o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
niedziela, 30 grudnia 2012
Roczne podsumowanie & życzenia

W połowie grudnia blogowi stuknęły dwa latka, więc raczej to już nie sieciowy bobas. Nie było czasu, aby świętować, a zresztą – co za sens wyprawiać urodziny w obliczu nadchodzącego KOŃCA? Skoro jednak nie dosięgła nas apokalipsa, nie kryjąc z tego powodu wielkiego rozczarowania, przechodzę do podsumowania z mijającego roku.

Przez ostatnie dwanaście miesięcy na bloxie pojawiły się notki o 34 pozycjach. To mniej, niż zamierzałem opisać, przyjmując za miesięczną normę trzy książki. Cóż, życie… Cztery recenzje ukazały się na portalu Poltergeist i tylko tam są do przeczytania. Wśród kategorii nadal króluje u mnie fantastyka (i tak ma być!), która poszerzyła się o 18 wpisów. Aż 7 powieści – co najmniej dobrych – wzbogaciło kategorię sensacja/ kryminał. W mijającym roku nie opisałem żadnej książki głównonurtowej, zaś 4 zakwalifikowałem do „innych”. Pozostałe wpisy dotyczyły pozycji historycznych (2) oraz powieści historycznych (3).

Najwyższe noty uzyskały:

1. „Nakręcana dziewczyna/ Pompa numer sześć” P. Bacigalupiego – 6/6.

W tym przypadku nie miałem i nie mam wątpliwości co do maksymalnej oceny. Z niecierpliwością czekam na koleją powieść, tym razem nienakierowaną na segment rynku określany jako young adults.

2. „Imperium” R. Kapuścińskiego – 5,5/6.

Co tu dużo gadać – jedna z najważniejszych książek niekwestionowanego mistrza reportażu. Znakomite, podobnie jak „Heban” i „Cesarz”.

3. „Inne pieśni” J. Dukaja – 5,5/6.

Dukaj jest klasą sam dla siebie. Teraz trzeba będzie przejść „zlodowacenie” – za długo najważniejsza powieść ostatniego dziesięciolecia w polskiej fantastyce stoi na półce. Oj, koniecznie.

4. „Dom derwiszy/ Dni Cyberebadu” I. McDonalda – 5,5/6.

Małe oczko niżej niż „dwa w jednym” Bacigalupiego. Ian McDonald i we mnie znalazł… no, powiedzmy, że fana.

5. „Bielszy odcień śmierci” B. Miniera – 5,5/6.

Oto przykład, jak powinno się skomponować powieść kryminalną/ thriller. Życzyłbym sobie i innym czytelnikom więcej takich błyskotliwych debiutów. Ciekawe, kiedy pojawi się kontynuacja?

6. „Ziarno prawdy” Z. Miłoszewskiego – 5,5/6.

W konwencji kryminału rzecz bardzo się wyróżniająca. Klimat „Uwikłania” czy „Ziarna prawdy” jest zupełnie inny niż w „Bielszym…”, ale myślę, że całościowo Miłoszewski nie ustępuje Minierowi. Ma też nad nim drobną przewagę – jak dobrze Szwed, Norweg, Niemiec, Francuz czy inny diabeł nie opisałby specyfiki swojego kraju, ja wolę poczytać o polskim podwórku.

Tyle.

W nadchodzącym roku wszystkim czytelnikom życzę spełnienia marzeń i jak najwięcej satysfakcji z lektur. Dodatkowo, blogerskiej braci – wystarczającej ilość wolnego czasu oraz zapału do dalszego pisania o literaturze.

piątek, 28 grudnia 2012
Pérez-Reverte o szaleństwie wojny

Arturo Pérez-Reverte debiutował minipowieścią „Huzar”. Jej akcja rozgrywa się w Hiszpanii, w roku 1808, w czasie trwania kampanii napoleońskiej. Główny bohater, Fryderyk Glüntz, czuje się zaszczycony służbą w elitarnej jednostce cesarskiej jazdy. Młodziutki podporucznik nie zakosztował jeszcze prawdziwej wojny, dlatego też jego wyobrażenia o działaniach zbrojnych zupełnie mijają się z brutalną rzeczywistością.

Fryderykowi marzą się wspaniałe bitwy, honorowe potyczki i żołnierska gloria. Tymczasem przeciwnik nie ma twarzy, zastawia zasadzki, najczęściej atakuje z ukrycia. W odpowiedzi wojska Napoleona bezpardonowo rozprawiają się ze schwytanymi partyzantami, masowo wieszają chłopów i księży. Kiedy wreszcie, po nerwowym oczekiwaniu, dochodzi do starcia z regularnymi oddziałami wroga, Glüntz w krótkim czasie doświadcza wszystkiego, co najgorsze. Następnego ranka jest już zupełnie innym człowiekiem.

Hiszpan, który jako reporter przez lata relacjonował przebieg międzynarodowych konfliktów, w sposób niezawoalowany podsuwa czytelnikowi jasny i klarowny przekaz. Otóż nie ma czegoś takiego jak romantyczna wojenka, a na placu boju zwykli żołnierze są jedynie „pionkami pozbawionymi inicjatywy”. W bitwie miejsce odwagi szybko zajmują przerażenie, amok, szok oraz rozpacz. Podczas desperackiej i chaotycznej walki o życie, nikt nie pamięta o jakimkolwiek honorze. A że najazdy i mordowanie ludzi zawsze da się usprawiedliwić jakąś ideologią – to już odrębna kwestia (w tym wypadku Francja niesie oświecenie „ciemnej i zacofanej” Hiszpanii). To, co ma do powiedzenia Pérez-Reverte nie jest więc niczym nowym, ani tym bardziej odkrywczym. „Huzar” sprawdza się natomiast jako zapis frontowych przeżyć jednostki, która pod ich wpływem przechodzi błyskawiczną metamorfozę – równie dobrze akcję można by osadzić w realiach jakiejś innej, wcześniejszej lub późniejszej, wojny.

