o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
poniedziałek, 16 lipca 2012
Popielski i Mock – wyjątkowo skuteczny, polsko-niemiecki tandem

Recenzja opublikowana w dziale książkowym portalu Poltergeist.

________________________

AUTOR: Marek Krajewski

TYTUŁ: Rzeki Hadesu

WYDAWNICTWO: Znak

MOJA OCENA: 4,5/6



środa, 11 lipca 2012
Nie taki udany debiut (subiektywnie)

Tomasz Łysiak (syn Waldemara) w roli pisarza zadebiutował w 2007 roku. Wydany wówczas „Szalbierz” otwiera cykl, na który składają się jeszcze dwie książki – „Bliznobrody” oraz „Psy Tartaru”. „Szalbierza” zaopatrzono w nośny podtytuł: „powieść awanturnicza z XIII wieku”. Czego zatem powinniśmy się spodziewać? Na pewno konkretnego typu bohatera (lub grupy bohaterów), jego licznych i barwnych przygód, a co za tym idzie – wartkiej akcji. Jeśli z okładki dowiadujemy się, że autor osadził fabułę w rozbitej na dzielnice Polsce (ciekawe czasy, aż chce się człowiek czegoś dowiedzieć), a zdaniem Macieja Parowskiego trzymamy w ręku powieść wręcz fenomenalną, to jakże nie mieć wysokich oczekiwań?

Jest rok 1237. Wędrowny kuglarz i oszust Jeruzalem przybywa do wsi ulokowanej w połowie drogi między Bieczem a Krakowem. W repertuarze ma sztuczki i pokazy siły, zaś w handlowej ofercie lecznicze specyfiki oraz fałszywe relikwie. Od większości łazików odróżnia go bogaty ubiór, od wszystkich mieszkańców – rysy twarzy i odcień skóry. Już pierwszej nocy Jeruzalem, w obronie własnej, zabija miejscowego karczmarza, a następnie usuwa dowody zajścia. W konsekwencji zostaje zmuszony do opuszczenia wsi i wyruszenia w dalszą drogę, w którą, właściwie wbrew sobie, zabiera niemego chłopca – świadka niefortunnych, nocnych zdarzeń. Na trakcie z opresji ratuje ich wielce osobliwy rycerz Dragiełło. Cóż zaczyna się tworzyć? Tak, drużyna i to nie byle jaka, bo o przepowiedzianym składzie! Wieszczba mówi, że kraj przed nawałnicą ze wschodu ocali grupa siedmiu ludzi. Już teraz nadciągają ciemne chmury – Mongołowie gromadzą siły, rozsyłają zwiadowców i szpiegów, słowem: gruntownie przygotowują się do najazdu. Uciekające przed Tatarami grupy Połowców szukają schronienia również w polskich lasach.

Niestety, „Szalbierz” rozczarowuje na ważnym, historycznym polu – suma informacji oraz wzmianek (np. o Henryku Brodatym, Konradzie Mazowieckim i sprowadzonych przez niego Krzyżakach) jest za skromna, aby zaspokoić apetyt na dobrze zarysowane realia. Zamiast poutykanych w tekście ciekawostek historycznych dostajemy zbyt szczegółowe opisy wykonywanych przez bohaterów (czasami wręcz krok po kroku) czynności. Skutki? Zupełnie niepotrzebne rozdęcie rozmiarów książki oraz wolno rozwijająca się akcja, zamiast spodziewanej wartkiej. Pewne rzeczy i owszem, należy policzyć na plus. Na przykład widać jak na dłoni, że chrześcijaństwo nie wykorzeniło starych bóstw i obrzędów; ludzie nadal oddają część Światowidowi, wierzą w magię i czary. Jeśli już dochodzi do starć bohaterów z przeciwnikami, to są one opisane całkiem przyzwoicie, ale i tak w książce dzieje się za mało, by nazwać ją powieścią awanturniczą. Protagonista (Jeruzalem – oszust z ukrytą w sercu szlachetnością) się zgadza, cała reszta – niekoniecznie.

Następna kwestia: są w książce zdania, w których po prostu coś zgrzyta i wcale nie trzeba być polonistą, aby to poczuć. Korekta albo zaspała, albo pracowała na pół gwizdka. W „Szalbierzu” występuje też pewna dysproporcja: nad zdawkowymi dialogami wyraźnie dominują opisy. I być może nie rzucałoby się to tak bardzo w oczy, gdyby kwestiom wypowiadanym przez postacie nic nie brakowało. Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że autor, jeszcze przed płodzeniem tekstu, powinien był wziąć korepetycje z pisania dialogów. Jako nauczyciel wystarczyłby Jacek Komuda. Już tylko dla porządku dodam, że jakiekolwiek porównania z trylogią husycką wypadają na niekorzyść „Szalbierza”. Tomaszowi Łysiakowi zabrakło polotu Sapkowskiego, jego poczucia humoru, lekkości pióra, rozmachu… Eh, dalsze wyliczanie nie ma sensu.

