o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
wtorek, 25 września 2012
Eterowa Anglia

Ian MacLeod uznawany jest za jednego ze sztandarowych twórców new weird. Jego „Wieki światła” były pierwszą pozycją wydaną przez MAG-a pod szyldem „Uczta Wyobraźni” i trzeba przyznać, że to wręcz idealne otwarcie tej wyjątkowej serii. Akcja powieści rozgrywa się w alternatywnej Anglii, w okresie będącym odpowiednikiem naszego XIX wieku. Kraj odmieniony został za sprawą eteru, który ułatwił życie, ale też spowodował technologiczny zastój i przyczynił się do utworzenia ścisłej, skostniałej hierarchii społecznej. Czy rządzona przez cechy (w sensie stowarzyszenia społeczno-zawodowe) Anglia doczeka się przemian?

Już na pierwszych stronach, śledząc spacer głównego bohatera po Londynie, czuć i klimat wiktoriański, i atmosferę brudnych dzielnic biedoty. Szybko zauważalne są kontrasty, wiadomo kto w publicznym porządku zajmuje najwyższe, a kto najniższe miejsca. Na szczycie piramidy stoją dumni arcymistrzowie cechowi, zaś u jej podnóża funkcjonują niezrzeszeni partacze. Zupełnie poza nawias społeczeństwa wyrzuca się odmieńców – ludzi przemienionych przez zbyt silne działanie eteru. Odmieńcy, zwani trollami lub wiedźmami są wyłapywani i trafiają do specjalnych zakładów lub też żyją w ukryciu. Eter ma więc dwa oblicza. Jak ważne nie byłyby węgiel, gaz czy para, to właśnie on wiedzie absolutny prymat wśród surowców i stanowi podstawę gospodarki. Wiadomo, że jest nieważki i kapryśny, reaguje na ludzką wolę, choć trudno go okiełznać. Korzystanie z eterowych dobrodziejstw to wybranie prostszej drogi – właściwie wszystko można dzięki niemu skonstruować taniej i szybciej, więc po co się wysilać? I tylko jednemu cechmistrzowi zamarzyła się elektryczność…

Narrator i protagonista to Robert Borrows, którego losy poznajemy od dzieciństwa, aż po starość. Robert, jeszcze jako dziecko, przeżywa tragiczną przemianę matki w trollicę, a później jej śmierć. Jako młodzieniec wyrywa się z pogrążonego w marazmie rodzinnego miasteczka i trafia do stolicy. Tam poznaje życie w slumsowych, robotniczych dzielnicach, pełnych partaczy, złodziei i prostytutek. Z czasem angażuje się w ruch robotniczy, wraz z kolegą redaguje lokalny periodyk i uważa się za socjalistę. Pewnego dnia Borrows przypadkowo spotyka Annalise – znajomą z dzieciństwa, która, ukrywając swoją tożsamość odmieńca, szuka szczęścia wśród przedstawicieli angielskiej śmietanki towarzyskiej. Zafascynowany dziewczyną bohater trafia na salony i ma okazję z bliska obejrzeć otoczonych przez służbę cechowych krezusów, nie szczędzących sobie rozmaitych rozrywek. Tymczasem wśród biedoty napięcie rośnie – wielu ludzi wręcz oczekuje zmian na koniec wieku, a że ulica mówi coraz radykalniejszymi głosami, coraz bardziej realna staje się możliwość wybuchu rewolucji. I ta w końcu wybucha. A co ze sobą niesie? To co zwykle – grabienie bogatych, chaos, szaleństwo oraz trupy, niektóre dyndające na latarniach. Tylko czy nie jest tak, że gdy świat zmienia się gwałtownie, mnóstwo rzeczy i tak pozostaje po staremu, a wszystko po pewnym czasie wraca do normy?

MacLeod potrafi przekonująco pisać o ludzkich losach, o postawach charakterystycznych dla ludzi w różnym wieku – jedna z płaszczyzn powieści to zapis życia Roberta. W „Wiekach światła” jest mowa o stracie, smutku, samotności i problemach dorastania. Młodość to ciekawość, chęć poznania, poszukiwanie prawdy oraz bunt wobec zastanej rzeczywistości – iluż pragnęło przełamać stagnację i zmienić wszystko wokół siebie na lepsze! Wiek dojrzały wiąże się ze stabilizacją, zaś starczy – z nostalgicznymi podróżami w krainę szczęśliwych, przeszłych zdarzeń (co znacznie ułatwiają tak zwane domy snów). Przecież życie to teatr wymagający ciągłego odgrywania jakichś ról. W książce ważne miejsce zajmują refleksje o konieczności, roli i okrucieństwie dziejowych przewrotów, jak również inności i społecznym wykluczeniu (pani Summerton).

Jedną z cech „Wieków światła” jest spokojne snucie opowieści – pomimo co najwyżej umiarkowanego tempa akcji i braku jej nagłych zwrotów, Brytyjczyk utrzymuje uwagę odbiorcy na imponującym poziomie. Powodu takiego stanu rzeczy należy upatrywać między innymi w umiejętnym operowaniu wyszukanym, pasującym do epoki językiem i pieczołowitym budowaniu klimatu. „Wieki światła” to po części fantastyka, powstała ze zmieszania steampunka i fantasy (obecność smoków i jednorożców stworzonych przez Zwierzomistrzów), po części inspirowana twórczością Karola Dickensa powieść społeczno-obyczajowa. Dzięki temu mnóstwo czytelników znajdzie tu coś dla siebie, pod warunkiem jednak, że zapomnimy o błyskawicznym przerzucaniu kartek i rozsmakujemy się w magii słowa oraz bogactwie świata przedstawionego. Bo na miano „uczty wyobraźni” powieść z całą pewnością zasługuje.