Autor zdecydował się na zwięzły tekst i najwidoczniej dopiero szlifował warsztat. Przy takiej formie trudno o tworzenie pełnych portretów poszczególnych postaci. Na pewno uwagę przykuwa zimny i dumy kapitan Dąbrowski (nie chodzi o Jana Henryka Dąbrowskiego). Doskonałym kontrastem dla  naszego rodaka jest gorącokrwisty Włoch, Philippo i szkoda tylko, że obu wojakom pisarz poświęcił tak mało miejsca. Za to udało mu się odmalować wojenną rzeź i szaleństwo. Dlatego właśnie książkę oceniam na czwórkę z minusem.

__________________________

AUTOR: Arturo Pérez-Reverte 

TYTUŁ: Huzar

WYDAWNICTWO: Muza

MOJA OCENA: 4/6

środa, 19 grudnia 2012
Muzyczne wspominki III

Dziś trzeci miniprzegląd muzyczny – porcja wybranych utworów, z których najstarsze sięgają pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Słuchem ich wiele razy i nigdy mi się nie znudziły. Wyrazista, mocna nuta. A nuż ktoś, kto taką lubi, nie zna poniższych kapel?

1. Moonspella pamiętam dzięki kasetom podrzucanym mi przez kolegów. „Diabelska” otoczka takich zespołów (w jakiejkolwiek postaci) nigdy mnie nie pociągała, ale sama muzyka – i owszem. Płyta „Sin Pecado” (1998) była mniej metalowa i bardziej melodyjna od poprzednich. Właśnie z niej pochodzi „Abysmo”.

2. Cokolwiek napisałoby się o dorobku Toola, i tak nie odda się natury muzyki. To samo dotyczy głosu wokalisty – Maynarda Jamesa Keenana. Tego po prostu trzeba posłuchać. Najlepiej wielokrotnie i na słuchawkach, bo dla zespołu charakterystyczne są złożone kompozycje.

3. A Perfect Circle to drugi projekt Maynarda. Debiutancka płyta ukazała się w roku 2000. Dwa spokojniejsze, klimatyczne utwory od lat nie dają mi spokoju. Jednym z nich jest „Orestes”. Kim był Orestes? Sprawdźcie, jeśli nie wiecie.

4. Nigdy nie byłem fanem Rage Against the Machine. „Killing In the Name” pamiętam jednak doskonale – ciekawe połączenie muzycznych gatunków.

5. Na zakończenie znowu punkowo. The Real McKenzies istnieją od 1992 i zawsze grali z pozytywnym kopem, z wykorzystaniem szkockich dud. Mają na koncie sporo energetycznych, krótkich kawałków. Takich jak ten:

czwartek, 13 grudnia 2012
Wanna play a game?

Recenzja ukazała się na portalu Poltergeist.

Zapraszam tutaj.

__________________________

AUTOR: Anders de la Motte

TYTUŁ: [geim]

WYDAWNICTWO: Czarna Owca

MOJA OCENA: 4,5/6

 

niedziela, 02 grudnia 2012
Wizjoner McDonald

Brytyjczycy nie mogą narzekać na deficyt rodzimych pisarzy uprawiających fantastykę wysokich lotów. Do grona tamtejszych gwiazd należy Ian McDonald, w Polsce znany z dwóch książek, które ukazały się w serii „Uczta wyobraźni”. Pierwsza z nich – „Rzeka bogów” to brawurowa, pełna pasji powieść spekulatywna z akcją osadzoną w Indiach, w odległej o kilkadziesiąt lat przyszłości. Dopracowany obraz azjatyckiego kraju McDonald dopełnił w opowiadaniach zebranych w „Dniach Cyberabadu”. Na polskiego czytelnika, podobnie jak w przypadku dzieł Bacigalupiego, czeka atrakcyjne „dwa w jednym”, albowiem MAG wydał ów zbiór razem z powieścią „Dom derwiszy”. Dzięki temu, zaraz po udanym powrocie do Indii, mamy okazję zobaczyć Stambuł sto lat po proklamowaniu tureckiej republiki.

W „Dniach Cyberabadu” autor w pełni korzysta z już stworzonej kopalni tematów, rozwija znane wątki, dodaje nowe, znowu zabiera nas do miejsc, gdzie głębokie tradycje współistnieją z cudami oferowanymi przez supernowoczesne technologie. Świat przedstawiony kryje wiele historii, a futurystyczne społeczeństwo cechuje zróżnicowane i  wielowarstwowość. „Sanjeev i robociarze” to spojrzenie na toczącą się wojnę secesyjną oczami chłopca zafascynowanego robotami bojowymi i ich nastoletnimi, androgenicznymi operatorami. Po rozpadzie hinduskiego państwa powstają Awadh oraz Bharat, odbudowywany przez międzynarodowy sojusz. Syn zagranicznego inżyniera budowlanego pewnego dnia ucieka poza strzeżoną zonę, by po raz pierwszy zobaczyć egzotykę ulic oraz stare rytuały nad świętymi wodami Gangesu („Kyle poznaje rzekę”).

