o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
niedziela, 27 października 2013
Rzut okiem – fantastyka pisana w duetach

Tym razem przyszła kolej na powieści fantastyczne pisane przez dwóch autorów. W takich przypadkach zawsze zastanawia mnie, na jakich zasadach przebiega wspólna praca pisarzy. Kwestia ta schodzi jednak na dalszy plan w sytuacji, gdy efekty kooperacji są więcej niż zadawalające. Tak właśnie jest w przypadku książek, które prezentuję poniżej. Zacznę od duetu najbardziej znanego w fantastyce, czyli od braci Strugackich.

 

Trudno być Bogiem, czwarta powieść w dorobku Rosjan, jest częścią cyklu Świat Południa. W przyszłości zjednoczona, wysoce rozwinięta ludzkość poradziła sobie ze wszystkimi bolączkami trawiącymi ją od wieków i zaczęła szeroko zakrojoną eksplorację kosmosu. Na jednej z planet odkryto humanoidalną cywilizację, której stopień rozwoju odpowiadał ziemskiemu średniowieczu. Wysłani na nią historycy przybrali tożsamości lokalnych szlachciców, aby jak najlepiej pełnić rolę naukowców-obserwatorów. Główną zasadą funkcjonowania zamaskowanych bogów jest zakaz interweniowania w bieg historycznych wydarzeń (choć w przeszłości kilku z nich to zrobiło). W królestwie noszącym nazwę Arkanar od dłuższego czasu przebywa Ziemianin Anton, znany tu jako don Rumata. Antona coraz bardziej dręczą dylematy moralne – czy należy wstrzymać się od działania, nawet gdy sytuacja w państwie staje się coraz bardziej napięta, a chwilę później tutejsza szara eminencja, minister don Reba przy pomocy swojej gwardii wprowadza rządy terroru? A jeśli reagować na brutalną przemoc z jednej i krzywdę z drugiej strony, to w jaki sposób? Czy da się zmienić kogoś żyjącego w jarzmie systemu feudalnego – kogoś o głęboko zakorzenionych nawykach i sztywno ukształtowanym sposobie myślenia?

Trudno być Bogiem, podobnie jak Piknik na skraju drogi, stanowi doskonały przykład powieści esencjonalnej – charakteryzującej się dużą porcją treści przy stosunkowo niedużej objętości. Strugaccy mieli do powiedzenia wiele mądrych rzeczy na temat nieubłaganego walca historii, krwawych przewrotów i person pokroju don Reby. Co znamienne, pan minister nie należy do osób ponadprzeciętnie inteligentnych, to raczej inne cechy spowodowały, że stał się osobą niezwykle wpływową – nawiązania do faszyzmu i hitlerowskich Niemiec są w książce wyraźne. Autorzy w krzywym zwierciadle pokazali porządki świeżo upieczonej władzy oraz niezdrowy zapał neofitów (wielu ludzi wykazuje zadziwiającą zdolność do przystosowywania się do nowych warunków). Jeszcze ważniejsze wydają się być wątpliwości i rozterki targające głównym bohaterem. Kim jest Anton w swoich oczach – humanistą wychowanym na Ziemi w duchu miłości do człowieka, czy już bardziej don Rumatą Estorskim? Bo ten średniowieczny świat z całą pewnością go zmienił. Dla historyka ludność Arkanaru to w większości biedni, ciemni niewolnicy. Gdy ulice spływają krwią, gdy mordowani są niewinni może jedynym sensownym wyjściem jest ratowanie najbardziej wartościowych jednostek… Rzeczywiście, trudno być Bogiem.

Ocena: 5/6. Tę kanoniczną powieść, mimo wagi podejmowanych tematów, czyta się bardzo płynnie. Tak trochę na marginesie: ponad czterdzieści lat po powstaniu tej książki Jarosław Grzędowicz oparł fabułę Pana Lodowego Ogrodu na bardzo podobnym pomyśle wyjściowym.