______________________

AUTOR: Ian R. MacLeod

TYTUŁ: Wieki światła

WYDAWNICTWO: MAG

MOJA OCENA: 5/6

niedziela, 16 września 2012
Wrzesień oczami niemieckiego historyka

Wrzesień 1939 roku przyniósł nowy, jeszcze bardziej okrutny wymiar wojny. Preludium do niemieckiej agresji, a następnie jej przebieg relacjonowano setki razy. Wiadomo więc, co ów miesiąc oznaczał dla Polski oraz jakie były tego następstwa. Nadal jednak należy zagłębiać się w szczegóły i stawiać istotne pytania. Jak postrzegali siebie nawzajem Polacy i Niemcy w przededniu wybuchu wojny i wcześniej? Jakie znaczenie dla późniejszych relacji obu narodów miały wrześniowe wydarzenia? I wreszcie – czy tylko członkowie SS, organizacji uznanej później za zbrodniczą, odpowiadają za ekscesy i zbrodnie wojenne na ziemiach polskich? Doktor Jochen Böhler – ponoć jedyny, współczesny niemiecki historyk zajmujący się tą tematyką na szeroką skalę – w „Najeździe 1939” przybliża nam ówczesną, wrażą perspektywę. Po części, szczególnie na początku, opisuje rzeczy dobrze znane, ale dalej stawia już zdecydowane kroki – bierze na warsztat mit o „czystym Wehrmachcie”, by ostatecznie się z nim rozprawić.

Po przedmowie, w krótkim rozdziale „Tło historyczne” znajdujemy informacje o niemieckim upokorzeniu i traumie po I wojnie światowej, walkach o Śląsk i Wielkopolskę, pakcie o nieagresji z 1934 roku oraz kryzysie sudeckim, zakończonym haniebnym traktatem monachijskim. W tamtym okresie większość Niemców opowiadała się za remilitaryzacją, postrzeganą jako recepta na poradzenie sobie z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Za takowych uważano socjalistów, Żydów i Słowian, ze szczególnym uwzględnieniem polskich powstańców określanych mianem „insurgentów”. Powojenne granice traktowane były jako tymczasowe. Pewien niemiecki generał, na długo przed drugim, światowym konfliktem twierdził, że „istnienie Polski jest nie do zniesienia”.

Rozdział drugi – „Przygotowania do wojny” zaczyna się omówieniem kwestii Żydów, którzy znaleźli się w ciężkiej sytuacji, pomiędzy III Rzeszą a Rzeczpospolitą. Jesienią 1938 roku doszło do ochłodzenia stosunków między oboma państwami (rozmowy Ribbentropa z Lipskim), a wkrótce potem dyplomatyczna kurtuazja kompletnie straciła rację bytu. W sierpniu 1939 roku czuło się silne napięcie, szalała gazetowa propaganda, ze strony zachodniego sąsiada padały oskarżenia o to, że Polska zagraża europejskiemu pokojowi (sic!). I jedna, i druga strona już dawno rozkręciła działania wywiadowcze; organizowano składy broni, przygotowywano cywilów do wojny. Akcje dywersyjne i sabotażowe mniejszości niemieckiej na terenie naszego kraju narażały ją na działania odwetowe, co z kolei prowadziło do licznych, krwawych zemst podczas trwania kampanii wrześniowej. Ale największą zapowiedzią bezwzględnego zabijania było danie wolnej ręki ludziom z Einsatzgruppen – prawdziwym szwadronom śmierci.

Pierwszy dzień września to pierwsze akty terroru, chaos i dezorientacja. W najobszerniejszym rozdziale („Napaść”) czytamy o bezpardonowych atakach Luftwaffe wymierzonych w ludność cywilną (bombardowania pomimo braku celów wojskowych, ostrzeliwanie kolumn uciekających pieszych itp.). Represje wobec mniejszości niemieckiej stały się wodą na młyn Hitlera – w Bydgoszczy miała miejsce „krwawa niedziela”, bez sądu rozstrzeliwano mieszkańców wielu innych miast i miejscowości. W pierwszej kolejności ginąć mieli inteligenci, Żydzi, kombatanci, duchowni oraz szlachta. Niedoświadczenie i nerwowość żołnierzy Wehrmachtu wielokrotnie owocowały bezsensownymi strzelaninami, a w konsekwencji – śmiercią polskich obywateli, zupełnie niezaangażowanych w działania zbrojne. Strach przed partyzantami często dodatkowo podsycali dowódcy. Palenie wsi, mordowanie kobiet i dzieci, masowe egzekucje mężczyzn i brutalność mimo braku sił partyzanckich (te w formie zorganizowanej pojawiły się w następnych miesiącach) nie były pojedynczymi ekscesami! Na sumieniu żołnierzy Wehrmachtu ciążą jeszcze gwałty, grabieże, udział w prześladowaniach i masakrach ludności pochodzenia żydowskiego… Prawda jest taka, że we wrześniu 1939 roku tego rodzaju akty stanowiły powszechne zjawisko.

Ostatni rozdział to „Spojrzenie wybiegające w przyszłość”, a w nim między innymi o braku prawnego rozliczenia zbrodni i zmowie milczenia (mit budowany w okresie zimnej wojny o „dobrym Wehrmachcie”, jako przeciwwadze dla „złego SS” był dość wygodny), metamorfozie żołnierzy SS, którzy przenieśli swoje wrześniowe „doświadczenia” na front zachodni, polskich stratach wojennych i kłamstwie katyńskim. Naturalnie nie należy zapominać o niemieckich żołnierzach, którzy przeżywali „bunt sumienia” – w swych notatkach wyrażali zaszokowanie, a nawet wstyd za cały naród.

Trudno sobie wyobrazić, aby w książkach dotyczących początku II wojny światowej nie powtórzyć wiadomości podstawowych (polityka appeasementu, pakt Ribbentrop-Mołotow, przebieg kampanii wrześniowej, „dziwna wojna”). Tych nie zabrakło także i w „Najeździe 1939”, ale Böhler w największej mierze skupia się na brutalnych zachowaniach niemieckich wojsk. Poza tym historyk krótko, acz treściwie opisuje okres przedwojennego niepokoju, ukazuje punkt widzenia cywilów oraz konsekwencje września dla naszego społeczeństwa. Książka obfituje we fragmenty przemówień, dzienników, listów i notatek przy czym to relacje Niemców są w wyraźnej większości. Rzetelną wiedzę uzupełnia kilkadziesiąt czarno-białych zdjęć. W sumie „Najazd 1939” to wartościowa  i ważna, choć niezbyt obszerna, pozycja.