Z postaci największe zainteresowanie budzi mający coś z Don Kichota rycerz Dragiełło. Ze swoim pragnieniem walki ze smokami (to nie fantasy, więc smoki nie istnieją), przekonaniem o ważności misji, przerdzewiałą zbroją i jednocześnie wysoką wartością bojową może się czytelnikom podobać. W jednym z ostatnich rozdziałów przez moment spoglądamy na świat oczami krzyżaka, zarządcy zamku w Nieszawie. I ten fragment jest dobry! Dlaczego autor wcześniej nie stosował takich zmian perspektywy?

Powieści łatwo wytknąć błędy, niedostatki i niedociągnięcia, choć nie zaprzeczam, że tkwi w niej pewien potencjał. Nie od dziś wiadomo, że jakość prozy nierzadko mija się z wysmażonymi na okładkach rekomendacjami, jednak nawet na czytelnika przyzwyczajonego do reklamy i ukierunkowanego (planującego lektury, wiedzącego co chce czytać) znajdzie się haczyk z przynętą. Moim zdaniem „Szalbierz” nie jest tak udanym debiutem, jak zapowiadał to wydawca oraz pan Parowski, ale też nie aż tak nędznym, jak sugerował kiedyś recenzent magazynu Esensja.

_____________________________

AUTOR: Tomasz Łysiak

TYTUŁ: Szalbierz

WYDAWNICTWO: Picaresque

MOJA OCENA: 3,5/6

poniedziałek, 02 lipca 2012
Złota Zakładka – nominacje

O północy upłynął termin zgłaszania książkowych nominacji do nagrody Złota Zakładka.

Moja lista nominacji za rok 2011 jest skromna:

- Najbardziej poruszająca książka: Szczepan Twardoch „Tak jest dobrze”.

- Najlepsza intryga: Zygmunt Miłoszewski „Ziarno prawdy”.

- Najciekawszy świat powieści: Paolo Bacigalupi „Nakręcana dziewczyna/ Pompa numer sześć”.

- Najbardziej wciągająca książka: Paolo Bacigalupi „Nakręcana dziewczyna/ Pompa numer sześć”.

Głosowanie na książki, które zdobyły najwięcej nominacji odbywać się będzie od 9 lipca do 5 sierpnia. Ogłoszenie wyników – 6 sierpnia.

sobota, 30 czerwca 2012
Literacki anarchizm

Reportaż „Rok nie wyrok” Piotra Milewskiego momentami śmieszył do łez, momentami wzbudzał trwogę. Niewielkich rozmiarów książka, zatytułowana „Szkice glanem” również kryje w sobie solidną porcję absurdu i kpiny (już sam tytuł mówi coś o zawartości), ale to już nie reporterska relacja z pierwszej ręki, tylko zbiór krótkich, w większości satyrycznych tekstów. Ukłony w kierunku poczucia humoru Pythonów oraz nawiązania do dadaizmu i futuryzmu przekładają się na twórczy anarchizm. A anarchizm literacki, wiadomo – jeśli zechce, nawet gramatyki nie uszanuje; hulaj dusza, piekła nie ma.

Co robi dziennikarz, jeśli po weekendzie musi oddać felieton o zgubnych skutkach spożywania alkoholu? Wiadomo, przygotowuje się wszechstronnie: piwo, wino i wódka, a do tego – z upływem czasu i trunków – w coraz większym gronie imprezowiczów. W Nowym Jorku o spirytus raczej trudno, za to na Greenpoincie mieszka diabeł. Bynajmniej nie za jego sprawą w Halloween Milewski zmienia płeć (jak to jest, kiedy najlepsi koledzy zaczynają się do człowieka przystawiać?) i rozmawia w wigilijny wieczór ze swoim czworonogiem. Jakoś tak w okolicach gwiazdki w szanownym autorze budzi się druga osobowość. A potem następna, następna i… jeszcze jedna. Osobowości kłócą się ze sobą, przekrzykują, bo każda chce czegoś innego. Z racji odmiennych wyznań, pojawiają się rozmaite pomysły na spędzenie nadchodzących świąt. Jeszcze w kwestii świąt – w Stanach musi być jeszcze Thanksgiving, no i indyk. Kto wie, czy indyków nie produkują w Chinach, bo rynek amerykański również zalało morze badziewia (najczęściej w cenie 99 centów za sztukę).