 

Współpraca o charakterze korespondencyjnym dwóch gigantów science fictionPhilipa Dicka i Rogera Zelaznego zaowocowała powstaniem nietuzinkowej powieści Deus Irae (pierwotny tytuł The Kneeling Legless Man). Pierwszym współautorem Dicka był Ted White, a jego miejsce w roku 1967 zajął właśnie Zelazny, który – jak sam mówił – traktował Deus Irae jako "książkę Phila". Co do samej fabuły: akcja rozgrywa się na terenie postnuklearnych Stanów Zjednoczonych. Po wojnie toczonej przy użyciu bomb, pocisków i gazu nerwowego ocalali ludzie zajmują się głównie tym, co robili pierwsi koloniści. W Charlottesville w Utah coraz większym poparciem cieszy się wiara w Boga Gniewu. Religia ta, po części opierająca się na manicheizmie, stoi w opozycji wobec chrześcijaństwa, albowiem zakłada, że nie ma miłosiernego Boga, tylko zły Demiurg. On jest stworzycielem i za jego sprawą na ludzkość spadł nuklearny holocaust. Słudzy Gniewu uważają Chrystusa za bóstwo starej sekty, śmierć – za rozwiązanie, nie zaś przeciwnika; nie wolno im też czytać Biblii (cechą wspólną obu religii są natomiast… Augustyńskie teorie dotyczące kobiety). Na polecenie ojca Handy’ego – kapłana tego kościoła – imperfectus (człowiek pozbawiony kończyn, w skrócie imp), Tibor McMasters ma namalować fresk z podobizną Boga. Tibora nie zadawala podsunięty mu wzorzec w postaci zwykłego zdjęcia, więc rusza na swoim wózku na Pielg w celu odnalezienia Carla Lufteufla, uważanego za ludzkie wcielenie Deus Irae. Leufteufel jako członek amerykańskiego rządu był zdecydowanym zwolennikiem użycia broni jądrowej i w dużej mierze odpowiada za zagładę...

Powieść przesycona jest treściami religijnymi oraz religijną symboliką, głównie chrześcijańską. Jedno z postawionych pytań brzmi: czy śmierć oznacza uwolnienie i ostateczny koniec (Bóg Gniewu), czy też początek nowego, lepszego życia (dobry Bóg)? Świat leży gruzach, ale nadal trwa, a obok niedobitków homo sapiens pojawiły się zmutowane, postludzkie formy życia, takie jak Jaszczurowaci czy Robale. Z biologicznego punktu widzenia nie liczy się wyjątkowość, tylko przetrwanie gatunku. W czasie swojej pielgrzymki Tibor szybko przekonuje się, że poza społecznością jego miasteczka istnieje wiele innych, a znane mu religie nie są jedynymi – Jaszczurowaci czczą świt, zaś Robale – ich wielkiego, martwego protoplastę. Obok impa występują co najmniej dwie warte wzmianki postacie. Pierwsza to sam Leufteufel – starszy, zmęczony i zniszczony człowiek noszący w głowie odłamki pochodzące z eksplozji jego biura. Drugą jest Pete Sands – chrześcijanin, który rusza śladem McMastersa z zamiarem powstrzymania imperfectusa od namalowania obrazu z prawdziwym obliczem Leufteufla. W Deus Irae pojawiają się narkotyki i spowodowane nimi wizje (cecha charakterystyczna dla twórczości Dicka z lat sześćdziesiątych), gdyż wcześniej poznajemy Sandsa jako osobę eksperymentującą z różnymi lekami. Mężczyzna pragnie w ten sposób poznać prawdę o rzeczywistości i zobaczyć absolut. Duet Dick-Zelazny ciekawie rozwiązał kwestię spotkania Tibora, Pete’a oraz Carla; również zakończenie, choć dość optymistyczne, uważam za udane. Ostatni rozdział w sporej mierze pokazuje mechanizmy tworzenia się systemów religijnych i ich rozwoju wraz z całym zespołem dogmatów.

Ocena: 5/6. Po lekturze naszła mnie chęć przypomnienia sobie najważniejszych utworów Dicka lub sięgnięcia po jeszcze nieczytane, mniej znane powieści.

 

Na koniec o drugiej książce spłodzonej przez spółkę Orbitowski & Urbaniuk. Pies i klecha. Tancerz przenosi czytelnika do Polski z początku lat 90-tych ubiegłego wieku, a więc w czasy ważnych przemian ustrojowych. W jednym z krakowskich magazynów policja znajduje zmasakrowane (właściwie rozsmarowane po ścianach) zwłoki pracującego w nim studenta polonistyki. Okoliczności śmierci chłopaka są co najmniej dziwne, a podobne, makabryczne zgony notuje się w całym kraju. Do akcji znowu wkracza para mająca doświadczenie w prowadzeniu spraw rodem z Archiwum X: komisarz Zbigniew Enka oraz ksiądz doktor habilitowany Andrzej Gil. W magazynie na psa i klechę, poza widokiem wzbudzającym torsje, czeka osobliwe znalezisko – stary rękopis napisany po polsku, ozdobiony dziwacznymi, jakby tańczącymi postaciami. Jaki tajemniczy rytuał wiąże się z tym tekstem i dlaczego wszystkie ofiary przed zgonem odbywały coś w rodzaju tańca? Tropy wiodą w wiek XIX, do romantyków pokroju Towiańskiego (Koło Sprawy Bożej) i naszego narodowego wieszcza, Adama Mickiewicza. Żeby odkryć prawdę Enka i Gil będą musieli udać się do Paryża, a później do Stambułu, gdzie rozegra się wielki, pełen grozy finał.