_______________________________________

AUTOR: Jochen Böhler

TYTUŁ: Najazd 1939. Niemcy przeciw Polsce

WYDAWNICTWO: Znak

MOJA OCENA: 4,5/6

środa, 05 września 2012
Targi Książki Historycznej

We wrześniu w Krakowie spotkają się miłośnicy historii z Polski i zagranicy. Powód? Targi Książki Historycznej towarzyszące II Kongresowi Zagranicznych Badaczy Dziejów Polski. Zarezerwuj swój czas w dniach 13-15 września 2012 r. i powiększ swoją domową biblioteczkę. 

W Targach weźmie udział ponad 60 wystawców prezentujących nowości wydawnicze, z których wiele ukaże się na kilka dni przed Targami. Na liście wystawców znajdują się wydawnictwa, oficyny wydawnicze i naukowe, muzea oraz instytucje posiadające w swojej ofercie książki o tematyce historycznej. Odwiedzający Targi będą mieli możliwość kupna książek historycznych, specjalistycznych publikacji, niszowych tekstów poświeconych historii, czasopism historycznych, reprintów, co z pewnością wzbudzi ogromne zainteresowanie każdego pasjonata historii.

Targi są wyjątkowym świętem historii, podczas którego historycy i pasjonaci historii mają szansę nie tylko nabyć nowości wydawnicze, ale też podyskutować m.in. o roli historii w Internecie i polityce historycznej oraz spotkać się z autorami, których na co dzień nie mielibyśmy okazji poznać. Przygotowano również atrakcje dla dzieci i młodzieży – najmłodsi uczestnicy targów podążą śladami historii Nowej Huty, a młodzież wcieli się w rolę obywateli, którzy muszą utrzymać rodzinę w niełatwych czasach – w Polsce lat 1979-1989. Podczas Targów zaprezentuje się Podolski Regiment Odprzodowy z Krakowa, który odda salwę z broni czarnoprochowej, zademonstruje pojedynek na szable oraz powie kilka słów o rekonstrukcji i formacjach wojskowych z XVII wieku.

Targi mają charakter otwarty dla publiczności – wstęp jest bezpłatny. Wydarzenie towarzyszy Kongresowi, który organizowany jest co pięć lat.

Godziny otwarcia: 13-14 września (czwartek, piątek) – godz. 9.00-18.00; 15 września (sobota) – godz. 9.00-15.00

Miejsce: Auditorium Maximum UJ, ul. Krupnicza 33, 31-123 Kraków

Więcej informacji:

www.historia.targi.krakow.pl,

facebook.com/targi.ksiazki.historycznej

piątek, 31 sierpnia 2012
Druga rakieta

W przeciwieństwie do „Kroków w nieznane”, założeniem cyklu „Rakietowe szlaki” jest przedstawianie klasycznych, więc nierzadko leciwych, ważnych w historii gatunku tekstów. Ich staranny dobór zaowocował wysokim poziomem pierwszego tomu przy dużej różnorodności podejmowanych tematów. Na pokładzie „Rakietowych szlaków 2” umieszczono podobną ilość opowiadań oraz – co może wydawać się nieco dziwne – jeden wiersz. Tym razem dominuje tematyka związana z kosmosem, jego podbojem i kolonizacją, podróżami do innych światów oraz obcymi rasami. Nudne i oklepane? Wcale nie, bo to studnia bez dna, co udowadniają autorzy mniej lub bardziej znani polskim czytelnikom. Jednak nie samą przestrzenią kosmiczną żyje science fiction – rzekłbym nawet, że w ogólnym ujęciu lepiej prezentują się pozostałe opowiadania, w szczególności zaś te, które wyszły spod piór Huberatha, Neffa, Le Guin i Sturgeona.

Bohater żartobliwej opowieści Sheckley’a („Zwiadowca-minimum”) to nieudacznik i pechowiec, właściwie w ostatniej chwili odwiedziony od chęci popełnienia samobójstwa. Dlaczego w takim razie Zarząd Zwiadu Kosmicznego przyjmuje go do pracy i wysyła jako próbnego osadnika na jedną z nowo odkrytych planet? U Sheckley’a możliwość oswajania nowych „lądów” to (klasycznie) powód do optymizmu i okazja do zmagań ze słabościami. Kontakt z rozumną, choć niezbyt rozwiniętą rasą, ma tu charakter pokojowy. Nieco inaczej wyglądają relacje ludzkość-kosmici w „Gambicie pionka” Zahna – porwanego człowieka obcy zmuszają do udziału w badaniach psychologicznych, opierających się na rozgrywaniu gier planszowych z rozmaitymi istotami pozaziemskimi. Czy homo sapiens, postrzegany pod pewnymi względami jako dość prymitywny, nie stanowi zagrożenia dla cywilizacji Strykfar? Jak sugeruje tytuł, Zahn oddał pokłon najciekawszej grze strategicznej wszechczasów – szachom. W „Nowym człowieku” Weinera obcy również uprowadzają ludzi, ale robią to z innych pobudek. Swanwick pisze z kolei o telewizji jako o wynalazku, którego działanie jest tyleż ogłupiające, co nieprawdopodobne, a przez to wręcz podejrzane („Jest tu ktoś z Utah?”). Czyżby ktoś podsuwał nam niektóre, ważne dla rozwoju technicznego nowości?