Święto słoni wraz z wystawną ceremonią ślubną pojawia się w końcówce „Pyłkowej skrytobójczyni” – opowiadaniu, którego motyw przewodni to bezwzględna walka dwóch potężnych rodów. Inny charakter ma „Kawaler na wydaniu”. Tu widać kompletną, demograficzną klęskę spowodowaną „kultem syna” – płeć piękna jest w zdecydowanej mniejszości, więc nawet młodym, dobrze sytuowanym mężczyznom niełatwo znaleźć żonę. Czy sztuczna inteligencja (aeai) będzie odpowiednim doradcą przy wyborze partnerki? Z jakich wzorców zachowania korzystać w kontaktach z kobietami na wąskim rynku matrymonialnym; czy z tych kreowanych przez popularną, bollywoodzką operę mydlaną? Era prawdziwych aktorów i scenarzystów minęła, teraz bijący rekordy oglądalności serial „Miasto i wieś” tworzą właśnie sztuczne inteligencje.

Ich ewolucja powoli wymyka się spod ludzkiej kontroli, czemu zapobiec mają ustawy uchwalone w Stanach Zjednoczonych – najbardziej rozwinięte aeai podlegają delegalizacji i wykasowaniu. Do Awadhu emigruje kobieta, którą jako dziecko wybrano do roli nepalskiej bogini (funkcję tę kolejne dziewczynki pełnią tylko do pierwszego krwawienia). Po życiu w świątynnym odosobnieniu była devi musi odnaleźć się w zupełnie odmiennych okolicznościach – w ludnym, hałaśliwym i wysoce stechnicyzowanym mieście („Mała bogini”). Ze sztuczną inteligencją można nawet zawrzeć małżeństwo. Lecz czy taki związek ma jakiekolwiek szanse na dłuższe trwanie? Jak porozumieć się z istotą egzystującą na zupełnie innych płaszczyznach i wreszcie: co z najbardziej intymną sferą pożycia? O tym przeczytamy w „Małżonce dżina” (nagroda Hugo), będącej w jakiejś części futurystyczną baśnią, przypowieścią o fascynacji, miłości, zdradzie i zemście. Ostatni tekst – „Wisznu w Kocim Cyrku” publikowano także w antologii „Kroki w nieznane 2010”. McDonald skoczył jeszcze dalej w przyszłość (transhumanistyczną) i zręcznie domknął swoją opowieść o Indiach. Siedem opowiadań zawartych w zbiorze tworzy dobrze ułożony ciąg – świetny suplement „Rzeki bogów”. I nie ma mowy o żadnym odcinaniu kuponów.

„Dom derwiszy” konstrukcją i liczbą pierwszoplanowych postaci przypomina wymienioną wyżej poprzedniczkę. Akcja znów toczy się poza zachodnią cywilizacją, tym razem w tureckiej metropolii ulokowanej na dwóch kontynentach. Książkowy Stambuł jest żywym organizmem ze wszystkimi tkankami i układami, wcale nie mniej ciekawym od miast hinduskich. Jego krajobraz tworzą bazary, kawiarenki, dzielnice z mniejszościami narodowymi (Kurdowie, Grecy, Ormianie), cieśnina bosforska oraz meczety z tak charakterystycznymi minaretami i kopułami. Pisarz kapitalnie przybliżył egzotyczną kulturę, w której islam, bogata przeszłość i legendy codziennie stykają się z najnowszymi gadżetami, a przede wszystkim – z błyskawicznie rozwijającą się nanotechnologią. Ta dziedzina nauki robi furorę, otwiera przed ludźmi niemal nieograniczone możliwości, ale też wzbudza niepokój. Nano służy studentom i zapracowanym menadżerom jako wspomagacz, nano się nawet ćpa. Niestety, o jego wykorzystaniu pomyśleli również terroryści.

Fabuła zamyka się w pięciu dniach. Po kolei poznajemy bohaterów, których życiowe ścieżki przeplatają się i łączą ze sobą. Brzmi znajomo? Tak, lecz nie umniejsza to przyjemności z wycieczki po Stambule. A tu dzieje się sporo. Młody biznesmen szykuje wielki przekręt na rynku surowcowym, jego partnerka poszukuje niemal mitycznego zmelifikowanego człowieka (rodzaj mumii zalanej miodem), upada duża korporacja, na ulicach odradzają się islamskie bractwa, a terrorystyczne ataki zyskują nowy wymiar. Najsłabszą częścią powieści jest jej zakończenie – w tym miejscu przydałby się większy rozmach, co wcale nie musiałoby oznaczać tajfunu czy wielkiego trzęsienia ziemi.

Brytyjczyk posługuje się niemałym zasobem tureckich słów, oczywiście z uwzględnieniem liter charakterystycznych dla tamtejszego alfabetu. Nie zapomina o podsuwaniu czytelnikowi faktów z historii Turcji (czasy Imperium Osmańskiego, ojciec narodu Atatürk, kryzysy rządowe w drugiej połowie XX wieku), kompleksowo buduje jakość powieści. Pomimo podobieństw do „Rzeki bogów”, „Dom derwiszy” jest niczym szklanka orzeźwiająco zimnego ayranu w upalny dzień.

Za niesamowitą wyobraźnię autora, za śmiałość literackich kreacji książce wystawiam 5,5.

________________________________

AUTOR: Ian McDonald

TYTUŁ: Dom derwiszy/ Dni Cyberabadu

WYDAWNICTWO: MAG

MOJA OCENA: 5,5/6

piątek, 16 listopada 2012
Żurnalistą być…

„[…] im bardziej jesteśmy spragnieni ambitnych czy fachowych treści, tym trudniej o pracę dla zawodowego dziennikarza. Portale, pisma fachowe pełne są ofert, ale dla nowej generacji autorów. Dziennikarzy ekspertów, ekonomistów, socjologów, farmaceutów, nawet sommelierów. Wśród tradycyjnych dziennikarzy prasowych rośnie bezrobocie.”