Milewski drwi z banalnej tematyki kobiecych pisemek oraz przeprowadza sensacyjny wywiad z gwiazdą „Seksu w wielkim mieście”, która zdradza, że urodziła się jako… źrebię płci męskiej. Żartobliwie chwali lenistwo (dostaje się anonimowemu twórcy „Satyry na leniwych chłopów”), nie kryje negatywnego stosunku do prezydentury Busha juniora i do polityków w ogóle (program polityczny oparty na… guanie). Zabawa w pieszczotliwe zdrobnienia, której powodem jest nadejście wiosny, szybko kończy się rozstrojem nerwowym i chęcią „chlania na umór”. Wakacyjny wyjazd pewnej pary przypomina klimaty z filmów Marka Koterskiego, przy czym Miauczyński występuje tu w skórze kobiety. Poprawka: baby. Zbiorek zamyka, dedykowany Carlosowi Castanedzie, tekst o doświadczeniach z narkotykami. Mało? To i tak jazda bez trzymanki po wertepach, a pozostają jeszcze: krótka rozprawa o liberałach i konserwatystach, oświadczyny złożone Dorocie Masłowskiej, (anty)poemat, a także inne, „wykręcone”, abstrakcyjne formy poetyckie – konia z rzędem temu, kto nie będzie się zastanawiać, co też piszący miał na myśli.

„Szkice glanem” to zbiorek bardzo osobliwy, w którym Milewski utrzymuje olbrzymi dystans do rzeczywistości i samego siebie (wolny strzelec, outsider, kobieciarz, za kołnierz nie wylewa). Większa objętość książki mogłaby podziałać na jej niekorzyść i spowodować zmęczenie czytelnika. A tak – mamy pozycję, która spełnia rolę czytelniczej odskoczni, jest czymś nowym i świeżym (przynajmniej dla mnie). Przy przygotowaniu na to, co czeka na nas w „Szkicach”, łatwiej strawić ich treść i nie zapytać, jak cytowany na okładce recenzent, „co to k… jest?”. Istnieje ryzyko, że językowi puryści i pedanci będą nerwowo ogryzać paznokcie lub nawet zgrzytać zębami, aż do ich połamania. Natomiast ci, którzy tolerują pewną dozę zamierzonej bełkotliwości, akceptują nieprzewidywalność oraz „bezpieczne” szaleństwo, mogą przeczytać bez irytacji.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia.

__________________________________

AUTOR: Piotr Milewski

TYTUŁ: Szkice glanem

WYDAWNICTWO: Niebieska studnia

MOJA OCENA: 4/6

Tagi: Milewski
14:25, jareckr , Inne
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 czerwca 2012
The Best of…

Słowa „The Best of” w pierwszej kolejności kojarzą się z płytami funkcjonujących wiele lat, cenionych grup muzycznych lub wokalistów. W literaturze tworzenie zbiorów opowiadań pod takim właśnie nagłówkiem ma sens tylko w przypadku renomowanych pisarzy z pokaźnym dorobkiem. Mike Resnick (dziś już siedemdziesięcioletni) z pewnością do nich należy, nic więc dziwnego, że Solaris wydało pozycję zawierającą jego najlepsze krótkie formy. „Słonie na Neptunie” – bo taki tytuł nosi książka – to zestaw wielce atrakcyjny (pięć nagród Hugo, jedna Nebula, jeden Locus, a także liczne nominacje to przecież nie przypadek), z dominantą w postaci klimatów afrykańskich. Historia i kultura Czarnego Lądu oraz kolonializm wraz z następstwami, choć bardzo ważne, nie są jedynymi tematami poruszanymi przez Amerykanina.

W pierwszej części znalazło się dziewięć tekstów, zaś w drugiej – pięć z cyklu o Kirinyadze – planetoidzie, na której na nowo powstała tradycyjna społeczność plemienia Kikuju. Autor opowiada proste, ale pełne mądrości historie, najczęściej przy użyciu narracji pierwszoosobowej. Kim są narratorzy? Pierwszy to przewodnik, oprowadzający turystów po rodzimej planecie („Czterdzieści trzy dynastie antaryjskie”). Antares III przypomina Afrykę, zachwyca bogatą przeszłością, a tubylcy – choć biedni i głodni – mają swoiste poczucie godności. Z kolei bohater „Łowów na Snarka” zabiera spragnionych przygód biznesmenów na kosmiczne safari. Snark (nazwa zapożyczona z poematu Lewisa Carrolla), obdarzony naturą drapieżcy i sprytem, nie będzie jednak łatwym celem. „Łowy” w dużej mierze dotyczą destrukcyjności człowieka i braku chęci zrozumienia innych istot żywych.

