o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
sobota, 21 czerwca 2014
Niebanalny, erudycyjny… thriller?

Słowo "thriller" nie budzi skojarzeń z literaturą wysokich lotów między innymi dlatego, że książki z tego gatunku bazują najczęściej na wielokrotnie przerobionych schematach. Co prawda w Ad infinitum Michał Protasiuk skorzystał z tradycji powieści szpiegowskiej, sensacyjnej i thrillera właśnie (o czym informuje blurb), ale umiejętnie wymieszał ją z zupełnie innymi składnikami, tworząc tekst daleki od banału.

Tomasz Szymkowiak jest dobrze zarabiającym warszawiakiem w średnim wieku. Ma żonę, Ewę, z którą właściwie łączy go już tylko fakt posiadania wspólnego dziecka – ośmioletniej, autystycznej Alicji. W oczach dziewczynki nigdy nie zapalają się iskierki zrozumienia i empatii, a ludzie znaczą dla niej nie więcej niż otaczające ją przedmioty. To między innymi przez chorobę córki relacje małżeńskie Szymkowiaków uległy znacznemu pogorszeniu – pomiędzy Tomaszem i Ewą widać coraz wyraźniejszy emocjonalny i uczuciowy dystans. Mężczyzna ucieka w romans ze sporo młodszą kobietą; gdy wszystko wskazuje na to, że układ sponsor-studentka zamieni się w coś trwalszego, a Szymkowiakowi wydaje się, że zacznie nowy etap życia… ktoś w biały dzień uprowadza jego dziecko.

Równolegle śledzimy losy Davida Katznera – młodego i świetnie zapowiadającego się fizyka teoretycznego z Tel Awiwu, który zakwalifikował się na stypendium uniwersytetu w Lizbonie. Do portugalskiej stolicy przybywają także "gwiazdy" świata nauki pracujące nad różnymi aspektami wielkiej teorii unifikacji. Na uniwersytecie David nawiązuje znajomość z kolegą po fachu i swoim rodakiem, leciwym profesorem Mayerem Hochbaumem. Dzięki retrospekcjom poznajemy przeszłość Hochbauma, w tym ucieczkę jego rodziny z Budapesztu do Stanów Zjednoczonych (powstanie węgierskie, rok 1956), gdzie w dobie rządów Ronalda Reagana okoliczności zmusiły go do współpracy z CIA. W najtajniejszej komórce "firmy" Mayer zajmował się… badaniem zdolności telepatów zwanych Trójcą Świętą.

Pierwsze rozdziały książki są bardzo absorbujące i wywołują u czytelnika spore zaciekawienie – w jaki sposób autor połączy wątki Tomasza, Davida i Mayera?; co jest dla nich wspólnym mianownikiem? Początkowo Protasiuk serwuje bardzo sensowną prozę obyczajową, odpowiednio doprawioną przez dwie szybko wyłaniające się sprawy kryminalne (porwanie Alicji oraz zagadkowa śmierć chińskiego naukowca). Dalej dostajemy solidną porcję historii zimnowojennej z dominującą nutą szpiegowską – pojawiają się agenci amerykańscy i sowieccy, a akcja przenosi się z Ameryki do Budapesztu i Wiednia lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W zmaganiach wywiadów obie strony sięgają po niekonwencjonalne środki, jak choćby umiejętności wspomnianych telepatów. I tu właśnie pojawiają się elementy fantastyczne, choć trzeba zaznaczyć, iż są one ledwie małym, nieuwydatnianym dodatkiem.