Ewa Wilcz-Grzędzińska i Tomasz Wróblewski, mając na uwadze brak publikacji o sztuce tworzenia artykułów, wypełnili rynkową lukę książką „Pisać skutecznie”. To właśnie z niej pochodzi zamieszczony wyżej cytat – ważne, przybliżające dzisiejsze realia stwierdzenie. Ktoś mógłby skrzywić się na samo słowo „poradnik”, ale tak właśnie należy nazwać opracowanie adresowane do autorów wszelkiej maści – tych czynnych, chcących się doszkolić oraz tych, którym dopiero marzy się docieranie do szerszego grona odbiorców. Duet dziennikarski Wilcz i Wróblewski, korzystając z wieloletniego, wyniesionego z popularnych gazet doświadczenia, stworzył coś, co nie zawiera ogólników i banalnych porad.

Na niewielkich rozmiarów książkę składa się siedem rozdziałów. W pierwszym mowa o newsach, tematach, weryfikacji zdobytych informacji, stawianiu tez (czasami fałszywa, przez nikogo niezweryfikowana teza przetacza się przez wiele gazet), a także szczególnie ryzykownym dziennikarstwie śledczym. Kolejny rozdział poświecony jest konstrukcji tekstów. Najwięcej miejsca zajmuje w nim opis rodzajów otwarć – rozpoczęcie od anegdoty, uogólnienia, metafory, pytania retorycznego, historii, sytuacji, dowcipu lub sarkazmu to tylko niektóre z możliwości. Laik dowie się tutaj znacznie więcej: czym jest rozprowadzenie tekstu (tzw. billboard), jak piszący powinien dowodzić swojej tezy i jak należy dzieło kończyć. Artykuł ma być strukturą z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem.

Tekst prasowy, tak jak towar, musi posiadać opakowanie. Tytuł – najlepiej chwytliwy, przyciągający uwagę. Przy jego wymyślaniu ważna jest umiejętność kojarzenia i operowania skrótami myślowymi. Można nawet mówić o poetyce tytułów, które również podzielono na rodzaje (np. aluzyjne, intrygujące czy wartościujące). Styl i język to temat osobny. A w dziennikarstwie znów obowiązuje styl prosty i suchy; epoka rządów formy nad treścią odeszła w zapomnienie. Na budowę tekstu składa się jego rozłożenie – akapity, a także odpowiednie relacje pomiędzy zdaniami krótkimi i długimi (to akurat wie każdy średnio wprawiony czytelnik). Autorzy „Pisać skutecznie” zwracają uwagę na takie rzeczy jak odpowiednie dawkowanie cytatów, niepotrzebne stosowanie prawd obiegowych oraz precyzję – zmysł obserwacji, wiązanie faktów i umiejętność formułowania zdań to jeszcze nie wszystko w zawodzie żurnalisty. Pozostają już tylko kwestie czyszczenia artykułu oraz tego, jak zainteresować nim redakcje.

Wszelkie porady zawarte w „Pisać skutecznie” podparto konkretnymi przykładami z prasy krajowej i zagranicznej. Gdzieniegdzie znajdziemy także wypowiedzi znanych, polskich felietonistów. Jednym słowem pełen profesjonalizm. Szkoda tylko, że nie ma tu wskazówek bezpośrednio dotyczących pisania recenzji. Pewne zagadnienia i owszem, odnoszą się również do tworzenia tego rodzaju tekstów, ale to zdecydowanie za mało, aby usatysfakcjonować książkowych czy filmowych blogerów. Pomimo tego nie zaszkodzi przeczytać. Nawet jeśli nigdy nie zamierzaliście zostać autorami. Po lekturze każdy spojrzy na ulubione gazety i pisma pod innym kątem, a co wnikliwsi zechcą dokonać analizy zawartych w nich materiałów.

_________________________________________________

AUTORZY: Ewa Wilcz-Grzędzińska, Tomasz Wróblewski

TYTUŁ: Pisać skutecznie. Strategie dla każdego autora

WYDAWNICTWO: Ossolineum

MOJA OCENA: 4,5/6

piątek, 02 listopada 2012
Kosmos jest pełen żarcia (zamiast recenzji)

Życie zwykłego kucharza to nie bułka z masłem. A już profesja galaktycznego szefa kuchni, poza wysokiej klasy umiejętnościami, wymaga nadzwyczajnego opanowania, siły woli i niemalże bezgranicznego poświęcenia dla pracy. Bądźmy szczerzy: ta robota ociera się o heroizm. Nie wierzycie? Zapytajcie Hermoso Madrida Ivena – na jego miejscu Gordan Ram-sual już dawno zmieniłby zawód i zajął trenowaniem zawodników gwiezdnej piłki. Że nie znacie celebryty Ivena? Nie róbcie jaj! No, chyba, że mieszkacie na jakimś kosmicznym zadupiu… Okej. Hermoso jest współwłaścicielem „Roześmianej Komety” – najbardziej czadowej restauracji jaką znam. To on zapoczątkował duriańską rewolucję kulinarną, którą objęła cały rynek gastronomiczny. Mniej więcej w tym czasie, po wielkim skandalu, Unia Międzygalaktyczna wycofała z obrotu syntetyczną, zieloną papkę. Fuj, co to było za ohydztwo! Każdy, kto ceni smakowitą i odżywczo wartościową żywność, po spróbowaniu paćki nigdy więcej nie wziąłby jej do ust. Ciekawe, dlaczego tak ją lansowano? Hmm, po waszych minach widzę, że zaczynacie już coś kojarzyć.

