywał protagonistę właśnie HP, co jest skrótem od słowa huvudpersonen – główny bohater. Dopiero później rozwinął skrót do imienia i nazwiska.

__________________________

AUTOR: Anders de la Motte

TYTUŁ: [buzz]

WYDAWNICTWO: Czarna Owca

MOJA OCENA: 5/6

wtorek, 23 lipca 2013
Cienie przeszłości

Bielszy odcień śmierci ze świetnie zaplanowaną fabułą, znakomicie stopniowanym napięciem oraz starannie budowanym klimatem zapewnił Bernardowi Minierowi sukces również w Polsce. Czy Krąg, czyli dalszy ciąg nieustającej walki komendanta Martina Servaza i jego ludzi ze zbrodnią, jest książką równie udaną? Przekonajmy się.

Niepokojący prolog ukazuje rozpacz kobiety porwanej i przetrzymywanej przez psychopatę. Wprawdzie tożsamość okrutnego kata nie zostaje ujawniona, ale każdemu, kto czytał Bielszy odcień śmierci od razu zaświta w głowie jedno nazwisko – Julian Hirtmann. Motyw uprowadzonej zostaje jednak zawieszony, a na kolejnych kilkudziesięciu stronach autor serwuje nam pierwsze morderstwo. Otóż w uniwersyteckim miasteczku Marsac policja znajduje związane i utopione w wannie ciało atrakcyjnej pani profesor. Ważnym elementem miejsca zbrodni są pływające w basenie lalki z kolekcji denatki. Od razu także mamy i podejrzanego. W momencie wkroczenia stróżów prawa na posesji przebywał bowiem Hugo Bokhanowsky – student będący pod silnym wpływem środków odurzających. Lokalny prokurator powierza sprawę Servazowi, a ten już na wstępie ma niełatwy orzech do zgryzienia, gdyż Hugo to syn jego dawnej kochanki. Czy w takiej sytuacji komendantowi uda się zachować obiektywizm osądów? Co przyniesie powrót do miasta znanego mu z czasów studenckich i ponowne spotkanie z kobietą, którą kiedyś bardzo kochał?

W jednym z wywiadów Minier podkreślił, że przez wykreowane postacie stara się ukazać zmiany jakie zaszły we francuskim społeczeństwie. I tak na przykład Martin (nota bene odstający od stereotypu twardego śledczego) reprezentuje starsze pokolenie; to człowiek ceniący gruntowne, wszechstronne wykształcenie akademickie, poezję oraz muzykę klasyczną, za to pozostający zupełnie na bakier z nowinkami technicznymi i technologicznymi. Można powiedzieć, że protagonista stoi niejako w opozycji do współczesnego, coraz szybciej „kręcącego się świata”, w którym najwyraźniej świetnie odnajdują się młodsi koledzy i koleżanki z „drużyny” – homoseksualny Espérandieu, bojowa policjantka Samira czy wreszcie znająca hakerski fach i kochająca adrenalinę (a także inne kobiety) funkcjonariuszka żandarmerii Ziegler. Właściwie nie dziwi już fakt, że obie panie nieporównywalnie lepiej radzą sobie z walką wręcz czy strzelaniem niż Servaz – taki, widać, znak czasów.

Warto zwrócić uwagę na muzykę słuchaną przez bohaterów. To właśnie upodobania muzyczne (konkretnie twórczość austriackiego kompozytora Mahlera) łączą komendanta z demonicznym Hirtmannem, co w powieści odgrywa rolę niebagatelną. Pewnie policjant i były genewski prokurator nieraz kulturalnie porozmawialiby sobie przy kieliszku koniaku bądź lampce wina… gdyby nie upodobanie tego drugiego do mordowania ludzi. No właśnie, tu dochodzimy do szwarccharakteru. Autor znowu do końca trzyma czytelnika w niepewności – nie wiemy bowiem, czy Julian jest zamieszany w dwa zabójstwa (poza piękną wykładowczynią ginie jeszcze pewien hodowca psów), czy też odgrywa pośrednią rolę strasząc z ukrycia. W każdym razie wszyscy ci, którzy po lekturze Bielszego odcienia z chęcią zakrzyknęliby „za mało Hirtmanna”, tym razem powinni poczuć się usatysfakcjonowani, gdyż w Kręgu poznajemy fakty z dzieciństwa Szwajcara, a nawet, przez moment, patrzymy na wydarzenia z jego perspektywy. W sumie słowa uznania dla Miniera ślę za staranne tworzenie wszystkich postaci (nikt nie został zaniedbany), ze szczególnym naciskiem na Servaza i Hirtmanna, powoli urastającego do rangi Hannibala Lectera.

Powieść ucieszy amatorów kryminałów/thrillerów ilością tropów, liczbą kolejno wyłaniających się podejrzanych oraz umiejętnym zasiewaniem ziaren wątpliwości. Pisarz nie poprzestał na prostej historyjce kryminalnej, lecz solidnie „obudował” ją licznymi wątkami pobocznymi, głębią psychologiczną postaci i faktami z przeszłości głównego bohatera. Nie zapomniał o tle narodowym, a akcję ulokował w konkretnym czasie, mianowicie podczas trwania mistrzostw świata w piłce nożnej w RPA (gdzie reprezentacja Francji zagrała bardzo kiepsko). Minier dobitnie zahaczył o politykę pokazując ją w świetle bardzo nieprzychylnym – demokracja zza kulisów to teatrzyk pozorów i gra dla cyników. Również światek uniwersytecki Marsac kryje nieco moralnego brudu, a przede wszystkim pewną tragedię sprzed lat.