Rosjanie Bilenkin i Warszawski osadzili swoje historie w kosmosie w dużej mierze zdobytym i okiełznanym. „Jego Mars” Bilenkina to spojrzenie na czerwoną planetę oczami astronauty-weterana. Era ekstremalnych trudności, pionierów poświęcających się dla rozwoju cywilizacyjnego odeszła w zapomnienie; teraz Mars jest idealnym miejscem dla osadników oraz turystów. Czy ci są w stanie zrozumieć starego Silina – żywy relikt przeszłości? W „Kursancie Płoszkinie” Warszawskiego pewien kadet, w ramach zakładu z kolegami, postanawia wywieść w pole doświadczonego kapitana statku kosmicznego. Autor – absolwent Wyższej Szkoły Morskiej – nawiązuje do romantycznych czasów żeglugi po morzach i oceanach. Gudaniec – trzeci Rosjanin obecny w antologii (jedyny do dziś żyjący) sięga po motyw biblijny; króciutka „Arka” zaskakuje zabawnym zakończeniem.

Jedynym pisarzem, którego dwa opowiadania znalazły się w zbiorze jest Ian Watson. Pierwszym w kolejności „Oknom” bliżej do klasyki, zaś „W duchu Lukrecjusza” samym pomysłem przypomina nieco „Inne pieśni” Jacka Dukaja. W drugim z wymienionych sposób postrzegania rzeczywistości przez sprowadzonego z przeszłości poetę i filozofa zaczyna udzielać się współczesnym (przynajmniej tym w najbliższej okolicy przebywania Rzymianina). A co by było, gdyby zamiast Lukrecjusza, czy wcześniej Galileusza i Darwina, w ten sam sposób „przywołać” Chrystusa? Rodacy Watsona również pokazali się z dobrej strony. „Statek, który wędrował po oceanie kosmosu” Bayley’a to rzecz bardzo tradycyjna, czego nie można powiedzieć o „Trzeźwych odgłosach poranka w jednym z odległych krajów” Aldissa – tu już nie dostajemy niczego na tacy, więc czytelnik może cieszyć się pewną swobodą interpretacyjną.

Cóż tam wymienieni Amerykanie, Kanadyjczyk, Rosjanie i Brytyjczycy; do jednego z najjaśniejszych punktów zbioru należy bez wątpienia krótka forma rodzimego autora – Marek S. Huberatha. „Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…” (nagroda miesięcznika „Fantastyka” w 1987 roku) niesie ze sobą ogromny, emocjonalny ładunek. To opowieść o współczuciu, poświęceniu, przyjaźni, a przede wszystkim miłości w warunkach ekstremalnych – w świecie fizycznego i psychicznego upośledzenia, zdegradowania istot ludzkich. I wyrazista wymowa, i postapokaliptyczna otoczka czynią z tego tekstu małe dzieło (warto czytać po raz kolejny!). Prawdziwą perełkę stworzył także Czech – Ondrej Neff. Jego „Największy świr w dziejach swangu” zachwyca zwariowanym pomysłem i wykonaniem. Neff użył języka stylizowanego na slang młodzieżowy, trafnie skrytykował serwowane przez telewizję rozrywki, kreowanie i – z drugiej strony – bezkrytyczne przyjmowanie nowych mód. Telewizyjne show stają się coraz brutalniejsze (przypominają się filmy o krwawych „sportach” przyszłości), liczy się tylko sława, kasa i milionowa oglądalność. „Największy świr w dziejach swangu” zapewnia czytelnikowi jazdę bez trzymanki, ale jakże przyjemną!

Absurd czuje się także w „Auto-da-fé” Zelaznego (pierwsza publikacja – w „Niebezpiecznych wizjach”), w którym narrator przypomina sobie przebieg nietypowej korridy. Nie biorą w niej udziału byki, lecz… samochody. Z wielkich gwiazd starszego pokolenia są jeszcze Ursula Le Guin, Theodore Sturgeon oraz Gene Wolfe. Le Guin w mocno wyróżniającej się „Królowej Zimy” opowiada tragiczną historię o władzy, o matce i córce; łączy sf z fantasy, świetnie kreśli wykreowane uniwersum. Sturgeon w intrygujący sposób pisze o samotności nierozumianego, niedocenionego naukowca-geniusza oraz kształtowaniu ludzi na podobieństwo drzewek Bonsai (nagrodzona Hugo i Nebulą „Powolna rzeźba”), a Wolfe proponuje brutalniejszą wersję „Toy Story” z technologicznie zaawansowanymi zabawkami-robotami. Całości dopełniają opowiadania Varleya (bardzo odpychający bohater), Harrisona (o eksploracji wnętrza ziemi), Lafferty’ego (znowu obca, pod pewnym względem specyficzna cywilizacja) oraz wspomniany wiersz amerykańskiego fizyka.

Druga rakieta wystrzelona przez Solaris spokojnie sięga poprzeczki wysoko zawieszonej przez poprzedni tom. Dodatkową atrakcję stanowi krótka historia sf – pierwszy szkic Wojciecha Sedeńki zamieszczony na końcu książki. Gdzie znajdują się korzenie gatunku, jak przebiegały jego narodziny i jak się rozwijał w kolejnych dziesięcioleciach – o tym każdy fan wiedzieć powinien. Jeśli zaś chodzi o same teksty „Rakietowych szlaków”: nie zapoznać się z twórczością klasyków fantastyki naukowej po prostu nie wypada.

________________________

TYTUŁ: Rakietowe szlaki 2

WYDAWNICTWO: Solaris

MOJA OCENA: 5/6

niedziela, 26 sierpnia 2012
D-Day Hel 2012 – zdjęcia

Tydzień temu zakończyła się kolejna edycja imprezy historycznej D-Day Hel. Zgodnie z obietnicą wrzucam zdjęcia z dwóch inscenizacji – z 17 i 18 sierpnia. Zapraszam do oglądania, a tych, którzy nie widzieli fotek z poprzednich lat, a są tematem zainteresowani, odsyłam do wcześniejszych wpisów (tag zdjęcia). 

Walki o strefy zrzutów – scena batalistyczna w lesie, w pobliżu Muzeum Obrony Wybrzeża.