Kiedyś kumple od kieliszka – jeden Bulwa oraz sympatyczny Mackarz (goście siedzą w branży gastronomicznej od lat) opowiadali mi o wcześniejszych wyczynach Ivena. Obaj znają kogoś, kto pracował dla tego szefa nad szefami w starej knajpie, więc mają informacje z dobrego źródła. Hermoso utrzymywał kontakty z Pieczarami – mafijnymi arcyłotrami z Jugot! Grzyby, od czasu do czasu, dostarczały mu jakiegoś martwego towarzysza niemal wprost do gara. Przy blaszkowatych zakapiorach nawet kontrolerzy z unijnego Ministerstwa Zdrowego Odżywiania nie wydają się groźni. Ci są tylko do bólu upierdliwi: normy, nakazy, dyrektywy i ciągła standaryzacja to ich żywioł. Dlaczego mówiłem o heroizmie? Wcale nie przez wzgląd na niebezpieczne zakupy w kadziach na Targu Poławiaczy. Otóż w magazynach kucharze Hermoso znaleźli kiedyś osobliwe kokony wylęgowe. To, co z nich wyszło i zmieniło niegroźne Chlipaczki (mniam, palce lizać) w krwiożercze potworki niemal opanowało całą restaurację. Ponoć – choć dla mnie zakrawa to na żart – zespół Ivena walczył z nimi za pomocą patelni i karmelu. Na końcu, z nie lada trudnościami, szef załatwił w utylizatorze rozszalałą matulę obcych. I – jak przystało na mistrza swojego fachu – z mięsa ubitych stworów zrobił kulinarny użytek.

Hermoso Madrid Iven uwikłał się w naprawdę grubą aferę, wpadł jak ziemska śliwka w kompot. Sporo podróżował, a właściwie uciekał z planety na planetę. Później odkręcił wszystko, ujawnił wielki przekręt z zieloną breją, powrócił w błyskach fleszy i wraz z kotką Silaną otworzył „Roześmianą Kometę”. W porządku, tyle zrozumiałem i przyjmuję do wiadomości. Natomiast za nic nie kupię tego, że Iven, wraz z ową kotką, Lukianinem (tak, Lukianie to słynni piloci o naturze wiecznych nastolatków) oraz ekipą ze stacji Supra, uratowali wszechświat. Że niby był jakiś wielki galaktyczny spisek? Bzdura. Nie uwierzę, bo opowiadający mi o tym Bulwa oraz Mackarz (spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością) mieli już nieźle w czubach i zaczęli bełkotać. Cóż, moi koledzy wykazują ogromną słabość do seleńskiej whisky. Zwłaszcza tej dwustuletniej. Wybaczcie, muszę wracać na zaplecze, do garów i moich kucharzy. Przed nami odwieczne boje: trybowanie, blanszowanie, flambirowanie, garnirowanie, smażenie, prażenie, pieczenie, podpiekanie, grillowanie. Uff, na samą myśl robi mi się gorąco. Ale kocham tę robotę. Na początek trzeba porządnie opieprzyć dwóch nowicjuszy, pogonić pomoce kuchenne, pochwalić garmażera za wczorajszy popis zakąsek i porozmawiać z sosjerem – Ludziolem z wiecznymi problemami (doprawdy, kosmicznymi). O naszej nowej pani menadżer, kąśliwej i sztywnej jak kij od szczotki Jaszczurzycy, już nawet nie chce mi się gadać. Życie szefa kuchni nie jest łatwe, nawet jeśli lokal dopiero stara się o pierwszą kometkę w „Przewodniku Plejadzkim”. Spadam. I pamiętajcie: kosmos jest pełen żarcia, więc niech Was nigdy nie skusi jakikolwiek syntetyczny, wystandaryzowany zamiennik jedzenia.

PS. Za sprawą powieści „Grillbar Galaktyka” Maja Lidia Kossakowska dołączyła do grona fantastów-humorystów (Pratchett, Kuttner, Adams czy Pilipuk). I zrobiła to w niezłym stylu. Ba, zwrot ku lżejszej, żartobliwej prozie zapewnił jej najważniejszą nagrodę w polskiej fantastyce. Nawet kinową klasykę gatunku („Gwiezdne wojny”, „Obcy”) Kossakowska potraktowała z bardzo dużym przymrużeniem oka, a zaserwowany humor i różnorodność kosmicznej menażerii przypominają filmy z serii „Faceci w czerni”. Pomimo wyraźnych wycieczek o charakterze politycznym, „Grillbar” służy przede wszystkim temu, czemu z założenia powinien – dobrej zabawie!

_____________________________

AUTOR: Maja Lidia Kossakowska

TYTUŁ: Grillbar Galaktyka

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4,5/6

sobota, 20 października 2012
Czarna owca Witelon

Spłodzenie wartościowej powieści historycznej jest, wbrew pozorom, rzeczą niełatwą. Nie wystarczy uwzględnienie w fabule kilku postaci znanych z podręczników oraz sporadyczne wymienianie faktów z przeszłości w ramach tworzenia tła dla opowieści. Tego rodzaju zabiegi, nawet przy nielichym talencie literackim, gwarantują co najwyżej powstanie przyjemnego czytadła. Aby osiągnąć satysfakcjonujący efekt, pisarz powinien wykazać się gruntowną znajomością tematu, to znaczy wiedzą o danej epoce zbudowaną na pracy z licznymi źródłami, a następnie w atrakcyjny sposób przekazać ją czytelnikowi. Pod tym względem Witold Jabłoński w „Uczniu czarnoksiężnika” spisał się celująco – jego historyczne rozeznanie i swoboda w przedstawianiu średniowiecznych realiów budzi szczery szacunek. Rozpatrując zaś sam warsztat należy przyznać, że pierwsza części cyklu „Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer” to kawałek bardzo solidnej prozy.