W „Siedmiu spojrzeniach na wąwóz Olduvai” z perspektywy przedstawiciela obcej cywilizacji – i zarazem członka naukowej ekspedycji – analizujemy początki, rozwój, podbój przestrzeni kosmicznej, a wreszcie – upadek gatunku homo sapiens. Z wnikliwych, specyficznych badań znalezionych przedmiotów wyłania się obraz ludzi jako tych, którzy brali co chcieli, niszczyli to, co był dla nich zagrożeniem, zaś resztę rzeczy ignorowali. Nasza rasa nie wymarła całkowicie, gdyż obok zachowań negatywnych, cechuje ją kreatywność i wyjątkowa wola przetrwania. U Resnicka narratorami są także: właściciel niezwykłej książki (new weirdowe „Podróże z moimi kotami”), znany z legendy arturiańskiej czarodziej Merlin, dla którego czas biegnie w odwrotnym kierunku („Zimowe przesilenie”), szaman Kikuju (wszystkie opowiadania w części drugiej) oraz… bardzo inteligentny szympans bonobo („Barnaba na wybiegu”).

Narrację trzecioosobową autor zastosował tylko w trzech opowiadaniach. Tytułowe to humorystyczne spojrzenie na relacje panujące pomiędzy bezmyślnymi w swej agresywności ludźmi i spokojnymi słoniami. W dwóch pozostałych występuje postać autentyczna – dwudziesty szósty prezydent Stanów Zjednoczonych, Theodore Roosvelt. Praworządny Teddy, jeszcze przed sprawowaniem najważniejszego państwowego urzędu, przebywa w Londynie, gdzie zabiera się za śledztwo w sprawie Kuby Rozpruwacza i w końcu poznaje tożsamość seryjnego mordercy („Czerwona Kaplica”). Po zakończeniu drugiej kadencji Roosvelt udaje się na łowiecką wyprawę do Afryki Środkowej. Tam, w towarzystwie grupy uzbrojonych myśliwych, wbrew belgijskim władzom kolonialnym, postanawia krzewić cywilizację i demokratyczne wartości („Kapitalna zabawa”).

Resnick obiektywnie podsumowuje działalność człowieka na ziemi, pięknie pisze o miłości do książek i magii literatury, o przemijaniu i zacieraniu wspomnień przez czas. Jeszcze bardziej ujmuje cyklem o utopijnym świecie Kirinyagi. Świetnym wprowadzeniem jest „Doskonale piękny poranek, z szakalami”, w którym starszy mężczyzna opuszcza zeuropeizowaną Kenię, by na nowej planecie wieść proste życie według starych, plemiennych obyczajów. Na Kirinyadze przyjmuje imię Koribo i zostaje mundumugu – darzonym wielką estymą strażnikiem tradycji, szamanem i nauczycielem. Koribo (sam dobrze wykształcony) za wszelką cenę chce uchronić swoją wspólnotę od zewnętrznych wpływów, a tym samym zachować kulturę Kikuju w niezmienionej formie. Czyż nie jest skazany na porażkę? Autor porusza takie tematy jak miejsce, rola kobiet oraz marzenia jednostek w zhierarchizowanych społeczeństwach („Bowiem dotknęłam nieba”, „Manamouki”), stawia pytania o zasadność interweniowania w sprawy „mniej” cywilizowanych nacji („Kirinyaga”), pokazuje nieuchronność postępu i zmian społecznych („Kiedy starzy bogowie umierają”). Obcy czy odmiennie myślący, bez względu na długość i szerokość geograficzną, zawsze stanowią potencjalne zagrożenie i są traktowani co najmniej z nieufnością, a wychodzenie przed szereg wszędzie wzbudzić może negatywne reakcje (znów „Bowiem dotknęłam nieba”, „Manamouki”).

„Słonie na Neptunie” Mike’a Resnicka to podsumowanie bogatej twórczości z lat 1988-2004, które zadowoli nawet wybrednych fantastów. The Best of? Czemu nie, oby więcej takich zbiorów!

__________________________

AUTOR: Mike Resnick

TYTUŁ: Słonie na Neptunie

WYDAWNICTWO: Solaris

MOJA OCENA: 5/6

środa, 13 czerwca 2012
Głęboko pod wodą

Istnieją autorzy, którzy podczas pisania robią doskonały użytek z fachowej wiedzy. Jeśli potrafią odpowiednio ją sprzedawać, to jest to punkt wyjścia do tworzenia udanych tekstów hard sf. W powieściowym debiucie, otwierającym Trylogię ryfterów, Peter Watts oferuje znacznie więcej. „Rozgwiazda” wyróżnia się bowiem niezwykle specyficznym miejscem akcji, klaustrofobicznym klimatem oraz postaciami, które – cokolwiek by o nich nie powiedzieć – z pewnością nie wyszły spod sztancy. Tytuł książki oraz wykształcenie Kanadyjczyka sugerują, że tym razem przed nami nie przestrzeń kosmiczna z nowymi planetami, a miejsce równie tajemnicze i nie do końca poznane – oceaniczna głębia.