Do tego dodajmy jeszcze liczne rozważania z fizyki teoretycznej, na czele z teorią strun, unifikacji oraz teorią wszystkiego. Na tym polu Protasiuk porusza się z zadziwiającą łatwością, niejednokrotnie błyszczy erudycją (dialogi ludzi ze środowiska uniwersyteckiego), ale pozostaje zrozumiały dla przeciętnego, dorosłego odbiorcy. W pewnym momencie Ad infinitum zbacza w kierunku thrillera, w czym główną rolę odgrywa grupa żydowskich ekstremistów – judajski mesjanizm wzbogaca już i tak niejednolitą mieszankę tworzącą całość. Czy zatem jest ona strawna? Jak najbardziej tak, połączenie różnych motywów i literackich gatunków (powieść obyczajowa, sensacyjna, thriller) wyszło książce na dobre. Na taki kolaż narzekać mogą jedynie ci, którzy, sugerując się informacjami na okładce, spodziewali się czystej wody dreszczowca. Ad infinitum ma natomiast jedną wadę większego kalibru: zakończeniu brakuje wyrazistości – można wręcz rzec, że jest ono nijakie i w dużej mierze gasi oczekiwania rozbudzone przez wielce obiecujący początek oraz rozwinięcie.

Z trzech najważniejszych postaci autor najwięcej miejsca poświęcił perypetiom Polaka, najmniej zaś – Davida. Szymkowiak to zwykły facet z kryzysem wieku średniego, a jego postępowanie niekiedy może budzić wątpliwości natury etycznej. Ciekawiej przedstawiony został – obdarzony naturą pracowitego i dociekliwego naukowca oraz bogatym życiorysem – Mayer Hochbaum. Nie gorzej od niego prezentuje się kilka postaci pobocznych, w tym bezkompromisowa budapesztańska policjantka, człowiek-kameleon i były funkcjonariusz węgierskiego aparatu bezpieczeństwa, Gusztav Borbély czy wreszcie pracujący dla KGB, dotknięty autyzmem Putnis. Choroba ta stanowi zresztą klucz do rozwiązania powieściowych zagadek i jest pretekstem do postawienia kilku pytań. Czy da się poznać naszą rzeczywistość? Czy to autystycy widzą ją taką, jaka jest naprawdę? Tak trudno nam zrozumieć innych, "normalnych" ludzi (relacje Tomasza z żoną i kochanką), a co dopiero osoby cierpiące na autyzm.

Jeśli szukacie lektury nieoklepanej i inteligentnej, powstałej przez połączenie wymienionych w recenzji gatunków, to Ad infinitum będzie dla Was odpowiednią propozycją. Szkoda tylko, że najsłabszy akcent w powieści pada na jej zakończenie. Właśnie za ten feler obniżam ostateczną ocenę książki.

____________________________

AUTOR: Michał Protasiuk

TYTUŁ: Ad Infinitum

WYDAWNICTWO: Powergraph

MOJA OCENA: 4,5/6 

środa, 30 kwietnia 2014
Magiczna lektura

Boy’s life, najbardziej znana powieść Roberta McCammona, w Polsce ukazała się jako Magiczne lata. I w tym tłumaczeniu tytuł pasuje do treści nawet lepiej niż oryginalny.

Otwarcie całej opowieści jest dość nietypowe: we wstępie do czytelnika zwraca się sam główny bohater i narrator – pisarz urodzony w południowej Alabamie na początku lat pięćdziesiątych. Mężczyzna przedstawia się jako Cory Jay Mackenson i zaprasza w podróż w przeszłość do miejscowości Zephyr, do czasów kiedy był dwunasto-trzynastolatkiem. Co prawda po takim wprowadzeniu wiemy już, że protagonista wyjdzie cało ze wszystkich opisywanych dalej epizodów, ale – zapewniam! – w żaden sposób nie umniejsza to przyjemności płynącej z lektury.

Akcja Magicznych lat rozgrywa się na przestrzeni dwunastu miesięcy, zaczynając od wiosny 1964, a kończąc na zimie 1965 roku. Cztery pory roku stanowią kolejne części powieści, co nasuwa skojarzenia ze znanym zbiorem nowel Stephena Kinga. Wszystko rozpoczyna się w momencie gdy Cory i jego ojciec stają się jedynymi świadkami osobliwego wypadku: do jeziora zjeżdża samochód z unieruchomionym wewnątrz kierowcą. Mackenson senior nurkuje do wody, lecz okazuje się, że nie można uratować zamkniętego w aucie mężczyzny, gdyż… został on wcześniej skatowany i zabity. Kto stoi za tym morderstwem?