Tytułowym uczniem jest Witelo – pierwszy szerzej znany polski uczony, urodzony na Dolnym Śląsku w roku 1230, a więc w czasach rozbicia dzielnicowego. Ów syn Turyngii (ojciec był niemieckim kupcem) i Polski, będąc już w wieku matuzalemowym rozpoczyna fascynującą opowieść o swoim żywocie. Samego Wincentego Kadłubka nazywa łgarzem i zapewnia o prawdziwości opisywanych przez siebie wydarzeń, choć przyznaje, że miejscami odrobinę je ubarwił. Wielkie znaczenie ma fakt, iż Witelo na wstępie powołuje się na upadłego anioła, którego uważa za „najwyższego pana swej duszy”, na „niepodległą nikomu myśl” oraz magię – „gorzką wiedzę z drzewa dobrego i złego”. Czytamy więc o losach dziadka i babki narratora, następnie okolicznościach poznania się rodziców i śmierci matki – niewiasty o wdzięcznym imieniu Malina. Malina wpadła w oko staremu, możnemu rozpustnikowi – nie byle komu, bo samemu księciu Władysławowi Laskonogiemu. Podczas próby gwałtu Malina morduje chutliwego Piasta, za co spotyka ją sroga kara. Od tej pory malutkiego Witelona wychowuje babka, zaradna zarządczyni młyna, wśród prostego ludu ciesząca się podszytą strachem estymą. Powód? Otóż szanowna babcia zajmuje się ziołolecznictwem, urokami, odbieraniem porodów oraz aborcjami. Za kogo jest uważana – dodawać nie trzeba.

Pewnego razu wzburzony tłum, podjudzony dodatkowo przez miejscowego księdza, w akcie agresji pali młyn wraz z wiedźmą. Przyszłemu uczonemu, już wtedy dostrzegającemu swą odmienność (pod wieloma względami) i wykazującemu się ponadprzeciętną inteligencją, udaje się zbiec. Chęć zemsty za krzywdy, nienawiść do motłochu, a w jeszcze większym stopniu – do kleru w znacznej mierze kształtują bohatera. To dopiero początek perypetii, albowiem w pierwszej części cyklu czeka na niego Wrocław, Legnica (tu rozegra się słynna, przegrana bitwa z Tatarami), Płock oraz tyleż fascynujący, co brudny i śmierdzący zawartością rynsztoków Paryż. Wśród licznych, napotkanych person znajdą się między innymi Bolesław Rogatka (syn poległego pod Legnicą Henryka Pobożnego), Konrad mazowiecki czy Tomasz z Akwinu. Pod koniec tomu pojawi się nawet legendarny banita z Sherwood, by popisać się słynnym, łuczniczym trikiem.

„Uczeń czarnoksiężnika” obfituje w postacie znane z kart historii – barwne i przedstawione w zupełnie innym świetle niż podręcznikowe. Już tylko mnogość występujących tu, mniej lub bardziej ważnych Henryków (imię bardzo wówczas popularne) może przyprawić o zawrót głowy. Co istotne, Jabłoński nie preferuje ugrzecznienia w pokazywaniu ludzi i wydarzeń historycznych. Wręcz przeciwnie! I tak na przykład świętą Jadwigę autor, piórem Witelona, przedstawia jako kobietę ogarniętą „świątobliwym obłędem”, a mówiąc inaczej – poważnie szwankującą na umyśle. Dostojnicy z rodu Piastów bezwzględnie walczą o władzę, zawierają alianse, spiskują, knują i trują się nawzajem (czyli sama prawda o średniowiecznych władcach). Templariusze również mącą, co więcej – pogłoski o inicjacji opartej na wyrzeczeniu się Chrystusa i pluciu na krzyż w książce okazują się akurat prawdziwe. Papież ekskomunikuje cesarza Fryderyka za opieszałość w krucjatowych działaniach, we Francji krwawo stłumiono katarską herezję (haniebne słowa legata papieskiego), Krzyżacy nawracają pogańskich Prusów ogniem i mieczem, Europa trzęsie się ze strachu przed Tatarami itd. Sytuacja polityczna, w szczególności na ziemiach polskich, została nakreślona pierwszorzędnie, z wielkich znawstwem. Oczami wyobraźni wyraźnie widzimy też ówczesny, miejski krajobraz z aktorami w osobach scholarzy, kleryków, czarowników, uczonych, heretyków, ladacznic i żebraków. Długo można by wymieniać rzeczy dotyczące połowy XIII wieku, które pisarz uwzględnił w powieści – cennych informacji historycznych jest zatrzęsienie; pod tym względem mało kto byłby w stanie dorównać Jabłońskiemu.

Nie wypada chociaż pokrótce nie scharakteryzować Witelona. Ślązak to wybitny umysł, ale też wcielona czarna owca, typ niezależny i niepokorny. Jako cyniczny komentator rzeczywistości co rusz kpi z chrześcijaństwa i podwójnej moralności księży, a przed czytelnikiem nie kryje ani fascynacji Lucyferem, ani swej homoseksualnej orientacji – właściwie o obu tych sprawach pisze z wielką otwartością. Diablo zdolny wyrzutek i wielbiciel kultury antycznej ma wielką słabość do przystojnych mężczyzn, czym zresztą specjalnie nie różni się od wielu kleryków (w tym środowisku mizoginia była czymś powszechnym). Ze sporo starszym od siebie czarnoksiężnikiem Wolfgangiem, poza relacjami mistrz-uczeń, przez dłuższy czas łączy go także więź erotyczna. Ba! I wizyta bohatera u wielce leciwego, wielkiego skarbnika Templariuszy (znowu intrygi, polityczne manipulacje oraz szpiegostwo) kończy się męską orgietką. Nawet przy braku negacji tego, że od niepamiętnych czasów zawsze jakiś odsetek ludzi skłaniał się ku własnej płci, a sodomię w sposób nieskrępowany praktykowali starożytni, homoseksualne ekscesy Witelona (na szczęście niezbyt dosadnie opisane) u niejednego odbiorcy mogą wzbudzać niesmak.