Pora odpowiedzieć na pytanie zawarte w leadzie recenzji: czy nowa powieść dorównuje poprzedniczce? Obie pozycje mają zbliżoną objętość i podobny stopień skomplikowania intrygi. Niestety, Kręgowi brakuje misternie budowanego nastroju, który by mroził, przerażał i elektryzował jednocześnie. Akcja rozkręca się wolniej, przyspiesza zauważalnie natomiast gdzieś w połowie książki, co niektórzy uznają za większą lub mniejszą wadę. I ostatnia rzecz, taki malutki minus: zbyt często Minier napomyka o tym, co działo się w Bielszym odcieniu – niepotrzebnie, bo po Krąg w większości sięgną osoby znające debiut (znajomość ta nie jest absolutnie konieczna, raczej mocno wskazana) i, jak mniemam, bez poważnych problemów z pamięcią.

Należy stwierdzić, że francuski autor zapracował na miano twórcy kryminału erudycyjnego. Dlatego też, mimo, iż Krąg pod kilkoma względami ustępuje Bielszemu odcieniowi śmierci to nadal jest całkiem dobrą powieścią.

_______________________

AUTOR: Bernard Minier

TYTUŁ: Krąg

WYDAWNICTWO: Rebis

MOJA OCENA: 4,5/6

niedziela, 30 czerwca 2013
Rzut okiem - kryminał i okolice

„Mężczyzna, który się uśmiechał” to czwarta odsłona perypetii Kurta Wallandera – jednego z najpopularniejszych powieściowych gliniarzy. Na początku bohater mierzy się z problemem alkoholowym oraz depresją, w którą popadł po zastrzeleniu człowieka. Komisarz poważnie myśli o odejściu ze służby; nawet szukającego pomocy w kryminalnej sprawie znajomego prawnika odprawia z kwitkiem. Ów, wbrew ustaleniom policji, nie uważa niedawnej śmierci swojego ojca – również adwokata – za samobójstwo, lecz za zaplanowane morderstwo. Wkrótce młodszego z Torstenssonów, w jego własnym gabinecie, również dosięga śmierć. Tym razem nie ma mowy o samobójstwie. Dopiero to zdarzenie wyrywa Wallandera z odmętów beznadziei i bezsilności, zmusza do ponownego rzucenia się w wir kryminalnej zagadki.

Jak to bywa u szwedzkiego pisarza, droga do prawdy i ukarania winowajców pełna jest wybojów oraz przestojów. Nie tylko Wallander, ale cały zespół policjantów kilkakroć drepcze w miejscu – nikt nie dokonuje dalekich „skoków”, które znacznie uprościłyby i, tym samym, znacząco skróciły czas trwania śledztwa. Sytuację komplikuje fakt, że główny podejrzany należy do najbardziej wpływowych biznesmenów w kraju. Ale przecież śledczego z Ystad wyróżnia nadzwyczajna wytrwałość i nieustępliwość w dążeniu do celu… Po raz drugi postawię Mankellowi ten sam zarzut: otóż niektóre z postaci rysuje on zbyt powierzchownie; na tym polu nieporównywalnie sprawniej porusza się na przykład Zygmunt Miłoszewski. Natomiast zdecydowanie na plus „Mężczyzny” przemawia realizm. Podejrzewam, że praca ludzi z wydziału kryminalnego wygląda mniej więcej tak, jak przedstawia to autor – każdy w grupie dochodzeniowej ma przydzielone jakieś zadania (przesłuchania, mało ciekawe grzebanie w dokumentach czy bazach danych), a na kolejnych zebraniach następuje wymiana zdobytych informacji. Krótko mówiąc: niewdzięczna robota.

Ocena: 4/6. Porządny kryminał – „tylko” lub „aż”, w zależności od punktu widzenia.

 

Jak wiedzą miłośnicy twórczości Jo Nesbo, wysokoprocentowych trunków nadużywa także Harry Hole (znajomy psycholog twierdzi, że to forma samokarania). W „Trzecim kluczu” Nesbo prowadzi dwa duże, dobrze przemyślane wątki i kontynuuje już znane z poprzedniej części. Po pierwsze Hole musi rozszyfrować kim jest człowiek, który napadł na bank i zastrzelił jedną z kasjerek. Po drugie, ginie dawna kochanka Harry’ego – w pewnym momencie wszelkie poszlaki wskazują na niego jako zabójcę. Obie sprawy pośrednio łączy osoba Raskola – intrygującego i błyskotliwego przestępcy o cygańskim rodowodzie. Jakby tego było mało, nadal niewyjaśnione pozostają okoliczności śmierci dawnej partnerki Harry’ego, a zły glina z „Czerwonego gardła”, Tom Waaler dalej mąci i ma się dobrze. Wiernego sojusznika sympatyczny komisarz w martensach znajduje w nowej partnerce, obdarzonej wręcz fotograficzną pamięcią do twarzy.