Myli się ten, kto sądzi, że teraz wszystko potoczy się jak w rasowym kryminale, bowiem książki McCammona nie da się przypisać do jednego literackiego gatunku. Zagłębiając się w lekturę, szybko przekonujemy się, że w Zephyr dzieje się mnóstwo niezwykłych rzeczy, czasem wywołujących dreszczyk emocji, czasem wzbudzających grozę, bardzo często owianych mgiełką niesamowitości lub wręcz opierających się na zjawiskach paranormalnych. Niepozorne miasteczko kryje w sobie wielkie sekrety i… magię, nawet jeśli przyjmiemy, że niektóre wydarzenia zostały wyolbrzymione przez chłopięcą wyobraźnię narratora.

Autor zaserwował czytelnikom tak wiele wątków i tajemnic do odkrycia, że spokojnie można nimi obdzielić kilka powieści, a motywy z niejednego rozdziału świetnie nadawałyby się na materiał do osobnych opowiadań. Czegóż tu nie znajdziemy! W rzece przepływającej przez Zephyr żyje niezidentyfikowane monstrum, na pobliskich szosach co jakiś czas pojawia się samochód-widmo, Cory jeździ na magicznym rowerze (czy naprawdę jest magiczny czy to tylko dziecięca fantazja?), w dzielnicy dla czarnoskórych mieszka staruszka uważana za wiedźmę voodoo, okolicą trzęsie groźna szajka, a jeden z mieszkańców miasta utrzymuje, iż był kiedyś niezrównanym rewolwerowcem. Ilość intrygujących historii opowiedzianych na ponad sześciuset stronach jest imponująca; wprost nie sposób ich wyliczyć! Parafrazując słowa jednej z postaci, Vernona (alter ego McCammona): ta książka porusza także sprawy drobne, codzienne, składające się na wspomnienia przeżytych chwil. Poza wszelkimi niezwykłościami występują w niej więc takie tematy jak dorastanie, szkolne życie, młodzieńcza przyjaźń, czy znacznie poważniejsze jak przestępczość i korupcja, śmierć oraz związane z nią emocje i poczucie pustki po odejściu bliskich.

Podczas czytania Magicznych lat trudno zapomnieć w jakich czasach osadzono fabułę. Aby tak było, autor co jakiś czas podsuwa nam odpowiednie nazwiska (Kennedy zastrzelony w listopadzie 1963, Castro) lub drobne wzmianki o wojnie w Wietnamie czy próbach z bronią atomową. Nadal obowiązuje segregacja rasowa, a Ku Klux Klan w południowych Stanach Zjednoczonych ma swoich zagorzałych zwolenników. Gospodarczo kraj znajduje się w okresie prosperity, co widać chociażby po gwałtownej ekspansji supermarketów, które wypierają z rynku drobnych sprzedawców i producentów. Wprawdzie historyczna "otoczka" nie jest tak rozbudowana (bo nie tak ważna) jak w przypadku Dallas’63 Kinga, ale i tak w zupełności wystarcza.

Gdyby posłużyć się uproszczeniami, Magiczne lata to w jakiejś części thriller z satysfakcjonującym zakończeniem (rozwiązanie zagadki zabójstwa), wzbogacony domieszką horroru, a w jeszcze większej mierze – proza z pogranicza głównego nurtu i realizmu magicznego w najlepszym wydaniu. McCammon powoli, kawałek po kawałku, odkrywa obraz zaczarowanego miasta i jego okolic, co u czytelnika wzmaga tylko ciekawość i ani na chwilę nie wywołuje uczucia znudzenia. Ponieważ wszystko ukazane zostało z perspektywy dziecka, tekst pełen jest barwnych, przemawiających do wyobraźni opisów – nawet rzeczy zwyczajne nabierają tu niezwykłego wymiaru (to, co dorosły określiłby jako "zwyczajne", dla chłopca wcale takie być nie musi). Powieść cechuje odpowiedni do wieku narratora klarowny styl pozbawiony zdaniowych łamańców; innymi słowy: nie znajdziemy w niej jakichkolwiek eksperymentów językowych. I to absolutnie nie jest mankament!