Trzy kilometry pod powierzchnią wody ogromne ciśnienie, ciemności i braki w pożywieniu zrodziły unikalne formy życia. Zagrożeniem dla ludzi z podwodnej stacji-elektrowni Beebe (od nazwiska pioniera oceanografii) są nie tylko rozrośnięte drapieżniki, ale również charakterystyczne dla stref ryftów kominy hydrotermalne, wypluwające gorącą wodę. Otchłań przypomina więc lodówkę z szybkowarami, gdzie cały czas brakuje światła, a energia jest na wagę życia. Wielkie stworzenia niezmordowanie atakują reflektory stacji i ryfterów, choć odwapnienie czyni je mało odpornymi na fizyczne urazy. Ten ekosystem rządzi się swoimi prawami. Pacyficzny Grzbiet Juan de Fuca kryje w sobie coś jeszcze – coś, czego powinna obawiać się cała ludzkość.

Któż mógłby wytrzymać w tak ekstremalnych warunkach, nawet przy technologicznym wsparciu? Kogo małe pomieszczenia Beebe, bezkresny mrok, samotność oraz łatwość zatracenia cyklu dobowego nie są w stanie doprowadzić do całkowitego rozstroju? I tu dochodzimy do bohaterów. Lennie Clarke panicznie boi się dotyku, gdyż jako dziecko była molestowana, a niejaki Fischer jest… pedofilem z wyimaginowaną przyjaciółką w głowie. Inny nurek, na skutek zaburzeń eksplozywnych, wykazuje skłonności do wybuchów agresji. Wymienione psychiczne aberracje na stacji stają się – przynajmniej zdaniem korporacyjnego psychiatry Scanlona – mechanizmami pozytywnymi. Głębia fascynuje ryfterów do tego stopnia, że zaczynają się od niej uzależniać, a to z kolei pociąga za sobą poważne zmiany, nie tylko w ich osobowości. W świecie tak bliskim i zarazem tak odległym od głównego miejsca akcji, gdzieś nad powierzchnią wody, swoją grę toczy potężna, międzynarodowa korporacja.

Watts zgłębia wzajemne relacje i myśli bohaterów, pokazuje ich także z perspektywy osoby trzeciej – wspomnianego psychiatry, zapisującego spostrzeżenia z obserwacji w raportach. Poza wiedzą z zakresu biologii morskiej do rodzynków w cieście należy wszystko, co wiąże się z inteligentnymi żelami. Sam pomysł wykorzystania innej formy sztucznej inteligencji już zasługuje na uznanie, a rozwój i sposób rozumowania żelu (rozmowa ze Scanlonem) autor przedstawił po prostu świetnie. Drobniejsze rzeczy to między innymi nakładki na oczy do regulowania natężenia światła, „skóra” do nurkowania, zawirusowana sieć czy krótki opis wirtualnego seksu.

Na czytelnika przyzwyczajającego się do bohaterów – coraz bardziej przypominających obcych lub kochające ciemność wampiry – i ich osobliwych przeżyć, czeka niespodzianka. Kanadyjski pisarz pod koniec mocno podkręca akcję, znienacka wytacza największe armaty. Na ostatnich stronach jedna z postaci, płynąc w stronę lądu, przypomina rozgniewaną boginię, gotową do ponownych narodzin i wymierzania zemsty. Znamienne jest to, że wcześniej kobietę zaintrygowały rozgwiazdy – zwierzęta obdarzone zdolnością regeneracji, łatwe do „naprawienia”.

Debiut Wattsa to rasowe hard sf o pesymistycznym wydźwięku, z wyraźnymi przebłyskami geniuszu, ujawnionego później na szerszą skalę w „Ślepowidzeniu”. Powieści te mają kilka cech wspólnych, ale to od „Rozgwiazdy” lepiej byłoby zacząć przygodę z twórczością pisarza. W tekście ciężko nie dostrzec błędów edytorskich (wydawnictwo uderzyło się za nie w piersi), które na szczęście nie powodują większych uciążliwości podczas lektury. Cieszy natomiast bonus w postaci autorskiego wstępu dla polskich czytelników. Co do końcowej oceny: książce należy się wysoka nota, przede wszystkim za wychodzenie poza utarte ścieżki gatunku. Należy przy tym zaznaczyć, iż miłe i lekkie fantastyczne czytadła mają się do „Rozgwiazdy” tak, jak wiosłowe łódeczki do wielkiej łodzi… podwodnej, oczywiście.

_______________________________

AUTOR: Peter Watts

TYTUŁ: Rozgwiazda

WYDAWNICTWO: ArsMACHINA

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: Watts
11:14, jareckr , Fantastyka
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 czerwca 2012
Muzyczne wspominki

Od czasu do czasu nachodzi mnie chęć przypomnienia sobie muzyki, na której się wychowałem. I choć dzisiaj wielu płyt nie byłbym w stanie przetrawić w całości, to do twórczości kilkunastu zespołów ciągle czuję niezwykły sentyment. Oto wybrane z ostatnio słuchanych rzeczy:

1. Ponad dwadzieścia lat temu poszedłem na pierwszy, undergroundowy koncert. Z trzech kapel grających w niedużej sali domu kultury jedna rozłożyła publikę na łopatki. Nigdy nie zapomnę tego zespołu. Ladies and gentelmen: przed Wami londyńscy folk-punkowcy z Under the gun w utworze „It's not a game” (demo'91). Jakież to inne od tego, co lansują wielkie wytwórnie fonograficzne...