… i po walce.

Niemiecki niszczyciel czołgów – Marder II (kuna). 

I jego załoga (ta pani oczywiście do niej nie należy). 

Czy te oczy mogą kłamać? Oj, mogą…

Mam Bazookę i nie zawaham się jej użyć. 

Widok tej flagi cieszy tylko wtedy, gdy jest mocno sponiewierana i wdeptana w ziemię.

W obozie niemieckich grenadierów pancernych. 

Na samym końcu helskiego cypla – inscenizacja główna.

Nie ma to jak usiąść na zdobycznym sprzęcie.

Willysy – czyż to nie piękne maszyny?

To już koniec walk o plażę.  

Od tych p… wybuchów jeszcze mi w uszach dzwoni.  

środa, 22 sierpnia 2012
Dwoista natura pisarza

Całkiem niedawno „Forbes” opublikował listę pisarzy najlepiej zarabiających w roku 2011. Na drugim miejscu, z dorobkiem w wysokości – bagatela! – 39 milionów dolarów, uplasował się Stephen King, głównie za sprawą wydanego w listopadzie „Dallas '63”. I oby dalej w ten sposób pomnażał swoje finanse – wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na dobrą passę Amerykanina, więc nic, tylko czekać na jego następne książki. Dzisiaj nie będzie jednak o nowszych dokonaniach tego pana, a o „Mrocznej połowie” – powieści sprzed ponad dwudziestu lat, która doczekała się kolejnego wydania, tym razem za sprawą wydawnictwa Albatros. Ów thriller opiera się na niezgorszym pomyśle oraz motywach typowo horrorowych – te co prawda nie występują w dużej ilości, ale odgrywają bardzo istotną rolę w fabule. 

W życiu małego Thada Beaumonta dochodzi do dwóch, kluczowych dla niego wydarzeń. W konkursie literackim chłopak zdobywa wyróżnienie za niezwykle dojrzałe – jak na jedenastolatka  – opowiadanie, co stanowi pierwszy krok na drodze ku literackiej karierze. Niestety, niedługo potem Thada zaczynają dręczyć okropne bóle głowy, połączone z omamami wzrokowo-słuchowymi. Lekarz sugeruje obecność guza mózgu, przypuszczalnie małego, lecz wymagającego szybkiego usunięcia. To, co ukazuje się oczom zespołu medycznego podczas operacji wywołuje szok i zostaje wycięte, choć guzem ewidentnie nie jest. Na szczęście chłopiec – w przeciwieństwie do wielu pacjentów poddanych tego rodzaju zabiegom w latach sześćdziesiątych – przeżył, a niepokojące dolegliwości całkowicie zniknęły. Chłopcu i rodzicom nigdy nie przedstawiono całej prawdy o powodzie przedoperacyjnych „schorzeń”.

Dorosły Thad jest mężem, szczęśliwym ojcem malutkich bliźniąt i prozaikiem. Jego powieść zyskała uznanie krytyki i nominację do prestiżowej nagrody, ale to pełne przemocy kryminały, pisane pod pseudonimem George Stark, przyniosły mu konkretne dochody. Mało kto wie, że Beaumont i Stark to ten sam człowiek. Okoliczności zmuszają go do publicznego ujawnienia ukrytej tożsamości (nota bene zaopatrzonej w kompletny życiorys) – w sesji zdjęciowej dla magazynu „People” twórca dokonuje symbolicznego pochówku, ostentacyjnego pożegnania ze swoim alter ego. Wkrótce po tym ktoś zaczyna zabijać osoby powiązane z Thadem w sposób żywcem wzięty z kart jego kryminałów. Już na miejscu pierwszej zbrodni policja odnajduje odciski palców pisarza i dlatego do domu Beaumontów przybywa szeryf Pangborn, który – również ze względu na emocjonalne zaangażowanie – postanawia wnikliwie przyjrzeć się sprawie. Nie wydaje się ona prosta, gdyż podejrzany ma mocne alibi.

Myśl przewodnia „Mrocznej połowy” to możliwość istnienia w człowieku drugiej, ukrytej osobowości – gorszej części, cienia, złego bliźniaka. Bliźniactwo dwujajowe stało się u Kinga nie tylko symbolem dwoistości, ale i brutalnej walki… od samego początku. Eksponowanym, ciekawie ujętym tematem jest pisarstwo samo w sobie, proces twórczy wraz z towarzyszącą lub uciekającą autorowi weną. Czyż ten, aby stworzyć coś wyjątkowo dobrego, nie musi czasem sięgać do zakamarków własnej duszy? A co jeśli owe zakamarki są mroczne, co z pisarzami, którzy płodzą krwiste horrory, kryminały czy dreszczowce – skąd czerpią inspiracje i pomysły? Zresztą, King w przewrotny sposób zażartował z własnej twórczości, na wstępie dziękując za pomoc… Richardowi Bachmanowi, co w kontekście treści „Mrocznej połowy” nabiera szczególnego znaczenia.

Autor zza Wielkiej Wody na miejsca akcji nie po raz pierwszy wyznaczył fikcyjne miejscowości stanu Maine. W późniejszym „Sklepiku z marzeniami” (niemal wszystko działo się w Castle Rock) świetnie wyczuwało się małomiasteczkowy klimat, tu niestety trochę tego brakuje (niewiele dowiadujemy się o samych mieszkańcach). Z drugiej strony można przyjąć, że King chciał inaczej rozłożyć akcenty – w „Mrocznej połowie”, za sprawą nie tyle uwolnionego, co ożywającego zła, momentami dzieje się niemało. Jest brutalnie i krwawo, trup pada gęsto, podrzynane są gardła, cięte gałki oczne, a nawet jądra jednego z policjantów. Nowy Jork, gdzie również dochodzi do mordów, przedstawiony został jako zgniłe jabłko – moloch z dzielnicami, których mieszkańcy, przyzwyczajeni do aktów przemocy, najczęściej chorują na znieczulicę. Jest też paranormalnie – wróble nie są tylko malutkimi ptakami, bo spełniają rolę wysłanników z zaświatów.