Magiczne lata przyniosły mi urzekającą, chwytającą za serce lekturę. To jedna z tych książek, o których łatwo się nie zapomina. Fabuła powinna wciągnąć i nastolatków, i znacznie starszych miłośników fantastyki – któż z Was nie chciałby ponownie zanurzyć się w świecie przygód i dziecięcej fantazji?

_________________________________

AUTOR: Robert McCammon

TYTUŁ: Magiczne lata

WYDAWNICTWO: Papierowy Księżyc

MOJA OCENA: 5,5/6

wtorek, 17 grudnia 2013
Prawda o pewnej planecie

Cała prawda o planecie Ksi to przedostatnia z wydanych dystopii Janusza Zajdla. Powieść ta, podobnie jak Limes interior naszpikowana aluzjami do systemu komunistycznego i szarej, absurdalnej rzeczywistości PRL-u, doskonale wpisuje się w nurt fantastyki socjologiczno- politycznej. Niestety, Drugiego spojrzenia na planetę Ksi pisarz już nie dokończył.

Na planecie Ksi, położonej w układzie słonecznym oddalonym od naszego o ponad dwadzieścia lat świetlnych, ludzie odkryli idealne warunki do zasiedlenia. Szybko wysłano tam ekspedycję z czterema tysiącami osadników oraz niezbędnym sprzętem. Z niewiadomych przyczyn łączność z Konwojem kolonistów została zerwana, a ostatnie dwie wiadomości, które dotarły na Ziemię były niepełne i sprzeczne ze sobą. Na Ksi wyrusza więc misja zwiadowczo-ratunkowa pod dowództwem komandora Slotha.

Blisko celu statek komandora napotyka Alfę – dryfujący w przestrzeni, flagowy prom ekspedycji osadniczej. Jedyną osobą na pokładzie promu jest wycieńczony staruszek, zdradzający objawy szaleństwa. Z jego dziennika wynika, że władzę nad wyprawą przejęła grupa terrorystów – fanatyków, którzy w osiedlu założonym na planecie wprowadzili nowy model społeczeństwa. W praktyce oznacza on dość pospolity rodzaj dyktatury. Większa część załogi Konwoju odmówiła współpracy z rebeliantami, inaczej postąpił zaś sam autor dziennika (pierwotnie drugi pilot Alfy). Jaki stan rzeczy zastanie ekipa Slotha kiedy doleci na miejsce?

Odniesienia do sytuacji panującej w Polsce Ludowej są w książce niezwykle czytelne. Znajdziemy je właściwie wszędzie, gdzie Zajdel opisuje ustój panujący na Ksi. Tutejsze, niewielkie społeczeństwo cechuje silne zhierarchizowanie. Każdy mieszkaniec osiedla ma przydzielony, zapisany na czole numer – im niższy, tym wyższa jest jego pozycja społeczna. Ścisłe kierownictwo, odizolowane od obywateli i obojętne na ich potrzeby, zwie się Jednocyfrowymi ("Jedynka" to bezwzględny przywódca, "Trójka" – ideologiczny teoretyk itd.). Kasta rządzących lansuje hasło budowania "wspólnego dobra" przez ciągłe wyrzeczenia i ciężką pracę, ale sama go nie realizuje – prominenci żyją w luksusach, w licznym towarzystwie odhibernowanych kobiet z Konwoju. Żywność podlega reglamentacji (to, że ktoś ma talon na mięso, wcale nie oznacza, że je dostanie); dostęp do innych dóbr jest dla szaraczków również mocno ograniczony. Sytuacja ta zmusza kolonistów do kombinowania, a także ucieczki od codziennych trosk w alkohol. Na straży porządku stoją uprzywilejowani strażnicy, często przymykający oko na nielegalny handel bimbrem.