„Trzeci klucz” to w dużej mierze opowieść o zemście, a może raczej – o różnych jej rodzajach (system penitencjarny jako zalegalizowana zemsta społeczeństwa na przestępcach) oraz o odkupieniu. Trzeba zaznaczyć, że Nesbo lepiej niż Mankell kreuje i prowadzi postacie na wszystkich planach – z równym powodzeniem ukazuje zarówno policjantów (rozmaite osobowości i relacje pomiędzy nimi), czarne charaktery czy „zwykłych” ludzi. Obraz głównego bohatera w sporej mierze budują także wydarzenia i szczegóły z jego życia prywatnego, odpowiednio wplatane w fabułę. A ta w „Trzecim kluczu” jest dużo bardziej pogmatwana (kwestią indywidualnej oceny pozostaje, czy nie za bardzo) niż w przypadku „Mężczyzny”. Ponadto Norweg dysponuje świetnym wyczuciem tempa! Facet po prostu ma głowę i rękę do pisania kryminałów. W pojedynku Mankell-Nesbo zwycięzcą bezapelacyjnie zostaje ten drugi.

Ocena: 5/6.

 

Na tyleż makabryczną, co pasjonującą wycieczkę zabiera nas Bill Bass w książce pod tytułem „Trupia farma”. Pan Bass nie jest kolegą po fachu dwóch wymienionych Skandynawów, tylko legendarnym antropologiem sądowym, założycielem najbardziej niezwykłego ośrodka do badań kryminalistycznych. Na trupiej farmie w Tennesse od 1981 roku rozkładają się liczne ludzkie zwłoki, a pracownicy uniwersyteccy oraz studenci obserwują wszystko, co jest z tym procesem związane. Cel projektu? Zdobycie jak największej ilości cennych informacji, które później służą policji oraz FBI podczas prowadzonych śledztw. Między innymi dzięki naukowemu wkładowi Bassa dziś ludzkie szczątki, w różnym stopniu rozkładu (wyróżnia się cztery etapy: fazę świeżą, rozdęcie, gnicie i etap wysuszenia) fachowcom mogą powiedzieć bardzo wiele. Naturalnie tempo rozkładu uzależnione jest od wielu czynników, przede wszystkim od warunków klimatycznych. Same kości umożliwiają identyfikację ofiar, zdradzają okropne tajemnice – kto umarł, w jaki sposób, kiedy nastąpił zgon. Dzięki kościom (i uzębieniu) właśnie da się określić płeć, rasę, wiek, a nawet wzrost zamordowanych. A to już bardzo dużo.

Bass krok po kroku odsłania kulisy swojej pracy. „Trupia farma” obfituje w drastyczne szczegóły (pośmiertnemu gniciu ciała towarzyszą fetor, muchy plujki i ich mięsożerne larwy), nie widać w nich jednak przesadności czy chęci zaszokowania czytelnika na siłę. Opisy dochodzeń przy których pomagał Bass równoważą scenki z jego życia prywatnego, co pozwala poznać słynnego antropologa również jako męża, ojca i dziadka. Książka, poza porcją dreszczy, ma do zaoferowania sporo ciekawostek i niewątpliwie posiada niemałe walory poznawcze chociażby z zakresu naszej anatomii (na końcu umieszczono rysunki szkieletu i kości czaski oraz słowniczek terminów antropologicznych i sądowych). W sumie „Trupia farma” konstrukcją, a także charakterem bardzo przypomina mi „Profil mordercy”; równie dobrze się ją czyta, co jest zasługą Jona Jeffersona. A jak wygląda porównanie rzeczywistości z filmami i powieściami? Policyjni i federalni specjaliści nie są wszechwiedzący i błyskawiczni w działaniu, nie zawsze udaje się im złapać, a później osądzić sprawcę…

Ocena: 5/6. Świetna lektura, nie tylko dla fanów kryminalnych historii.

czwartek, 09 maja 2013
Proza fiksacyjna, czytelniczo fascynująca

Jeśli ciekawią Was inne ujęcia popularnych w science fiction tematów, a ponadto jesteście gotowi na solidną porcję futurystycznych dewiacji i obłędu oraz związane z tym oszołomienie, powinniście sięgnąć po Testimonium – wydaną w tym roku antologię Jana "Jahusza"* Maszczyszyna. Tylko uwaga! Autor wstępu, Marek Grzywacz nie bez przyczyny opatrzył zawartą w niej prozę mianem… fiksacyjnej.

Do lektury recenzji zapraszam na portal Poltergeist.

*Pod tym pseudonimem autor publikuje na portalu www.fantastyka.pl

______________________________________________

AUTOR: Jan Maszczyszyn

TYTUŁ: Testimonium

WYDAWNICTWO: Warszawska Firma Wydawnicza

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 04 kwietnia 2013
Rakietowa trójka

Po lekturze „Rakietowych szlaków 3” łatwo wskazać elementy świecące w tym zbiorze najjaśniej. Peleton tworzą teksty Zelaznego, Swanwicka, Huberatha, Simmonsa oraz – ze względu na profetyczny charakter – Varleya, a większość pozostałych znajduje się wyraźnie za czołówką. Nie zmienia to faktu, że trzeci tom solarisowej antologii jest wartościowy i dobrze spełnia założoną rolę – zaznajamianie czytelnika z klasyczną science fiction.