W XIII wieku naturalnie wciąż istnieje pogaństwo. Prusowie czczą Peruna, składając mu krwawe ofiary, a i na ziemiach polskich nie zapomniano o starych obrzędach (nagie wieśniaczki tańczące z sierpami na polanie). Wśród pospólstwa wciąż żywa jest legenda o złym, zjedzonym przez myszy Popielu, a także wiara w magię oraz rusałki, duchy, demony itp. Tak naprawdę jednak nikt tu nie czaruje (a już na pewno nie rzuca fireballami), nikt nie wzywa monstrów z innych wymiarów, a wymienione wyżej istoty istnieją tylko w ludzkiej wyobraźni (inaczej niż w trylogii Sapkowskiego). Wiedza tajemna opiera się na astrologii, wróżeniu, znajomości ziół oraz alchemii, która stała się obsesją mistrza Wolfganga. Dlatego powieść zaliczyłbym do niemalże czysto historycznych, nie zaś do fantastyczno-historycznych. Ostatnia, ważna sprawa: na książkę składa się zwarty tekst – to apokryf całkowicie pozbawiony dialogów. Pomimo tego „Uczeń czarnoksiężnika” wciąga na dobre, za co znowu trzeba pochwalić Jabłońskiego. Książkę zamykają: komentarz autora (od edytora apokryfu), kroniki z najważniejszymi datami i wydarzeniami lat 1230-1255 oraz noty biograficzne.

Okładka „Ucznia” nie należy do najpiękniejszych (co dotyczy również pozostałych części cyklu), ale zawartość jest bardzo atrakcyjna. Z pewnością dużo lepsze to, niż kupienie lub dostanie czegoś marnego w pięknym opakowaniu. Czyż nie?

______________________________

AUTOR: Witold Jabłoński

TYTUŁ: Uczeń czarnoksiężnika

WYDAWNICTWO: superNOWA

MOJA OCENA: 5/6

sobota, 06 października 2012
Muzyczne wspominki II

…czyli muzycznej podróży sentymentalnej ciąg dalszy. Po raz drugi wrzucam kilka wybranych kawałków, których – pomimo upływu lat – słucham z wielką przyjemnością. Wśród nich prym wiedzie absolutna klasyka, w mniejszym lub większym stopniu związana z punkiem.

1. Na dzień dobry sięgnięcie do samych początków, czyli twórczości Iggy’ego Popa – prekursora i ojca chrzestnego (właściwie to dziadka) wyżej wymienionego gatunku muzycznego. „The Passenger” należy do utworów bardzo często „coverowanych”. W Polsce swoje wersje „Pasażera” grały takie zespoły jak Kult, Pidżama Porno czy Big Cyc. Wracając do dziadka Popa (i jednocześnie nawiązując do podstawowego tematu bloxa): tutaj znajdziecie informacje o jego biografii.

 

2. The Clash nagrali masę świetnych kawałków, więc ciężko wybrać jeden ulubiony. Po namyśle zdecydowałem się na „London Calling”. Muniek Staszczyk powiedział kiedyś o nich, że potrafili wyskoczyć z ciasnych gatek punk rocka. Dlaczego dziś nie ma już takich kapel?

 

3. Teraz rodzimy klasyk: „To co czujesz, to co wiesz” Brygady Kryzys. Czy mam coś jeszcze pisać? A, znowu zahaczę o książki: tutaj o autobiografii Roberta Brylewskiego (dla wielu człowiek-legenda polskiej sceny).

4. Niektóre teksty Dezertera wraz z upływem czasu nie przestały być aktualne. I to nie tylko te o władzy. Chociaż najlepiej wspominam płytę „Ile procent duszy?”, niniejszy utwór pochodzi z późniejszej. Również Dezerter doczekał się wydania książki o swojej historii.

5. Na koniec pilski Alians, liczący sobie już ponad dwadzieścia lat. „Godzilla” jest dużo świeższa:

niedziela, 30 września 2012
Party crashing, senseo i podróże w czasie

Chuck Palahniuk lubi stosować ironię i czarny humor w dawkach dalece przekraczających przeciętność. W swoich tekstach nie uznaje religijnych ani społecznych tabu, czego konsekwencją jest medialna opinia kontrowersyjnego, a nawet szokującego pisarza. To, co Amerykanin zawarł w słynnym „Fight Clubie”, a co później tak wspaniale przełożył na język filmu David Fincher, trudno porównywać z jakąkolwiek inną książką – na usta samo ciśnie się pytanie o genezę tak zwariowanych (właściwie lepiej pasuje słowo „odjechanych”) konceptów. Czy Palahniuk traktuje pisanie jako rodzaj wentylu bezpieczeństwa? Jeśli tak, to aż strach pomyśleć co byłoby, gdyby facet nie mógł się na tym polu realizować. Dziewiąta w kolejności (licząc jedną, niepublikowaną) powieść – „Rant” zdradza pewne podobieństwa do „Fight Clubu”, ale na szczęście nie tak znaczne, aby mówić o kopiowaniu z premedytacją czegoś, co odniosło głośny sukces i zyskało status dzieła kultowego.