Dziedziczna władza opiera się na łgarstwach, pustych obietnicach oraz propagandzie, u podstawy której leży nienawiść do konkretnie wskazanego wroga. W tym przypadku nieprzyjacielem i uosobieniem wszelkiego zła obwołano… Ziemię. Dopóki istnieje wróg i strach przed jego agresją/ interwencją, dużo łatwiej manipuluje się społeczeństwem i trzyma się je w ryzach. Nowe pokolenie, wychowane już bez "ziemskich obciążeń", sądzi, że życie na starej planecie to pasmo udręk, a tamtejsi władcy bezwzględnie ciemiężą biedny lud. Informacji podawanych odgórnie nikt nie może w żaden sposób zweryfikować. Co charakterystyczne, władza Ksi uwielbia monumentalne pomniki (głowa Genialnej Jedynki), jak również święta ku własnej czci. Na tym nie koniec. Otóż ów ustrój – nota bene wprowadzony przy użyciu przemocy – rebelianci chcieliby wyeksportować na inne planety. Dyktatura na Ksi, choć nieudolna, zacofana i prymitywna tylko postronnemu obserwatorowi mogłaby wydawać się śmieszna, bo dla osób żyjących pod jej jarzmem wcale taka nie jest.

Cała prawda zawiera przenikliwą analizę zniewolonego, chorego społeczeństwa, które mimo wszystko trwa niczym wegetująca roślinka na jałowej glebie. Jak odkłamać tę rzeczywistość? Jak wyprostować ludzi urobionych przez system? Czy możliwa jest "resocjalizacja" całego społeczeństwa i ile musiałaby ona potrwać, aby przynieść pożądany rezultat? Oto niektóre z pytań postawionych przez Zajdla. Współczesny czytelnik ma ten komfort, że zna odpowiedzi na większość z nich. Warto przyjrzeć się różnym postawom ludzi wobec wynaturzonego ustroju. Refleksje budzi niejednoznaczna postać drugiego pilota Alfy, pełniącego na Ksi funkcję dowódcy Służb Porządkowych – czy to samousprawiedliwiający się oportunista, czy też człowiek z misją rozbicia układu władzy od wewnątrz? Nie mniej interesującą, choć nie związaną bezpośrednio z Ksi, personą jest Sloth. Właściwie doświadczony astronauta mógłby z powodzeniem stać się bohaterem kilku powieści lub przynajmniej cyklu opowiadań, tak jak pilot Pirx.

Cała prawda o planecie Ksi potwierdza, że Zajdel był wizjonerem i twórcą wybitnym. To wartościowa, mądra, a przy tym klarowna w swoim przekazie lektura.

PS. Na Drugie spojrzenie składa się konspekt oraz trzy rozdziały i trzeba powiedzieć, że książka zapowiadała się bardzo obiecująco. W 2011 roku spadkobierczynie pisarza wraz z wydawnictwem superNOWA ogłosiły konkurs na dokończenie powieści. Wzięło w nim udział dwudziestu sześciu autorów, a zwycięzcą został Marcin Kowalczyk.

___________________________________________________________

AUTOR: Janusz A. Zajdel

TYTUŁ: Cała prawda o planecie Ksi/Drugie spojrzenie na planetę Ksi

WYDAWNICTWO: SuperNOWA

MOJA OCENA: 5/6

piątek, 29 listopada 2013
Latający okręt i inne cuda w Ararat

Felix Gilman nie należy do grona pisarzy dobrze znanych w kraju nad Wisłą – tylko jego pierwszą powieść, zatytułowaną Gromowładny wydano w języku polskim, trzy pozostałe wciąż czekają na przetłumaczenie. Debiut Anglika najwidoczniej nie sprzedawał się u nas najlepiej i szybko trafił do worka z napisem "tania książka". Spieszę dodać, że w tym przypadku "tania" wcale nie oznacza "kiepska"; wręcz przeciwnie, Gromowładny na głowę bije wszelkie schematyczne opowiastki fantasy.