Catherine L. Moore wysyła kosmicznego awanturnika, Northwesta Smitha na marsjańską kolonię i konfrontuje go z istotą rodem z greckiej mitologii. Pomimo upływu dziesiątek lat od powstania, zahaczające o horror „Shambleau” broni się całkiem nieźle. Na inne planety zabierają nas także Robert Sheckley (pod pseudonimem Finn O’Donnevan) w „Bezgłośnym pistolecie” i Michael Swanwick w znacznie nowszym „Powolnym życiu”. U Sheckleya opanowywanie kosmosu przypomina podbój Dzikiego Zachodu, a cudowny wynalazek w postaci niby-doskonałej broni mija się z oczekiwaniami. Swanwick udowadnia, że wykorzystanie chyba najbardziej ogranego motywu sf – kontaktu z obcą cywilizacją nie stanowi przeszkody w tworzeniu ciekawego opowiadania; „Powolne życie” przyniosło mu Hugo w 2003 roku.

John Varley może się pochwalić aż trzema najważniejszymi nagrodami (Hugo, Nebula i Locus) za „Naciśnij Enter”. Wprawdzie dzisiaj historia o śmierci hakera przed komputerem, rozbudowanej sieci i sztucznej świadomości nie robi już wielkiego wrażenia, ale należy pamiętać, że Amerykanin pisał o tym jeszcze w erze przedinternetowej. Clifford D. Simak osiągnął to samo co Varley dzięki „Grocie tańczących jeleni”. Tu pewien archeolog odkrywa grotę z wielce intrygującymi, naskalnymi malunkami oraz prawdę o tajemniczym osobniku, który kręci się w pobliżu obozu naukowców. Z pewnością nie jest to tekst powalający, raczej bardzo przyzwoity. Podobnie zresztą rzecz ma się z „Krainą wielkich koni” Raphaela A. Lafferty’ego i „Przyspieszeniem” Michaela Bishopa. W pierwszym z wymienionych Cyganie odzyskują zabraną im ojczyznę; w drugim dochodzi do niewyjaśnionego przeniesienia ludzi z miejsc ich zamieszkania do losowych punktów na Ziemi – czy potrafilibyśmy dostosować się do (zupełnie) innych warunków życia?

Ze schematów fantastycznych nie po raz pierwszy wyłamała się Ursula Le Guin. „Dzień przed rewolucją” to spojrzenie na zrealizowane społeczeństwo anarchistyczne oczami starszej kobiety. Nie takiej zwyczajnej, bo otoczonej szacunkiem matki rewolucji. Autorka ujmuje tym, w jaki sposób pisze o starości i związanych z nią życiowych doświadczeniach (pomijam natomiast utopijność pokazanego obrazu). Zupełnie z innej beczki jest „Mały morderca” Raya Bradbury’ego. Pomysł „ulokowania” grozy w małym dziecku – istotce pozornie niewinnej wykorzystywano niejednokrotnie… Owszem. Tyle tylko, że „Mały morderca” powstał blisko siedemdziesiąt lat temu, czyli na długo przed nakręceniem „Omenu”. Miłą niespodzianką dla polskiego czytelnika będzie opowiadanie Alana D. Fostera, w którym Polska (będąca monarchią) gra pierwsze skrzypce w międzynarodowej polityce. „Polacy to ludzie łagodni” co prawda zapada w pamięć, ale tylko z uwagi na ukłon autora w kierunku naszego kraju.

Wielbicielom klimatów a’la „Madmax” zapewne spodoba się nowela Rogera Zelaznego. W „Alei Potępienia” prawdziwy twardziel, Czart Tanner wyrusza w długą podróż z Kalifornii z misją dostarczenia leków mieszkańcom dotkniętego epidemią Bostonu. Przed Czartem ogromne połacie terenów skażonych promieniowaniem i zagrożenia w postaci zmutowanych zwierząt oraz szalejących gangów. Jeszcze lepiej prezentuje się „Umrzeć w Bangkoku” Dana Simmonsa – dowód na wszechstronność tego pisarza. Simmons imponuje warsztatem i porusza tyleż ważne, co drażliwe tematy śmiertelnego żniwa AIDS i prostytucji (wiadomo, Tajlandia), a robi to w pełni wykorzystując fantastyczny sztafaż. No i wręcz z pornograficzną dosadnością. Oczko wyżej stawiam jedno ze sztandarowych opowiadań Marka S. Huberatha – „Karę większą”. Czy jest ktoś, kto nie zna tej przejmującej wizji piekła, przedstawionego jako obóz koncentracyjny? (aby w pełni docenić „Karę…” wcale nie trzeba zgadzać się ze zdaniem Huberatha na temat aborcji).