2. Teraz nieco ciężej, ale nadal melodyjnie. W mojej edukacji muzycznej bardzo ważną rolę odegrała Armia, a konkretniej – płyta „Legenda”.

3. Zmiana klimatu. Z płyt Dead can dance najczęściej słuchałem „Within The Realm Of A Dying Sun”, która przypomina mi sesje RPG. A ten akurat utwór zawsze podobał mi się najbardziej.

4. Znowu powrót do punkowych (i nie tylko) korzeni. THCulture to niezłe teksty (m.in. o wojnie w Czeczenii) oraz oryginalna muzyka z wykorzystaniem didgeridoo.

niedziela, 27 maja 2012
Bogowie potrzebują wyznawców

Bogowie potrzebują wyznawców. Pragną respektu, uwielbienia, a bliższe towarzystwo sobie podobnych znoszą nie najlepiej. Bez kultów, bez złożonych ofiar (również bardzo krwawych), odchodzą w zapomnienie, w niebyt. Im bardziej gorliwa wiara, im większa ilość wiernych, tym są silniejsi. W Stanach Zjednoczonych starym bóstwom wiedzie się kiepsko, bo od dłuższego czasu triumfy święci konkurencja – telewizja, Internet, megakonsumpcjonizm, autostrady. Co więc stanie się z przybyłymi przed wiekami, a obecnie zepchniętymi na margines mitologicznymi bytami o afrykańskim, azjatyckim bądź europejskim rodowodzie? Czy czeka je naturalna śmierć? Czy mają jakieś szanse na przetrwanie w rzeczywistości zdominowanej przez McDonaldsa, Wal-Markt i popkulturę? W „Amerykańskich bogach” Neila Gaimana nordycki Wszechojciec, ukryty pod nazwiskiem Wednesday, łatwo nie daje za wygraną.

Pan Wednesday oferuje pracę głównemu bohaterowi – Cieniowi (znamy tylko ten pseudonim), który ostatnie trzy lata życia spędził za kratkami. Tuż przed opuszczeniem zakładu karnego mężczyzna dowiaduje się o tragicznej śmierci żony. Zamiast upragnionego powrotu do normalności czekają go przykre niespodzianki, ale też odkrywanie rzeczy niezwykłych. Właściwie przez przypadek dochodzi do tego, że zmarła połowica powraca, choć wcale nie pod postacią ducha. Wednesday i były więzień ruszają w podróż przez Amerykę – „jedyny kraj na świecie, który martwi się o to, czym jest”. Cień jest świadkiem zmyślnych oszustw oraz podbojów miłosnych swojego pracodawcy, ale przede wszystkim poznaje rozmaite bóstwa – zarówno pradawne, jak i te najnowsze. W zbudowanym na imigracji państwie egzystują przedziwne postacie: słowiański Czernobog i siostry Zorze, indyjska Kali, afrykański Anansi, anglosaska Wielkanoc (znacznie starsza od chrześcijaństwa i zupełnie z nim niezwiązana) czy należący do egipskiego panteonu Toth, Anubis, Horus oraz Bastet. W tym doborowym towarzystwie swoje trzy grosze dorzuca słynny trickster Loki, którego przybrane imię i nazwisko nie powinny zmylić czytelnika. Największe przekręty wymagają jednak doświadczonego partnera. W powietrzu wisi burza, decydujące starcie pomiędzy wiekowymi i nowoczesnymi bogami wydaje się nieuniknione.

Poza bóstwami wśród ludzi poruszają się inne istoty – szalony leprechaun zapija się na śmierć na siarczystym mrozie, ifryt zarabia na życie prowadząc taksówkę, a kobold… Cóż, kobold jest związany z odrębnym, dużym wątkiem. Poza zaprezentowaniem ferajny rodem z mitów, legend i własnej wyobraźni, Gaiman stara się uchwycić ducha Stanów Zjednoczonych – swoistej kolorowanki, kulturowego tygla, pozbawionego głębszej tożsamości. Przez ostatnie stulecia, dla wielu przyjezdnych nowa ziemia okazywała się obca, nieprzyjazna, czasami wręcz wroga – nie każdy człowiek szukający lepszego życia znalazł je tutaj. A bohater? To wielki facet, który trochę jest i „nie jest” jednocześnie (przypomina mi się postać z czarno-białego filmu braci Coen). Nie zdradzę jego tożsamości, bo to popsułoby część zabawy. Cień udaje się do kilku znanych miejsc, ale najwięcej czasu spędza w małym i zimnym miasteczku Lakeside, gdzie odkrywa brutalną prawdę o zaginięciach miejscowych dzieci.