„Mroczna połowa” skrywa smakowite kąski dla miłośników grozy i thrillerów (motyw autostopowicza). Problem w tym, że po wielce obiecującym, intrygującym wstępie, autor zaserwował nierówne pod względem jakości rozwinięcie oraz przewidywalny – w mniejszym lub większym stopniu – koniec. W ogóle za szybko wiadomo kto jest czarnym niczym smoła antagonistą! Miejsca podziału na podrozdziały nie zawsze wydają się sensowne i uzasadnione, ale to akurat drobnostka. Ogólny obraz jest taki, że książka stoi o klasę niżej od wspomnianego „Dallas '63” czy „Czarnej bezgwiezdnej nocy”. Przeczytać więc, czy nie przeczytać? Ano, zagorzali fani Stefana Króla powinni, pozostali – niekoniecznie.

__________________________

AUTOR: Stephen King

TYTUŁ: Mroczna połowa

WYDAWNICTWO: Albatros

MOJA OCENA: 4/6

Tagi: King
22:44, jareckr , Fantastyka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 sierpnia 2012
Inscenizacje historyczne w Kłodzku – zdjęcia

W ramach VII Dni Twierdzy Kłodzkiej (obiekt z wielokilometrową siecią tuneli minerskich), w ubiegłą sobotę zaprezentowano w tym mieście dwie inscenizacje historyczne, przenoszące widzów do początku XIX wieku. Pierwsza odbyła się przed urzędem miasta, druga, bardziej widowiskowa – na stokach twierdzy. Dziś wrzucam wybrane fotki z imprezy (wkrótce na bloxie pojawią się zdjęcia z D-Day Hel 2012). Niestety, znowu pstrykałem tym, co akurat było pod ręką, czyli telefonem komórkowym. 

Billboard reklamuje inną, partnerską twierdzę w Srebrnej Górze. 

Przedstawienie miejskie – wkroczenie oddziałów francuskich, które plądrują, grabią i… wiadomo, co jeszcze. 

Interwencja i przywrócenie porządku. Później był przyjazd Napoleona (ciągle uciekał mi sprzed obiektywu), przegląd wojsk i musztra. 

Bunty wśród wziętych w niewolę żołnierzy pruskich. 

To już rekonstrukcja bitwy z Prusakami – artyleria napoleońska gotowa, w tle widać piechotę.

Naprzód!

Pierwsze wymiany ognia.

Wśród huku armat, dymów i płonących chałup… była i kawaleria.

Teraz widać wrogą piechotę.

Ze zrozumiałych względów nikt nie używał bagnetów.

Najszlachetniejsze jednostki.

Po wszystkim  – prezentacja oddziałów…

Na tym zdjęciu akurat ich nie widać, ale w bitwie brali udział polscy legioniści.

piątek, 10 sierpnia 2012
Przeszłość nie chce być zmieniana

„O 12.30 limuzyna prezydenta jechała Ross Avenue. Z tyłu pozostał wysoki ceglany budynek magazynu książek. Kennedy schwycił się za szyję.

JFK: Boże, zostałem trafiony…

Tuż potem pocisk trafił prezydenta w głowę. Jego żona widząc krwawy strzęp wylatujący w powietrze rzuciła się, aby go schwytać, ogarnięta paniczną myślą, że uda jej się coś uratować.

Jaqueline Kennedy: Boże, zabili mojego męża! Jack! Jack!

Krzyczała wspinając się z siedzenia na bagażnik, gdzie leżał fragment czaszki wyrwany przez pocisk. Kierowca prezydenckiego samochodu popełnił straszliwy błąd: zwolnił, co musiało ułatwić celowanie i oddanie następnych strzałów. Z tyłu, na zderzak samochodu wskoczył oficer ochrony Clinton J. Hill, aby zasłonić prezydenta przed pociskami. Dopiero wtedy kierowca dodał gazu i ruszył w stronę szpitala. Od tej chwili nic już nie jest jasne.” – Bogusław Wołoszański, „Sensacje XX wieku. Tajemnica Dallas”.

Dzień 22 listopada 1963 roku był jednym z najtragiczniejszych w historii Stanów Zjednoczonych. W wyniku zamachu śmierć poniósł trzydziesty piąty prezydent tego państwa – John Fitzgerald Kennedy. Okoliczności w jakich zginął spowodowały, że wielu doszukało się zbieżności z zabójstwem Abrahama Lincolna. Późniejsze ustalenia specjalnych komisji śledczych do dziś wzbudzają kontrowersje, a cała sprawa stała się idealną pożywką dla tworzenia rozmaitych teorii spiskowych – jeśli Lee Oswald nie był działającym w pojedynkę szaleńcem, kto w takim razie stał za nim? A może to nie on strzelał i przypadła mu rola kozła ofiarnego? O tym, że emocje dotyczące zamachu na JFK nigdy do końca nie wygasły świadczy wydana w zeszłym roku książka Stephena Kinga „Dallas '63”. Jej rozmiary raczej odstraszają niż zachęcają do lektury, mimo to warto przełamać opory, gdyż mistrz grozy znowu udowadnia, iż potrafi być wybornym, wszechstronnym opowiadaczem.