Na deser otrzymujemy drugi szkic Wojciecha Sedeńki o historii gatunku. I pięknie. Muszę się jednak do czegoś przyczepić. Skompletowanie wszystkich „Rakietowych szlaków” oznacza niemały wydatek. Jakoś nie widzę konieczności wydawania kolejnych części serii tylko w twardej oprawie…

________________________

TYTUŁ: Rakietowe szlaki 3

WYDAWNICTWO: Solaris

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 28 lutego 2013
Totalna kontrola i cyrk na kółkach

Gdyby nie choroba i przedwczesna śmierć, Janusz Andrzej Zajdel zapewne spłodziłby jeszcze niejedną wartościową powieść, a za kilka miesięcy obchodziłby 75-te urodziny. To, czyje nazwisko nosiłaby wtedy najważniejsza nagroda polskiej literatury fantastycznej pozostaje kwestią niepotrzebnego gdybania. Miesięcznik „Nowa Fantastyka” ogłosił rok 2013 właśnie Rokiem Zajdla, co stanowi znakomity przyczynek do tego, aby poznać (lub przypomnieć sobie) twórczość wybitnego prozaika.

Powieść „Limes Inferior” (łac. dolna granica) napisana w latach 1979-1980 to antyutopia, w której aż kipi od politycznych podtekstów. Obnażanie i krytyka rozmaitych nonsensów PRL-u, rządów komunistów oraz stosunków pomiędzy Związkiem Radzieckim a Polską i innymi państwami bloku wschodniego sięgają bardzo daleko – aż dziw bierze, że coś takiego ujrzało światło dzienne w czasie trwania stanu wojennego (1982)! Jak na dłoni widać kunszt Zajdla, bo tylko pisarz dużego formatu potrafi zręcznie wykorzystać science fiction w charakterze płaszcza, pod którym można trafnie przeanalizować rzeczywistość, dosadnie i przewrotnie ją skomentować. Mając na uwadze konkretny kontekst historyczno-społeczny, postrzegam napisanie i wydanie „Limes Inferior” jako akt odwagi. Tragikomiczne funkcjonowanie socjalistycznego systemu autor ukazał tu w całej rozciągłości, a i modelowi zachodniego społeczeństwa, opartemu na beztroskim konsumpcjonizmie, obrywa się przynajmniej kilka razy. Co za tym wszystkim idzie, zbytnie skupianie się na fantastycznym aspekcie niniejszej książki oznaczałoby wprost niebywałe spłycenie jej przekazu.

Władza Argolandu na każdym kroku stosuje grę pozorów; to, że kieruje społeczeństwem jako całością, a do życia jednostek się nie wtrąca jest jednym z grubszych (chociaż wcale nie najgrubszym) z kłamstw. Do kontroli obywateli służą Klucze, łączące w sobie funkcje dowodu osobistego, karty kredytowej, zegarka i – co wielce istotne – certyfikatu, świadczącego o klasie IQ danego człowieka. Cóż oznacza to ostatnie? Ano, na pozór szczęśliwych mieszkańców miasta-molocha podzielono według możliwości intelektualnych na siedem grup, od zera do szóstki. O przynależności klasowej obywatela decydują wyniki państwowych testów. Czy jest w tym sprawiedliwość? A skądże! W mieście kręci się masa oszustów, a wśród nich lifterzy, którzy potrafią wywindować kogoś w tej dziwnej klasyfikacji. Nie za darmo, oczywiście. Skoro już o pieniądzach mowa… W obrocie są trzy waluty: najmniej wartościowe punkty „czerwone”, dalej „zielone” (wiadomo, o co chodzi) oraz prawdziwy obiekt pożądania – „żółte”, w żargonie nazywane „kanarkami”. Te ostatnie otrzymują jedynie ludzie oficjalnie zatrudnieni, czyli, w obliczu zaawansowanego zautomatyzowania wszelkich prac, stosunkowo nieduży odsetek populacji. I teraz największy ambaras: wymiana jednego rodzaju waluty na inny. Ale od czego są color-changerzy – cwaniaczki (cinkciarze?) z głową na karku! Kto nie kombinuje, ten ma niewiele…

Lista specyficznych „zawodów” nie kończy się na lifterach i color-changerach. Na ulicach swoje interesy prowadzą keymakerzy, w szpitalach Klucze zmarłym pacjentom opróżniają hieny, a żywych okradają wampiry. Żeby było ciekawiej, istnieją jeszcze downerzy – osobnicy zajmujący się obniżaniem klientom klas inteligencji. Po co ktoś miałby zrezygnować z przynależności do wyższej grupy społecznej? Nie, to wcale nie jest pozbawione sensu; zrozumiecie, jeśli dobrze poznacie Argoland. Wierchuszka przymyka oczy na drobne kanty, lecz – uwaga! – z otwartym sprzeciwem będzie już bezwzględnie walczyć. Dlatego też policja nie zgarnia z ulic kombinatorów (bo ci są w system niejako wpisani), tylko osoby z opozycyjną bibułą. Telefony mają założony podsłuch, a historię zafałszowano. Lwia część ludzi wiecznie coś udaje, nawet naukowcy, zamiast zajmować się czymś konstruktywnym, rytualnie wykonują szereg jałowych czynności. Rządzący ewidentnie dobierają współpracowników na zasadzie „mierny, ale wierny” i wyłączają siebie z narzuconych masom praw i zasad. Wypisz, wymaluj Polska Ludowa (niestety, wcześniejsze zdanie wciąż pozostaje aktualne).