Autor wybrał rzadko spotykaną formę – cała książka składa się z ustnych relacji osób (świadków), które znały lub przynajmniej spotkały niejakiego Bustera „Ranta” Casey’a; tym samym nie znajdziemy w niej żadnego dialogu. Świadkowie podzieleni są na dwie grupy (czarne lub białe kropki przy imionach i nazwiskach), co związane jest z obowiązującym porządkiem społecznym. Na temat Bustera wypowiadają się przyjaciele i wrogowie z dzieciństwa, matka, sąsiadki, nauczyciele, znajomi z lat późniejszych itd. Jak łatwo się domyślić, w zależności od stopnia zażyłości i sympatii (lub jej braku), ludzie postrzegają i opisują Ranta w różny sposób. W związku z rozmaitymi punktami widzenia, w ogólnym obrazie szybko pojawiają się drobne nieścisłości, a niektóre relacje są ze sobą sprzeczne. Kim więc jesteśmy – czy prawda o człowieku to dopiero wypadkowa opinii innych ludzi? Na ostatnich stronach znajduje się spis wszystkich relacjonujących, z krótką informacją o ich dalszych losach, co przypomina końcowe informacje w filmach opartych na faktach.

Teraz słów kilka o naszym nieobecnym bohaterze. Casey, już jako dziecko, przejawiał silny indywidualizm, anarchistyczny charakter oraz dziwne skłonności. Wśród rówieśników wyróżniały go także nadzwyczaj wyostrzone zmysły smaku i węchu, często dość perwersyjnie przez niego wykorzystywane. Jako nastolatek Rant był już człowiekiem uzależnionym. Ale nie od alkoholu czy narkotyków! Dzieciak znajdował upodobanie w celowym wystawianiu się na ukąszenia lub ugryzienia dzikich zwierząt. Ukryty głęboko w norze ssak, czy lepiej – jadowity pająk bądź wąż gwarantowały mu emocje i adrenalinę, a co ważniejsze – dostarczały szczepionki przeciw rozmaitym lękom. Bo jak tu się bać codziennych spraw mając imponującą kolekcję ran i blizn? A że przy okazji chłopak stał się supernosicielem wścieklizny – cóż, zdarza się… Bustera nie interesowało małomiasteczkowe życie, tak jak oszukane zabawy na Halloween oraz naiwna wiara w Mikołaja czy Wróżkę Zębuszkę; chciał czegoś, co byłoby prawdziwe. Czy znalazł to w wielkiej metropolii, wśród kontrkulturowców uprawiających party crashing?

Party crashing? To sport drużynowy z określonymi zasadami, sposób na życie i poznawanie ludzi oraz ucieczka od szarej codzienności. I emocje. To wypatrywanie innych ekip w samochodach, aby w odpowiednim momencie zderzać się z nimi, a potem z ostentacją robić awanturę. Tak bawią się nocniacy – gorsza część wielkomiejskiej społeczności. Bo pory dnia, a właściwie godziny policyjne, wyznaczyły nowe, tym razem czasowe getta. Dzienniacy żyją lepiej, ale czy pełniej? A w ogóle: kto wymyślił party crashing, gdzie są jego początki? Inna rozrywka, która wyparła kino i książki to senseo. Dzięki niemu zapisujesz aktywność swojego mózgu, a więc wszelkie doznania zmysłowe (podobny pomysł wykorzystano w filmie „Strange Days”). Oczywiście, możesz odtwarzać doświadczenia innych nagrywających, możesz je miksować i podrasować – tylko frajerzy korzystają ze szmirowatych, popowych nagrań. No i pozostaje jeszcze kwestia Historyków – czy naprawdę przemieszczają się w czasie, dokonują „korekty pochodzenia”, by stać się bogami?

Choć w „Rancie” wyczuwa się posmak amerykańskiego kultu aut, ważniejsza wydaje się motywacja niektórych party crasherów – dziewczyna bohatera Echo, po tragicznym wypadku samochodowym i utracie rodziców, próbuje oswoić się ze śmiercią, zaś inni poszukują czegoś, co uatrakcyjni ich egzystencję i nada jej sens. Nieco makabryczną działalność prowadzi radio dla kierowców Jatka-Gratka, które w szczegółach opisuje obrażenia ofiar wypadków drogowych. Jeśli w kimś drzemie ciekawość cierpienia, to owa stacja całkowicie zaspokoi jego potrzeby.

Palahniuk ma w sobie coś z… Szalonego Kapelusznika. Zupełnie nie przejmując się literackimi podziałami gatunkowymi wymyśla rzeczy nieprawdopodobne, bawi absurdem, bez reszty wciąga czytelnika w zwariowaną rzeczywistość. Nie tylko na tym opiera się siła powieści, bo w „Rancie” znajdziemy między innymi satyrę na konsumpcjonizm (sprzedaż oparta na trikach i wyuczonych technikach psychologicznych) oraz mody i bezmyślne naśladownictwo, krytykę ograniczania przez władze praw obywatelskich pod wygodnymi pretekstami, a nawet antropologiczne wywody o rytuałach społecznych – tych w głównym nurcie życia społecznego i poza nim. Temat nieśmiertelności w kulturze masowej (przeświadczenie, że Elvis nie umarł, tylko uciekł od sławy) miesza się z religijnymi dogmatami. Jedna z postaci twierdzi, iż „seksowne kłamstwa składają się na religie świata”. W ogóle autor przewrotnie mówi nam, że stosunki międzyludzkie wręcz opierają się na mniejszych lub większych kłamstwach, a łgarstwo powtarzane wiele razy zostaje zaakceptowane i staje się prawdą.

Na koniec krótko: im bardziej lubicie książkowy „Fight Club”, tym większe są szanse na to, że „Rant” również przypadnie Wam do gustu. Lektura gwarantuje wyśmienitą zabawę, przy jednoczesnej zasobności w głębsze treści.

Za udostępnienie książki dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia.

_________________________________

AUTOR: Chuck Palahniuk

TYTUŁ: Rant

WYDAWNICTWO: Niebieska studnia

MOJA OCENA: 5/6

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  



Spis moli