King wykorzystuje stary jak sama science fiction motyw podróży w czasie: wysyła współczesnego bohatera – skromnego nauczyciela Jacka Eppinga do Ameryki sprzed pół wieku, by tam zapobiegł opisanemu powyżej dramatowi. Epping, za sprawą czegoś w rodzaju portalu czy też czarodziejskiej, króliczej nory przenosi się do pełnej wdzięku epoki, w której przyjdzie mu spędzić kilka lat. Każdorazowe skorzystanie z portalu oznacza bowiem pojawienie się w tym samym miejscu, zawsze we wtorek 9 września 1958 roku, a do tego powoduje reset zmian dokonanych w przeszłości podczas poprzedniego wejścia. Do podjęcia niebezpiecznej misji uratowania prezydenta bohatera nakłania Al Templeton (przejście znajduje się na zapleczu jego baru) – on sam, z racji trawiącego go nowotworu, nie jest w stanie wykonać zadania. Jack, uzbrojony w cenne informacje, wskazówki od przyjaciela oraz odpowiednie dokumenty, rozpoczyna fascynującą przygodę w okresie, w którym płacono gotówką (nie kartami kredytowymi), papierosy palono wszędzie i bez opamiętania, żywność pozbawiona była chemicznych dodatków, a obywatele – lęków charakterystycznych dla końca dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego wieku. Problem w tym, że przeszłość nie chce być zmieniana – stawia opór, co rusz rzuca kłody pod nogi Jacka. Drugi kłopot to ryzyko wystąpienia efektu motyla – nawet drobne „korekty” minionych zdarzeń mogą skutkować poważnymi następstwami. W takim razie jakie konsekwencje spowoduje usunięcie z historii niezwykle ważnego dla kraju i świata incydentu?

Epping, funkcjonujący pod przybranym nazwiskiem, świetnie odnajduje się w nowych (a właściwie starych) realiach – podejmuje pracę w swoim zawodzie i mocno angażuje się w życie szkoły. Im bliżej do punktu kulminacyjnego (łatwo domyśleć się co nim jest), tym trudniej mu prowadzić podwójne życie: jak połączyć rolę nauczyciela i miłość do uroczej bibliotekarki Sadie z realizacją szczytnego celu? Odpowiedzialność i świadomość obietnicy złożonej Alowi walczy w nim z wahaniem i wątpliwościami. Zwyczajność Jacka oraz sposób opisywania jego perypetii powodują, że czytelnik szczerze mu kibicuje. Oczywiście, „Dallas '63” nie mogło obyć się bez Lee Oswalda. King odrobił lekcje (o czym pisze w posłowiu) i przedstawia fakty z życia tego zafascynowanego komunistycznymi ideami młodego Amerykanina. W książce pojawiają się także inne postacie historyczne – zagadkowy, powiązany z Oswaldem geolog naftowy George de Mohrenschildt czy skrajnie prawicowy generał Walker. O Jacku Rubym jedynie się wspomina…

Środek ciężkości „Dallas '63” łatwo zlokalizować – to bardziej powieść obyczajowa z ważnym akcentem romansowym niż thriller polityczny. Owszem, w tak obszernym dziele znalazły się mocne wątki kryminalne i charakterystyczne dla dreszczowców (pozornie miły mężczyzna w szale morduje swoją rodzinę, w miejscowości Derry ktoś przebrany za klauna uprowadza dzieci), ale najważniejsza jest opowieść o minionej epoce i ludziach. King szczegółowo odtwarza realia znane chociażby z serialu „Mad Men” – na obraz tamtych lat składają się auta, reklamy, stroje, muzyka (konkretne utwory), tańce, regionalny akcent niezepsuty przez telewizję oraz – naturalnie! – inna mentalność ludzi. Większe jest poczucie bezpieczeństwa (choć makabryczne przestępstwa się zdarzają, to jednak nie są czymś powszechnym) i przez to łatwiej o zaufanie bliźnich, co ma też swoje wady (np. nie ma żadnych problemów z nabyciem broni palnej). Spokojna, bardziej wyluzowana Ameryka, obok niewątpliwych uroków, kryje także ciemne oblicze. Składa się na nie bezwzględna segregacja rasowa oraz duszna atmosfera prowincji z miejscami wręcz wyczuwalną aurą agresji. Cenioną powieść „Buszujący w zbożu” J. D. Salingera, ze względu na poruszane tematy, uznaje się niemalże za wywrotową. W końcu pojawia się i trwoga – kryzys kubański niesie ze sobą realne zagrożenie nuklearnym holokaustem i nic dziwnego, że na społeczeństwo pada blady strach. Jeszcze wcześniej, za prezydentury Eisenhowera, Nikita Chruszczow wykrzykuje groźby pod adresem Stanów Zjednoczonych. W sumie, za namacalny klimat lat 1958-63 pisarzowi należą się wyrazy wielkiego uznania.

Stefan Król ma wyczucie co do tempa akcji – tam gdzie trzeba używa spokojnej narracji, umie też odpowiednio przyspieszyć. Nie roztrząsa zawiłości podróżowania w czasie, za to prezentuje konkretną wersję wydarzeń z 22 listopada. Przez prosty wybieg, czyli „ominięcie” okresu bezpośrednio poprzedzającego zamach, zgrabnie zwiększa dramatyzm. Dalej napięcie opada, a na deser dostajemy ciekawą rozmowę bohatera z agentem FBI oraz alternatywną Amerykę A.D. 2011. Pytanie, czy rozpisanie powieści na ponad osiemset stron było uzasadnione traci na znaczeniu przy najjaśniejszej z zalet: „Dallas '63” czyta się znakomicie. Trzeba tylko dać się uwieść, a strony same zaczną się przewracać.

________________________________

AUTOR: Stephen King

TYTUŁ: Dallas '63

WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: King
22:55, jareckr , Fantastyka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 31 lipca 2012
Nietypowo, niepulpowo

Na liście powieści nominowanych do nagrody im. Janusza Zajdla za rok 2011 znalazła się „Kamienna Ćma” Pawła Matuszka – pozycja specyficzna, z wielkimi szansami na zakotwiczenie w pamięci czytelników szukających czegoś więcej niż tylko wypełniaczy wolnego czasu. Matuszek deklaruje, że jako pisarz nie jest zainteresowany pulpową fantastyką i to w jego debiucie widać bardzo wyraźnie. Chwilami czuć tu obsesje Philipa Dicka, chwilami przypomina się twórczość Dukaja, ale nie ma wątpliwości, że autor podąża własną, zaplanowaną drogą i nie ma zamiaru korzystać ani ze ścieżek już utartych, ani z jakichkolwiek skrótów.