Miasto Ararat jest ogromne; mieszkają w nim setki rozmaitych bóstw mających realny wpływ na jego kształt i życie obywateli. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy bogowie są siłami witalnymi metropolii, czy też jej produktami ubocznymi. Nad miastem, po bardzo długiej nieobecności, przelatuje mityczny Ptak, pozostawiając część swojej mocy ludziom oraz przedmiotom. Dzięki niej z Domu Barbotina (poprawczaka) ucieka chłopak imieniem Jack, a Gromowładny – najlepsza fregata hrabiny Ilony, wzbija się w powietrze, co zresztą zostało zaplanowane przez jej nadwornego naukowca, Holbacha (liczne znaki od dawna zapowiadały powrót Ptaka). W tym samym czasie do portu zawija statek z przybyszem z odległej krainy, Chórzystą (rodzaj kapłana) Arjunem. Ten chce odnaleźć Głos (zwany też Akordem Akordów, Dźwiękiem Złotej Piszczałki, Siedmiokrotnym) – bóstwo, które odeszło z Domu Chóru osierocając gorliwych wyznawców. Gdzie indziej mógłby powędrować Głos, jeśli nie do jedynego w swoim rodzaju Ararat?

Jack trafia do grupy podobnych mu, młodocianych uciekinierów i złodziejaszków. Tu zyskuje nowych przyjaciół oraz szacunek wynikający z faktu, że zbiegł z najbardziej rygorystycznego domu poprawczego. Chłopak stopniowo odkrywa, że moce przekazane mu przez Ptaka są naprawdę niezwykłe i umożliwiają dokonywanie rzeczy, o których wcześniej nawet nie śnił. Wkrótce Jack, obdarzony przez kompanów przydomkiem "Jedwabny", zaczyna przewodzić całej ferajnie. Dzieciaki nazywają siebie Gromowładnymi, albowiem latająca fregata stanowi dla nich symbol czegoś, czego zawsze najbardziej pragnęli – wolności i swobody. Sam okręt, dowodzony przez kapitana Arlandesa i uzbrojony w potężne działa staje się groźną bronią w rękach Ilony walczącej o wpływy z innymi, miejscowymi szlachcicami. Arjun, drugi z protagonistów, wytrwale szuka informacji o Głosie – niestety, nikt nie wie gdzie znaleźć Akord Akordów.

W kolejnych rozdziałach śledzimy poczynania Chórzysty lub Jedwabnego Jacka i nietrudno domyślić się, że prędzej czy później ich losy skrzyżują się na dobre. Jack jest postacią bardziej dynamiczną i ma w coś z komiksowego bohatera, a jeszcze więcej z… Piotrusia Pana. Tak, powieść Gilmana nosi znamiona bajki, ale światu przedstawionemu daleko do bajkowej sielankowości – poza wojną pomiędzy zarządcami Ararat (hrabina kontra gerent jednej z dzielnic), dochodzi tu do krwawych zamieszek, a w pewnym momencie Gromowładni walczą zarówno z religijnymi, fanatycznymi bojówkarzami, jak i regularnym wojskiem. Rozdziały z Arjunem na ogół cechuje dużo spokojniejsza narracja, a miejscami wręcz trochę niepotrzebne przeciąganie akcji, ale dzięki tej różnicy i dwóm bohaterom mamy okazję poznać miejskiego molocha od różnych stron. Nieźle prezentują się Holbach jako typ wnikliwego naukowca (poszukiwanie prawdy o rzeczywistości i chęć wyzwolenia ludzi spod jarzma ignorancji) oraz prawniczka Olimpia, a jeszcze lepiej – tajemniczy Shay, któremu udało się pochwycić i zamknąć pełne mocy odbicia bogów. Wrażenie nieco pomijanej persony sprawia natomiast Arlandes (tuż przed "startem" Gromowładnego śmierć ponosi ukochana żona kapitana, więc od początku jest on postacią tragiczną, a przez to intrygują). Więcej uwagi autor  mógł też poświecić rywalizującym władcom Ararat i polityce – jak na mój gust w książce brakuje zakulisowych gierek, układów i układzików.