Bohaterowie (na okładce widać ich uderzające podobieństwo do autorów) doskonale się uzupełniają. Wiecznie kopcący papierochy Enka potrafi robić użytek zarówno z policyjnego doświadczenia, jak i swoich pięści, ale w niektórych sprawach okazuje się ignorantem. Za to Gil jest typem intelektualisty, zmagającym się z poważnym problemem alkoholowym. Nie tylko te postacie wyszły autorom bardzo dobrze. Od momentu pojawienia się, do samego końca uwagę czytelnika przykuwa niejaki Rajmund Cnota – olbrzym sprawiający wrażenie obłąkanego, były górnik, malarz, cytujący Biblię ezoteryk. Orbitowski i Urbaniuk nie zapomnieli o przedstawieniu polskich realiów sprzed ponad dwudziestu lat. I tak w tle przewijają się znani politycy (Pawlak, Olszewski, Kuroń, Korwin-Mikke z pamiętnym przemówieniem sejmowym), do sprzedaży trafiają pierwsze pecety i drukarki igłowe, policja boryka się z problemami finansowymi, a w każdym pomieszczeniu krakowskiego komisariatu wieszane są krzyże. Kolejne plusy za przemyślaną intrygę, wartką akcję (pościg i walka z rosyjskim psychotronikiem), porcje przyzwoitego humoru oraz ostatnie trzydzieści stron, na których Orbitowski pokazuje swój talent do tworzenia klimatów horrorowych. Zaletą powieści jest też ukazanie Mickiewicza w zupełnie innym świetle niż zazwyczaj robi się to na lekcjach języka polskiego.

Ocena: 5/6. Sensowna polska fantastyka – sprawdzi się i w okresie wakacyjnym, i w czasie długich jesiennych lub zimowych wieczorów. Moim zadaniem Pies i klecha. Tancerz reprezentuje nieco wyższy poziom od przyzwoitego rzemieślnictwa.

niedziela, 30 czerwca 2013
Rzut okiem - kryminał i okolice

„Mężczyzna, który się uśmiechał” to czwarta odsłona perypetii Kurta Wallandera – jednego z najpopularniejszych powieściowych gliniarzy. Na początku bohater mierzy się z problemem alkoholowym oraz depresją, w którą popadł po zastrzeleniu człowieka. Komisarz poważnie myśli o odejściu ze służby; nawet szukającego pomocy w kryminalnej sprawie znajomego prawnika odprawia z kwitkiem. Ów, wbrew ustaleniom policji, nie uważa niedawnej śmierci swojego ojca – również adwokata – za samobójstwo, lecz za zaplanowane morderstwo. Wkrótce młodszego z Torstenssonów, w jego własnym gabinecie, również dosięga śmierć. Tym razem nie ma mowy o samobójstwie. Dopiero to zdarzenie wyrywa Wallandera z odmętów beznadziei i bezsilności, zmusza do ponownego rzucenia się w wir kryminalnej zagadki.

Jak to bywa u szwedzkiego pisarza, droga do prawdy i ukarania winowajców pełna jest wybojów oraz przestojów. Nie tylko Wallander, ale cały zespół policjantów kilkakroć drepcze w miejscu – nikt nie dokonuje dalekich „skoków”, które znacznie uprościłyby i, tym samym, znacząco skróciły czas trwania śledztwa. Sytuację komplikuje fakt, że główny podejrzany należy do najbardziej wpływowych biznesmenów w kraju. Ale przecież śledczego z Ystad wyróżnia nadzwyczajna wytrwałość i nieustępliwość w dążeniu do celu… Po raz drugi postawię Mankellowi ten sam zarzut: otóż niektóre z postaci rysuje on zbyt powierzchownie; na tym polu nieporównywalnie sprawniej porusza się na przykład Zygmunt Miłoszewski. Natomiast zdecydowanie na plus „Mężczyzny” przemawia realizm. Podejrzewam, że praca ludzi z wydziału kryminalnego wygląda mniej więcej tak, jak przedstawia to autor – każdy w grupie dochodzeniowej ma przydzielone jakieś zadania (przesłuchania, mało ciekawe grzebanie w dokumentach czy bazach danych), a na kolejnych zebraniach następuje wymiana zdobytych informacji. Krótko mówiąc: niewdzięczna robota.