Nawet w tak młodym kraju jak USA istnieją miejsca szczególne, magiczne. I magiczna jest również cała książka, bo czytając ją ma się wrażenie, że wraz z protagonistą wkraczamy do wspaniale wykreowanego uniwersum. Właściwie lepiej napisać, że płynnie do niego wnikamy – Cień nie otwiera specjalnych drzwi ani nie przechodzi przez lustro, przez co byłoby widać podział na dwa światy, po tej i po drugiej stronie. Seria nieprawdopodobnych zdarzeń, uzupełniana osobliwymi snami, zaczyna się od poznania Wednesdaya i trwa do samego zakończenia. Doskonałym urozmaiceniem są historie o tym, jak bogowie przybywali do Ameryki Północnej. Wikingowie, na długo przed Kolumbem, „przywożą” Odyna, z czasem zadomawiają się tu bóstwa czarnoskórych niewolników, irlandzkie i kornwalijskie skrzaty, arabskie dżiny i rzesza innych stworzeń. Strategiczną dla fabuły postacią jest najwyższy z nordyckich bogów – to on gra pierwsze skrzypce, wraz z charakterystycznymi dla siebie atrybutami (włócznia, kruk, utracone oko, drzewo Yggdrasil).

„Amerykańscy bogowie” to wielce utytułowana (Hugo, Nebula, Locus, Bram Stocker Award za rok 2002) powieść urban fantasy pełną gębą, w której miejsce znalazły elementy horroru, baśni, a także powieści drogi. Nawet jeśli ktoś preferuje wartką akcję, jej braki powinna zrekompensować mu dojrzała, oniryczna narracja, znakomite przypowieści oraz wpleciona w fabułę zagadka kryminalna. Gaiman bawi się słowem, stosuje bogatą symbolikę, a na okrasę ma humor, nierzadko w najciemniejszym kolorze. Nie pozostaje nic innego, jak tylko dać się ponieść opowieści Anglika, tak samo dobrze sprawdzającego się w roli pisarza i autora komiksowych scenariuszy. Przed lub po lekturze warto przypomnieć sobie serię zeszytów wybitnego „Sandmana”, gdyż książkę i komiks cechuje pewna komplementarność. Dla „Amerykańskich bogów” – zasłużona, mocna piątka.

_______________________________________________

AUTOR: Neil Gaiman

TYTUŁ: Amerykańscy bogowie (wersja autorska)

WYDAWNICTWO: MAG

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: gaiman
20:42, jareckr , Fantastyka
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 maja 2012
Król w świetnej formie

Jedna z nowszych książek Stephena Kinga – „Czarna bezgwiezdna noc” kryje w sobie silny ładunek w postaci czterech elektryzujących historii. Trzy z nich to zasadniczo kryminalno-psychologiczne minipowieści, w których ilość pierwiastków fantastycznych jest znikoma lub wręcz równa zeru (duch nawiedzający narratora „1922” równie dobrze może być jedynie majakiem spowodowanym zakażeniem i wysoką gorączką). Jedynie przedostatni tekst, wyraźnie krótszy od pozostałych, to fantastyka w czystej postaci, ale nawet tu mistrz grozy nie straszy potworami mieszkającymi w ciemności. I bardzo dobrze, bo kierunek jaki obrał – zarówno pod względem stylu, jak i doboru tematów – okazał się jak najbardziej słuszny. Król jest w świetnej formie i długo jeszcze pozostanie na tronie.

W „Ciemnej bezgwiezdnej nocy” zaglądamy głęboko w psychikę bohaterów, gdyż autora najbardziej interesuje drugie, mroczniejsze „ja” ukryte w każdym z nich. W niektórych przypadkach ujawnia się ono w sytuacjach ekstremalnych, pod wpływem wstrząsu lub najgorszej traumy. Nadzwyczaj silne, negatywne emocje odgrywają więc w książce rolę kluczową. King potrafi z pieczołowitością ukazać motywy zbrodni, ale też jej wszelkie konsekwencje, które dotyczą zarówno ofiar, jak i samych sprawców. Większość poruszanych kwestii niewątpliwie należy do wagi ciężkiej – szaleństwo psychopatów, gwałty, związany z tym wstyd i milczenie, wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę, budowanie szczęścia kosztem krzywdy i cierpienia innych. Jest też miejsce na refleksje o tym, jak słabo można znać drugiego człowieka, nawet jeśli spędziło się u jego boku większą część życia. Nigdy nie da się go poznać do końca, nigdy całkowicie. Wszyscy mają jakieś tajemnice, gorszą stronę osobowości, każdy człowiek – przynajmniej teoretycznie – zdolny jest do popełniania morderstwa. Osąd takiego czynu w wybranych sytuacjach wcale nie musi być jednoznaczny. Czasami jedyna, sensowna droga ukarania złoczyńcy wiedzie poza granicami prawa.