W ramach zapewnienia równych szans (mrzonka) doszło nawet do tego, że wyższe wykształcenie stało się obowiązkowe. Kontrolę jednostek za pomocą Klucza (łatwo kogoś namierzyć, prześledzić wpłaty/ wypłaty itd.) wspomaga mieszanka telewizyjnych i gazetowych bzdur oraz piwo z dodatkiem środków ogłupiających. Co znamienne, obywatel bezwzględnie musi być konsumentem, co również prowadzi do zatraty cech indywidualnych. Ha! Ludzie zajęci omijaniem rzucanych im pod nogi kłód, zmęczeni życiowymi problemami i odmóżdżeni nie będą się buntować i dociekać prawdy. Argoland to po prostu doskonale kontrolowany bałagan, ze złudzeniem zarówno wolności, jak i porządku; istne perpetuum mobile absurdu, cyrk na kółkach. A cóż oznaczają słowa „dolna granica”, czemu służy społeczny teatrzyk i jaką rolę w książce odgrywają kosmici – tego musicie dowiedzieć się sami.

„Limes Inferior” nosi w sobie cechy najlepszych dzieł Dicka, a także genialnego „1984” Orwella. To lektura ambitna i wyśmienita alternatywa dla wiodącej prym na rynku, popowej fantastyki. Dlatego warto ją znać. Gorąco polecam!

PS. Niniejszy wpis jest notką o książce, nie zaś recenzją. Jeszcze coś o „Limes…”: moim zdaniem hasło „fantastyka socjologiczna” (sformułowanie o jak najbardziej pozytywnym wydźwięku) nie w pełni oddaje istotę rzeczy…

____________________________

AUTOR: Janusz A. Zajdel

TYTUŁ: Limes Inferior

WYDAWNICTWO: SuperNOWA

MOJA OCENA: 5,5/6

środa, 13 lutego 2013
Po drugiej stronie

Życie po życiu, piekło i niebo nie są motywami obcymi literaturze fantastycznej. Polscy współcześni pisarze gatunkowi również po nie sięgali – wystarczy wymienić choćby Maję Lidię Kossakowską (cykl anielski) czy Marka Huberatha (znakomita „Kara większa”). Swoją wizję krain znajdujących się „po drugiej stronie”, mocno podpartą treściami biblijnymi oraz mitologią, prezentuje także Agnieszka Hałas.

Recenzja e-booka (tylko w tej wersji wydano zbiór) na Poltergeiście tutaj.

_________________________

AUTOR: Agnieszka Hałas

TYTUŁ: Po stronie mroku

WYDAWNICTWO: RW2010

MOJA OCENA: 4/6

 

niedziela, 27 stycznia 2013
Zakołysanie na śmierć

Rok 1999 miał dla Chucka Palahniuka znaczenie szczególne. David Fincher nakręcił ekranizację „Fight Clubu”, co znacznie wzmogło zainteresowanie literackim pierwowzorem, a na rynku ukazały się dwie książki – „Niewidzialne potwory” oraz „Rozbitek”. Niestety, w tym samym roku, wraz z życiową partnerką, zamordowany został ojciec pisarza. Tragedia ta wpłynęła na kształt kolejnej powieści, opatrzonej na pozór tylko niewinnym tytułem „Kołysanka”.

Reporter Carl Streator zajmuje się sprawą serii łóżeczkowych śmierci niemowląt. Element łączący wszystkie zgony to książeczka „Wiersze i rymowanki z różnych stron świata”. Konkretny wierszyk, nazwany usypianką, skrywa potężną moc, przez którą niczego nieświadomi rodzice tracą swoje małe pociechy. Kiedyś śpiewano go umierającym z głodu dzieciom, konającym wojownikom lub ludziom śmiertelnie chorym, aby skrócić ich męczarnie. Okazuje się jednak, że przy pomocy usypianki da się zabić dowolnie wybraną osobę. Ktoś, kto pozna słowa zaklęcia będzie miał w zasięgu ręki ogromną władzę, a to pokusa trudna do odparcia, o czym przekonuje się Streator. W toku rozgryzania zagadki, dziennikarz składa wizytę Helen Hoover Boyle – właścicielce agencji nieruchomości. Kobieta prowadzi działalność dość nietypową, gdyż większość oferowanych przez nią, starych i wytwornych domów jest… nawiedzona, a nowi właściciele szybko zgłaszają chęć ich odsprzedania. Wkrótce Carl i Helen, wraz z sekretarką z agencji – wikanką Moną oraz jej chłopakiem Ostrygą, ruszają w podróż po kraju z zamiarem zniszczenia wszystkich kartek z morderczym utworem.

Do prozy Palahniuka idealnie pasuje określenie „ekscentryczna” i omawiana powieść nie stanowi tutaj wyjątku. Mieści się ona w szerokich ramach fantastyki (klątwy, cuda, domy w których straszy), choć nie wydaje mi się, aby autor przykładał do tego faktu większą wagę. W porównaniu z „Fight Clubem” widać już nieco mniejszą oszczędność w słowach, występują za to charakterystyczne powtórzenia wybranych zwrotów, a jedna z postaci, niczym Tyler Durden, prowadzi anarchistyczną akcję podkopującą społeczne poczucie bezpieczeństwa. Szkoda, że w rozwinięciu nie jest już tak błyskotliwie jak choćby w „Rancie” – wątki z „Kołysanki” sprawiają wrażenie nie do końca poukładanych, a zmiksowanym, różnorodnym składnikom brakuje mocniejszego spoiwa. Może to wynik kondycji psychicznej pisarza po bolesnej stracie? Momentami chyba on sam nie wiedział, w jakim kierunku ma zmierzać akcja.