Ocena: 4/6. Porządny kryminał – „tylko” lub „aż”, w zależności od punktu widzenia.

 

Jak wiedzą miłośnicy twórczości Jo Nesbo, wysokoprocentowych trunków nadużywa także Harry Hole (znajomy psycholog twierdzi, że to forma samokarania). W „Trzecim kluczu” Nesbo prowadzi dwa duże, dobrze przemyślane wątki i kontynuuje już znane z poprzedniej części. Po pierwsze Hole musi rozszyfrować kim jest człowiek, który napadł na bank i zastrzelił jedną z kasjerek. Po drugie, ginie dawna kochanka Harry’ego – w pewnym momencie wszelkie poszlaki wskazują na niego jako zabójcę. Obie sprawy pośrednio łączy osoba Raskola – intrygującego i błyskotliwego przestępcy o cygańskim rodowodzie. Jakby tego było mało, nadal niewyjaśnione pozostają okoliczności śmierci dawnej partnerki Harry’ego, a zły glina z „Czerwonego gardła”, Tom Waaler dalej mąci i ma się dobrze. Wiernego sojusznika sympatyczny komisarz w martensach znajduje w nowej partnerce, obdarzonej wręcz fotograficzną pamięcią do twarzy.

„Trzeci klucz” to w dużej mierze opowieść o zemście, a może raczej – o różnych jej rodzajach (system penitencjarny jako zalegalizowana zemsta społeczeństwa na przestępcach) oraz o odkupieniu. Trzeba zaznaczyć, że Nesbo lepiej niż Mankell kreuje i prowadzi postacie na wszystkich planach – z równym powodzeniem ukazuje zarówno policjantów (rozmaite osobowości i relacje pomiędzy nimi), czarne charaktery czy „zwykłych” ludzi. Obraz głównego bohatera w sporej mierze budują także wydarzenia i szczegóły z jego życia prywatnego, odpowiednio wplatane w fabułę. A ta w „Trzecim kluczu” jest dużo bardziej pogmatwana (kwestią indywidualnej oceny pozostaje, czy nie za bardzo) niż w przypadku „Mężczyzny”. Ponadto Norweg dysponuje świetnym wyczuciem tempa! Facet po prostu ma głowę i rękę do pisania kryminałów. W pojedynku Mankell-Nesbo zwycięzcą bezapelacyjnie zostaje ten drugi.

Ocena: 5/6.

 

Na tyleż makabryczną, co pasjonującą wycieczkę zabiera nas Bill Bass w książce pod tytułem „Trupia farma”. Pan Bass nie jest kolegą po fachu dwóch wymienionych Skandynawów, tylko legendarnym antropologiem sądowym, założycielem najbardziej niezwykłego ośrodka do badań kryminalistycznych. Na trupiej farmie w Tennesse od 1981 roku rozkładają się liczne ludzkie zwłoki, a pracownicy uniwersyteccy oraz studenci obserwują wszystko, co jest z tym procesem związane. Cel projektu? Zdobycie jak największej ilości cennych informacji, które później służą policji oraz FBI podczas prowadzonych śledztw. Między innymi dzięki naukowemu wkładowi Bassa dziś ludzkie szczątki, w różnym stopniu rozkładu (wyróżnia się cztery etapy: fazę świeżą, rozdęcie, gnicie i etap wysuszenia) fachowcom mogą powiedzieć bardzo wiele. Naturalnie tempo rozkładu uzależnione jest od wielu czynników, przede wszystkim od warunków klimatycznych. Same kości umożliwiają identyfikację ofiar, zdradzają okropne tajemnice – kto umarł, w jaki sposób, kiedy nastąpił zgon. Dzięki kościom (i uzębieniu) właśnie da się określić płeć, rasę, wiek, a nawet wzrost zamordowanych. A to już bardzo dużo.