Już forma „Kamiennej Ćmy” przyciąga uwagę – autorska idea Lopterus Press w praktyce przekłada się na użycie różnych rodzajów i wielkości czcionki, czasami celowe pomijanie znaków przestankowych, a także obecność książeczki (ilustrowanej bajki) w książce. Wspomnieć wypada o nietypowym formacie oraz twardej oprawie przy niezbyt pokaźnej ilości stron. Szata graficzna prezentuje się więc bardzo dobrze; nie przeceniałbym jednak tego faktu, wszak niezależnie od udziwnień to treść jest zawsze najważniejsza. Kwestią dyskusyjną pozostaje, czy dzięki Lopterusowi rzeczywiście mamy do czynienia z wielopoziomowym oddziaływaniem na odbiorcę i na ile owa koncepcja wzbogaca przekaz.

Gdzieś na ziemiach Usimy znajduje się strażnicza wieża Beddeosa, który nie pamięta swojej przeszłości. Za jedynego towarzysza i pomocnika ma Tyfona – robota zajmującego się naprawami. Wkrótce obaj wyruszają w podróż, aby znaleźć odpowiedzi na szereg pytań nurtujących Beddeosa: czy w tym świecie istnieją jeszcze jacyś ludzie, dlaczego przebywam w wieży, a przede wszystkim – kim jestem i co robiłem wcześniej. Na początek trzeba będzie zajrzeć za kotarę, która uniemożliwia ujrzenie rzeczywistości taką, jaka jest naprawdę (kłania się pan Dick). Jej wielowarstwowość powoduje, że sprawa nie kończy się na jednej zasłonie – okazuje się, że bohater musi walczyć ze złudzeniami, odkrywać i układać wciąż nowe puzzle na długiej drodze do poznania siebie. Iluzje, zagadki, spotkania z dziwnymi postaciami wypełniają książkę niemalże do ostatnich stron.

Matuszek wykreował uniwersum niedookreślone – trochę baśniowe, wyraźnie surrealistyczne, bo pełne osobliwych tworów fauny i flory. Ludzkość w dużej części wymarła i jest w odwrocie, a niektórzy przekształceni ludzie to bezmyślne, puste skorupy wypełnione czarnym śluzem. Nie, wbrew pozorom nie ma mowy o typowym świecie postapokaliptycznym! W ogóle wydaje się, że wszystkie wykorzystane fantastyczne atrybuty budują bogaty sztafaż, a że stanowi on prawdziwe wyzwanie dla wyobraźni – tym lepiej dla książki. Podobać mogą się także krótkie wycieczki w kierunku charakteryzowania natury władzy (pozorna praktyka duchowa plus ignorancja to podstawa kontrolowania ludzi) i wolności odzyskanej po długim okresie zniewolenia (niepewność spowodowana brakiem planu narzuconego z góry).

Ma słuszność Anna Brzezińska – w „Kamiennej ćmie” autor zaciera granice pomiędzy światem a bohaterem, albowiem to Beddeos stanowi absolutne centrum powieści – odkrywa swą tożsamość, scala rozbite części osobowości, przełamuje niewidzialne bariery by podjąć działanie, niczym przedstawiciel kultury Wschodu osiąga kolejne stopnie samodoskonalenia. Bo książka mówi także o psychicznych ograniczeniach, które sami sobie narzucamy, a w jeszcze większej mierze – o ich pokonywaniu. Im dalej w tekst, tym większe trudności z jego interpretacją. Czy pisarz ukrył w nim coś jeszcze, czy tylko stworzył pozory głębszych znaczeń? Po lekturze pozostaje masa znaków zapytania – z pewnością większość czytających będzie zachodzić w głowę: o co chodziło twórcy?

Moim zdaniem „Kamienną Ćmę”, jako rzecz niepowtarzalną, do tego nominowaną do najważniejszej nagrody w polskiej fantastyce, wypada przeczytać. Warto też śledzić literackie poczynania Matuszka, bo wszystko wskazuje na to, że podczas pisania nigdy nie sięgnie on po wyświechtane kalki.

_______________________

AUTOR: Paweł Matuszek

TYTUŁ: Kamienna Ćma

WYDAWNICTWO: MAG

MOJA OCENA: 4,5/6

sobota, 28 lipca 2012
XII Święto Papieru w Dusznikach Zdroju – zdjęcia

Święto Papieru to dwudniowy festyn, który odbywa się na terenie Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju co roku, zawsze w ostatni weekend lipca. Co by było, gdyby nie takie wynalazki jak druk i papier właśnie? Strach pomyśleć… Tak więc wiwat Jan Gutenberg, a jeszcze wcześniej – wiwat… Chińczycy (no, może trochę się teraz zapędzam)! Poniżej kilkanaście świeżutkich fotek z muzeum i festynu. Nawet jeśli ich jakość pozostawia wiele do życzenia myślę, że warto zerknąć.

Budynek muzeum. W rzeczywistości jest jeszcze bardziej urokliwy.

Jak widać muzeum obchodzi w tym roku czterdzieste czwarte urodziny (cóż za piękna liczba!).

A oto jeden z naszych bohaterów (przypomina mi się scenka z Gutenbergiem w trylogii husyckiej). 

Sygnety drukarzy, księgarzy i nakładców Rzeczypospolitej. 

Strona pierwszej gazety wydrukowanej w języku polskim.

Maszyna typograficzna. Po pokręceniu korbą uzyskujemy…

… taki właśnie nadruk. Jeszcze tylko pieczątka i pamiątka gotowa.

Autora powyższych słów przedstawiać nie muszę. 

Cuda origami…

Coś dla fantastów i błędnych rycerzy.

A tu mamy odmianę chińską.

Jednak to wielka kobra imponuje najbardziej. 

Strasznie nie lubię „kurzołapów”, ale przed kupieniem tej sówki jakoś nie mogłem się powstrzymać. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



Spis moli