Największa wartość książki tkwi natomiast w poutykanych w tekście, wartościowych spostrzeżeniach i przemyśleniach, które czytelnikowi podawane są w sposób jedyny w swoim rodzaju. I to właśnie coś, co z nawiązką rekompensuje wszelkie fabularne niedoskonałości. Palahniuk zadaje szereg pytań: o wolną wolę w naszych życiowych wyborach, o możliwość odcięcia się od bezustannego, informacyjnego szumu i hałasu tworzonego wokół siebie przez homo sapiens, czy wreszcie – co w kontekście okoliczności powstawania „Kołysanki” wydaje się najważniejsze – o to, jak zmagać się z życiem po śmierci bliskich. Na tym nie koniec. Są i pełne szczegółów wywody Ostrygi o zaburzeniach spowodowanych przez człowieka w licznych ekosystemach, i uwagi Streatora na temat etyki w zawodzie dziennikarza oraz ludzkich pragnień – czy dążność do posiadania większej ilości pieniędzy i dóbr tkwi w nas, czy też jest to wynik narzuconego „zaprogramowania”? Amerykanin nie byłby sobą, gdyby nie poruszał tematów drastycznych i niesmacznych, takich jak choćby zabójstwa z zupełnie błahych przyczyn i seryjni mordercy czy… nekrofilia.

W ostatecznym rozrachunku „Kołysanka” to pozycja niezła – zakładając, że czytelnikowi odpowiada specyficzny, Palahniukowy styl – aczkolwiek nie tak udana jak wymienione w drugim akapicie powieści.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia.

_________________________________

AUTOR: Chuck Palahniuk

TYTUŁ: Kołysanka

WYDAWNICTWO: Niebieska studnia

MOJA OCENA: 4,5/6

niedziela, 13 stycznia 2013
Rzut okiem – powieści historyczne

Czas na nową kategorię wpisów. Wzorem innych blogów wprowadzam rzut okiem – przegląd obejmujący kilka książek (z różnych przyczyn nie wszystkim pozycjom będę poświęcał odrębne notki). Na pierwszy raz wrzucam ostatnio przeczytane powieści historyczne. Dwie z nich nie wymagają znajomości wcześniejszych części ze swoich cykli i nie pozostają na dłużej w pamięci, dokładnie na odwrót jest z ostatnią z poniżej wymienionych.

 

„W cieniu inkwizycji” Péreza-Reverte to druga część przygód kapitana Diego Alatriste rozgrywających się w Hiszpanii pierwszej połowy siedemnastego wieku. Ojczyznę bohatera, wciąż żyjącą chwałą wygranych bitew, na zewnątrz postrzeganą jako silne państwo, trawi wewnętrzne zepsucie, chciwość i hipokryzja możnych oraz kleru. Zaułki Madrytu, z uwagi na obecność wszelkiej maści oprychów, nie należą do bezpiecznych, a wśród mężczyzn (niekoniecznie wysoko urodzonych) łatwo dochodzi do pojedynków w obronie dumy czy honoru. Kapitan (rodzaj przydomka, a nie prawdziwy stopień wojskowy) otrzymuje zadanie niełatwe – ze stołecznego monastyru, ponoć zamienionego przez wpływowego księdza w harem, trzeba uwolnić młodą kobietę. Na drodze doświadczonego weterana staną nie tylko przeciwnicy uzbrojeni w rapiery, ale także znaczny rangą przedstawiciel Świętego Oficjum.

„W cieniu inkwizycji” doskonale wpisuje się w konwencję płaszcza i szpady. Na taki efekt składają się nie tylko liczne, charakterystyczne dla gatunku cechy, ale także archaizowany, kwiecisty język. Powoduje on wyraźne rozdęcie tekstu, bo same losy Alatriste i jego młodego sługi Iñigo (będącego narratorem) dałoby się bardzo szybko streścić. Cennymi ozdobnikami są fragmenty poezji twórców barokowych, szczególnie pana de Quevedo, który w powieści jest personą dość istotną. Na pewno dowiadujemy się co nieco o ówczesnej Hiszpanii ze słabym królem, rozswawoloną szlachtą oraz ciągle wzbudzającą strach, potężną inkwizycją (liczba agentów i donosicieli sięgająca dwudziestu tysięcy). A Diego Alatriste? Z racji wieku to nie młody D'Artagnan; w oczach Iñigo – człowiek sprzeczności, raczej milczek, wykazujący stoicką obojętność zabijaka z zasadami.

Ocena: 4/6. Książka z udaną stylizacją językową. Miała być konkretna konwencja i… jest, więc odbiór zależy głównie od tego, czy (i na ile) ją lubimy.