Bass krok po kroku odsłania kulisy swojej pracy. „Trupia farma” obfituje w drastyczne szczegóły (pośmiertnemu gniciu ciała towarzyszą fetor, muchy plujki i ich mięsożerne larwy), nie widać w nich jednak przesadności czy chęci zaszokowania czytelnika na siłę. Opisy dochodzeń przy których pomagał Bass równoważą scenki z jego życia prywatnego, co pozwala poznać słynnego antropologa również jako męża, ojca i dziadka. Książka, poza porcją dreszczy, ma do zaoferowania sporo ciekawostek i niewątpliwie posiada niemałe walory poznawcze chociażby z zakresu naszej anatomii (na końcu umieszczono rysunki szkieletu i kości czaski oraz słowniczek terminów antropologicznych i sądowych). W sumie „Trupia farma” konstrukcją, a także charakterem bardzo przypomina mi „Profil mordercy”; równie dobrze się ją czyta, co jest zasługą Jona Jeffersona. A jak wygląda porównanie rzeczywistości z filmami i powieściami? Policyjni i federalni specjaliści nie są wszechwiedzący i błyskawiczni w działaniu, nie zawsze udaje się im złapać, a później osądzić sprawcę…

Ocena: 5/6. Świetna lektura, nie tylko dla fanów kryminalnych historii.

niedziela, 13 stycznia 2013
Rzut okiem – powieści historyczne

Czas na nową kategorię wpisów. Wzorem innych blogów wprowadzam rzut okiem – przegląd obejmujący kilka książek (z różnych przyczyn nie wszystkim pozycjom będę poświęcał odrębne notki). Na pierwszy raz wrzucam ostatnio przeczytane powieści historyczne. Dwie z nich nie wymagają znajomości wcześniejszych części ze swoich cykli i nie pozostają na dłużej w pamięci, dokładnie na odwrót jest z ostatnią z poniżej wymienionych.

 

„W cieniu inkwizycji” Péreza-Reverte to druga część przygód kapitana Diego Alatriste rozgrywających się w Hiszpanii pierwszej połowy siedemnastego wieku. Ojczyznę bohatera, wciąż żyjącą chwałą wygranych bitew, na zewnątrz postrzeganą jako silne państwo, trawi wewnętrzne zepsucie, chciwość i hipokryzja możnych oraz kleru. Zaułki Madrytu, z uwagi na obecność wszelkiej maści oprychów, nie należą do bezpiecznych, a wśród mężczyzn (niekoniecznie wysoko urodzonych) łatwo dochodzi do pojedynków w obronie dumy czy honoru. Kapitan (rodzaj przydomka, a nie prawdziwy stopień wojskowy) otrzymuje zadanie niełatwe – ze stołecznego monastyru, ponoć zamienionego przez wpływowego księdza w harem, trzeba uwolnić młodą kobietę. Na drodze doświadczonego weterana staną nie tylko przeciwnicy uzbrojeni w rapiery, ale także znaczny rangą przedstawiciel Świętego Oficjum.

„W cieniu inkwizycji” doskonale wpisuje się w konwencję płaszcza i szpady. Na taki efekt składają się nie tylko liczne, charakterystyczne dla gatunku cechy, ale także archaizowany, kwiecisty język. Powoduje on wyraźne rozdęcie tekstu, bo same losy Alatriste i jego młodego sługi Iñigo (będącego narratorem) dałoby się bardzo szybko streścić. Cennymi ozdobnikami są fragmenty poezji twórców barokowych, szczególnie pana de Quevedo, który w powieści jest personą dość istotną. Na pewno dowiadujemy się co nieco o ówczesnej Hiszpanii ze słabym królem, rozswawoloną szlachtą oraz ciągle wzbudzającą strach, potężną inkwizycją (liczba agentów i donosicieli sięgająca dwudziestu tysięcy). A Diego Alatriste? Z racji wieku to nie młody D'Artagnan; w oczach Iñigo – człowiek sprzeczności, raczej milczek, wykazujący stoicką obojętność zabijaka z zasadami.

Ocena: 4/6. Książka z udaną stylizacją językową. Miała być konkretna konwencja i… jest, więc odbiór zależy głównie od tego, czy (i na ile) ją lubimy.

 

W „Niewidzialnym Kolegium” Fabrizio Battistellego drugi raz do akcji wkracza kawaler Riziero z Pietracuty. Jest grudzień 1743 roku. Na papieskim tronie zasiada Benedykt XIV, czyli Prospero Lorenzo Lambertini. Z watykańskiej biblioteki ktoś kradnie rękopis spłodzony przez niego w czasach młodości. Problem w tym, że owo niepublikowane, wcześniej ukryte między półkami dzieło, teraz byłoby groźną bronią w rękach przeciwników reform i samego papieża; ujawnienie jego treści groziłoby skandalem. Na polecenie brata – kościelnego dostojnika – Riziero rozpoczyna małe śledztwo.