Uczynków farmera Wilfreda Jamesa – narratora „1922” nie usprawiedliwia ani umiłowanie ziemi ani chęć uratowania jej przed zagarnięciem przez wielką firmę. James (jego alter ego nazywa się Przechera) dopuszcza się zabójstwa, na domiar złego manipuluje synem i czyni go wspólnikiem krwawego mordu. Olbrzymie znaczenie ma również to, kto zostaje przez nich uśmiercony. Morderstwo to dopiero punkt wyjścia do dalszych wydarzeń. Dla młodego chłopaka oznacza ono początek staczania się po równi pochyłej, a i głównego oprawcę, czyli Wilfreda czeka niewesoła przyszłość. King rozciągnął tekst (co nie wszystkim czytelnikom się spodoba), dzięki czemu mógł uczynić go bogatszym – pisarz naszkicował amerykańską prowincję i realia lat dwudziestych, gdzieś napomknął o korzeniach Wielkiego Kryzysu.

Zupełnie inaczej oceniać można pisarkę poczytnych kryminałów – Tessę Jean z noweli „Wielki kierowca”. Tess zostaje zgwałcona i cudem unika śmierci. Skrajnie doświadczenia wywołują reakcję zmaltretowanego zwierzątka, jednak po otrząśnięciu się z szoku kobieta zaczyna myśleć bardzo klarownie. „Nowa” Tess (znowu drugie „ja”, tym razem zrodzone przez makabryczne wydarzenie) nie zgłasza się na policję, gdyż nie chce rozgłosu i oglądania swojej twarzy obok krzyczących nagłówków w tabloidach. Panna Jean postanawia się zemścić. Dodatkowym bodźcem do działania jest pewność, że jej kat gwałcił i zabijał już wcześniej i że nadal będzie to robił, dopóki ktoś go nie powstrzyma.

W „Dobrym interesie” chory na raka Dave Streeter spotyka osobliwego handlarza, kogoś pokroju pana Gaunta. Ów sprzedawca oferuje usługę, którą nazywa przedłużaniem… Łatwo się domyśleć, co przedłużają niektórzy mężczyźni, ale Dave’a interesuje tylko życie. Ponieważ nic na tym świecie nie jest za darmo, za jego zdrowie i pomyślność ktoś będzie musiał zapłacić bardzo wysoką cenę. Przecież los nigdy nie jest fair! Skopiowanie motywu ze „Sklepiku z marzeniami” nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z lektury – rozwinięcie, a już szczególnie zakończenie znacząco różnią „Dobry interes” od znanej powieści.

Tyleż przypadkowe, co wstrząsające znalezisko odmienia życie Darcy Anderson. Świadczy ono o tym, że Darcy od lat mieszka i dzieli łóżko z psychopatą. Wszystko staje na głowie, gdy bliska osoba okazuje się niebezpiecznym zwyrodnialcem. Jak to możliwe, że nigdy nie domyślała się prawdy o mężu? Jakie konsekwencje dla niej i dla dorosłych dzieci będzie miało ujawnienie obłędu Roberta? Co jeśli obraz dobrego ojca i małżonka był jedynie złożonym kłamstwem, idealną maską?

Autor raczy czytelnika kilkoma brutalnymi, aczkolwiek zasadnymi opisami. W ich ilości i dosadności nie ma więc przesady – w końcu King to nie Ketchum. Wyczuwa się nacisk na opowiedzenie historii bez ekspresowego tempa, z wyraźnym zagłębieniem się w psyche postaci. Niewiele tu pozytywów, choć pewnym pocieszeniem jest występowanie takich ludzi, jak stary, nieustępliwy detektyw, który cholernie poważnie traktuje swoją pracę. Smutny wniosek jest taki, że właściwie nic nie oświetla mroku. Żadna gwiazda.

PS. Posłowie King kończy słowami: „[…] uważam, że ludzie w większości są dobrzy. Wiem, że ja jestem. To  c i e b i e  nie jestem do końca pewny.”

_______________________________

AUTOR: Stephen King

TYTUŁ: Czarna bezgwiezdna noc

WYDAWNICTWO: Albatros

MOJA OCENA: 5/6

niedziela, 06 maja 2012
Biel – barwa o wielu znaczeniach

Pierwsza powieść Francuza to klimatyczny kryminał/ thriller. Recenzja na 

portalu Poltergeist. Do przeczytania tutaj.

_____________________________

AUTOR: Bernard Minier

TYTUŁ: Bielszy odcień śmierci

WYDAWNICTWO: Rebis

MOJA OCENA: 5,5/6



| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



Spis moli