 

W „Niewidzialnym Kolegium” Fabrizio Battistellego drugi raz do akcji wkracza kawaler Riziero z Pietracuty. Jest grudzień 1743 roku. Na papieskim tronie zasiada Benedykt XIV, czyli Prospero Lorenzo Lambertini. Z watykańskiej biblioteki ktoś kradnie rękopis spłodzony przez niego w czasach młodości. Problem w tym, że owo niepublikowane, wcześniej ukryte między półkami dzieło, teraz byłoby groźną bronią w rękach przeciwników reform i samego papieża; ujawnienie jego treści groziłoby skandalem. Na polecenie brata – kościelnego dostojnika – Riziero rozpoczyna małe śledztwo.

„Niewidzialnemu Kolegium” daleko do językowego wysmakowania powieści Péreza-Reverte, a gdzieniegdzie, w następujących po sobie zdaniach dziwi uporczywe powtarzanie tych samych wyrazów (tak jakby polski był ubogi w synonimy). Włoski młodzieniec śmiało poczyna sobie zarówno na polu szermierki, jak i miłosnych podbojów. Opisy scen erotycznych są dość obrazowe i na tyle charakterystyczne (Battistelli lubi sformułowania typu „zroszone wilgocią ściany groty Afrodyty”), że spotkać się mogą z różnymi reakcjami czytelników – od akceptacji, zapewne pozbawionej entuzjazmu, po mocne kręcenie nosem. Pietracuta poznaje osiemnastoletniego Giacomo Casanovę (jeszcze mało doświadczonego uwodziciela) i ratuje życie szkockiemu malarzowi, Gavinowi Hamiltonowi. Na ulicach Rzymu, podczas gdy jedni z pompą świętują karnawał, inni, nastawieni pokutnie, intonują słowo „marność”. W książce znajdziemy więc przygodę, oczywiście uwzględniającą machanie szpadą, piękne kobiety oraz trochę osiemnastowiecznej historii.

Ocena: 4/6. Łatwa, lekka i, pomimo mankamentów, w miarę przyjemna lektura.

 

Obu autorów o głowę przerasta Witold Jabłoński. Druga część cyklu „Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer” posiada wszystkie zalety swojej poprzedniczki. Witelon jest już dojrzalszy, ale wciąż goni za złudzeniem. Bo o ile jego pęd ku mądrości owocuje cennymi, naukowymi doświadczeniami, spostrzeżeniami oraz zapiskami m.in. z zakresu optyki, o tyle już pragnienie (antycznego) piękna oznacza głównie folgowanie swoim homoseksualnym pragnieniom, ciągłe poszukiwanie spełnienia w ramionach efebów. W „Metamorfozach” bohater najwięcej czasu, bo aż dziesięć lat, spędza w Italii, skąd ucieka wobec groźby inkwizycyjnego sądu. Wraca do Wrocławia i tu zostaje zaufanym doradcą Henryka IV Prawego. Skąd taki, a nie inny, tytuł tomu? Ano, Witelon występuje w nim jako legnicki pleban, przełożony bakałarzy, książęcy notariusz i stręczyciel, uczony filozof, poszukiwacz przygód, wrocławski kanonik i dworski intrygant. Jak widać wiele wcieleń ma ta tyleż intrygująca, co kontrowersyjna postać. Piewca rozumu i wyznawca Lucyfera potrafi niszczyć, ale też budować, a kwestia zjednoczenie ziem polskich pod królewskim panowaniem leży mu na sercu.

Jabłoński niemal do perfekcji opanował sztukę opowiadania bez użycia dialogów, co widać już w „Uczniu czarnoksiężnika” (recenzja); tutaj zapisy rozmów są, choć nieliczne i na ogół zdawkowe. Cóż z tego, skoro relacja Witelona wciąga tak bardzo, że po kilkunastu stronach zupełnie zapominamy o tym, że czytamy zbity tekst. Pisarz ani przez chwilę nie gubi się w gąszczu autentycznych postaci i rodzinnych powiązań Piastów, a wręcz czuje się w nim jak ryba w wodzie. Z wielką swobodą wprowadza do fabuły ówczesnych władców i możnych, a także takie osoby jak Tomasz z Akwinu, Wilhelm z Moerbecke czy pewien mnich z „Imienia róży” (celowo nie zdradzam o kogo chodzi). Warto tylko wspomnieć, że do rangi głównego przeciwnika Witelona i zarazem prawdziwej zakały piastowskiego rodu urasta Bolesław Rogatka. „Metamorfozy” dają wszystko, czego spodziewam się po powieści historycznej z prawdziwego zdarzenia – wiedza Jabłońskiego i pieczołowitość w oddawaniu trzynastowiecznych realiów zasługują na naśladownictwo. Książka stanowi gratkę dla czytelników, którzy, na równi ze sprawnym piórem, cenią śmiałe poruszanie się autorów po polu historycznym.

Ocena: mocna jak dzwon piątka.

poniedziałek, 07 stycznia 2013
Czy istnieje jedyna prawda?

Kolejny, szwedzki kryminał.

Recenzja ukazała się na Poltergeiście. Do przeczytania tutaj.

___________________

AUTOR: Olle Lönnaeus

TYTUŁ: Jedyna prawda

WYDAWNICTWO: Rea

MOJA OCENA: 4/6

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  



Spis moli