„Niewidzialnemu Kolegium” daleko do językowego wysmakowania powieści Péreza-Reverte, a gdzieniegdzie, w następujących po sobie zdaniach dziwi uporczywe powtarzanie tych samych wyrazów (tak jakby polski był ubogi w synonimy). Włoski młodzieniec śmiało poczyna sobie zarówno na polu szermierki, jak i miłosnych podbojów. Opisy scen erotycznych są dość obrazowe i na tyle charakterystyczne (Battistelli lubi sformułowania typu „zroszone wilgocią ściany groty Afrodyty”), że spotkać się mogą z różnymi reakcjami czytelników – od akceptacji, zapewne pozbawionej entuzjazmu, po mocne kręcenie nosem. Pietracuta poznaje osiemnastoletniego Giacomo Casanovę (jeszcze mało doświadczonego uwodziciela) i ratuje życie szkockiemu malarzowi, Gavinowi Hamiltonowi. Na ulicach Rzymu, podczas gdy jedni z pompą świętują karnawał, inni, nastawieni pokutnie, intonują słowo „marność”. W książce znajdziemy więc przygodę, oczywiście uwzględniającą machanie szpadą, piękne kobiety oraz trochę osiemnastowiecznej historii.

Ocena: 4/6. Łatwa, lekka i, pomimo mankamentów, w miarę przyjemna lektura.

 

Obu autorów o głowę przerasta Witold Jabłoński. Druga część cyklu „Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer” posiada wszystkie zalety swojej poprzedniczki. Witelon jest już dojrzalszy, ale wciąż goni za złudzeniem. Bo o ile jego pęd ku mądrości owocuje cennymi, naukowymi doświadczeniami, spostrzeżeniami oraz zapiskami m.in. z zakresu optyki, o tyle już pragnienie (antycznego) piękna oznacza głównie folgowanie swoim homoseksualnym pragnieniom, ciągłe poszukiwanie spełnienia w ramionach efebów. W „Metamorfozach” bohater najwięcej czasu, bo aż dziesięć lat, spędza w Italii, skąd ucieka wobec groźby inkwizycyjnego sądu. Wraca do Wrocławia i tu zostaje zaufanym doradcą Henryka IV Prawego. Skąd taki, a nie inny, tytuł tomu? Ano, Witelon występuje w nim jako legnicki pleban, przełożony bakałarzy, książęcy notariusz i stręczyciel, uczony filozof, poszukiwacz przygód, wrocławski kanonik i dworski intrygant. Jak widać wiele wcieleń ma ta tyleż intrygująca, co kontrowersyjna postać. Piewca rozumu i wyznawca Lucyfera potrafi niszczyć, ale też budować, a kwestia zjednoczenie ziem polskich pod królewskim panowaniem leży mu na sercu.

Jabłoński niemal do perfekcji opanował sztukę opowiadania bez użycia dialogów, co widać już w „Uczniu czarnoksiężnika” (recenzja); tutaj zapisy rozmów są, choć nieliczne i na ogół zdawkowe. Cóż z tego, skoro relacja Witelona wciąga tak bardzo, że po kilkunastu stronach zupełnie zapominamy o tym, że czytamy zbity tekst. Pisarz ani przez chwilę nie gubi się w gąszczu autentycznych postaci i rodzinnych powiązań Piastów, a wręcz czuje się w nim jak ryba w wodzie. Z wielką swobodą wprowadza do fabuły ówczesnych władców i możnych, a także takie osoby jak Tomasz z Akwinu, Wilhelm z Moerbecke czy pewien mnich z „Imienia róży” (celowo nie zdradzam o kogo chodzi). Warto tylko wspomnieć, że do rangi głównego przeciwnika Witelona i zarazem prawdziwej zakały piastowskiego rodu urasta Bolesław Rogatka. „Metamorfozy” dają wszystko, czego spodziewam się po powieści historycznej z prawdziwego zdarzenia – wiedza Jabłońskiego i pieczołowitość w oddawaniu trzynastowiecznych realiów zasługują na naśladownictwo. Książka stanowi gratkę dla czytelników, którzy, na równi ze sprawnym piórem, cenią śmiałe poruszanie się autorów po polu historycznym.

Ocena: mocna jak dzwon piątka.

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            



Spis moli