Niewątpliwym atutem powieści jest coś, co tygrysy lubią najbardziej: worldbuilding na najwyższym poziomie – ogranicza się on właściwie do jednej metropolii, ale za to jakiej! Aż chce się powrócić do Ararat i poznać wszystkie jego tajemnice (czytający w języku Szekspira mają to szczęście, że mogą sięgnąć po Gears of the City). Anglik porusza się w rejonach bliskich fantasy oraz realizmu magicznego na tyle dobrze, że niemal dorównuje innym, brytyjskim pisarzom – Gaimanowi i MacLeodowi. Nie przypadkiem podaję te dwa nazwiska, gdyż Gromowładny wykazuje pewne podobieństwa do Amerykańskich bogów (ilość bóstw i oniryczność opowieści) oraz do Wieków światła (podobny poziom rozwoju technologicznego, miasto z dzielnicami przemysłowymi i slumsami, rewolucja społeczna). Nie zapominajmy o bajkowej aurze niektórych scen, dwóch szczyptach grozy (chory, "zraniony" bóg rzeki) i garści pomniejszych, świeżych pomysłów. Rezultat? Pozycja może nie rewelacyjna, ale imponująca siłą wyobraźni autora, bez dwóch zdań warta poświęconego jej czasu.

PS. Niech Was nie zmyli okładka – ma niewiele wspólnego z treścią. W wydaniu anglojęzycznym przedstawiają się one znacznie lepiej:

_______________________

AUTOR: Felix Gilman

TYTUŁ: Gromowładny

WYDAWNICTWO: Mag

MOJA OCENA: 4,5/6 

środa, 13 listopada 2013
Ta historia nie kończy się nigdy

Wiedźmin Geralt powrócił. Nie w trzeciej odsłonie popularnej gry komputerowej, a w wydanej w tym miesiącu powieści Sezon burz. Dla rzeszy starszych i młodszych amatorów fantastyki w Polsce to z pewnością najważniejsze wydarzenie literackie roku. Wobec nimbu otaczającego cykl wiedźmiński, taki come back po latach budzi nie tylko duże emocje, ale i ogromne oczekiwania – czy świeżutki prequel ma szanse im sprostać?

W otwarciu Sapkowski nie pokusił się o oryginalność. Geralt sprawnie ubija szare, płaskie i wielonożne monstrum, a za wykonaną robotę odbiera nagrodę od lokalnego urzędnika o silnych skłonnościach do mataczenia i bogacenia się kosztem państwowej kasy. Później, skutkiem intrygi rudowłosej czarodziejki zwanej Koral i fałszywego oskarżenia, trafia do więzienia i traci swoje miecze – poszukiwania skradzionej broni są jednym z trzech głównych wątków książki. Dwa pozostałe dotyczą eksperymentów w dziedzinie modyfikacji genetycznych (sic!) prowadzonych przez czarodziejów oraz wydarzeń w państewku o nazwie Kerack. W tym miejscu trzeba nadmienić, że sama fabuła, oględnie mówiąc, do skomplikowanych i wielowarstwowych zdecydowanie nie należy. Czy to duża wada? Niekoniecznie, bo Sapkowski w dużej mierze zrekompensował czytelnikom ten niedostatek.

Stopniowo rozkręca się akcja, rozkręca się też Pan autor. Generalnie, im dalej w tekst, tym lepiej i tym więcej znajdziemy w nim rzeczy, za które tak bardzo ceni się prozę AS-a. Mamy więc zabawę słowem, mruganie do popkulturowego odbiorcy, błyskotliwe wypowiedzi i dialogi z ciętymi ripostami, spontaniczny humor (także w bezpardonowym wydaniu krasnoludzkim), pokaźną galerię barwnych postaci – w zdecydowanej większości nowych – oraz soczyste, efektowne opisy walk. Cieszą liczne odwołania do współczesności. Ot, chociażby rozmowa Koral z królem Kerack, Belohunem na temat aborcji i miejsca kobiety w społeczeństwie – po przeniesieniu dyskusji w nasze realia wystarczyłoby opatrzyć ją podpisem "feminizm versus patriarchat". W Sezonie burz znajdziemy też zauważalnie więcej słów pochodzenia współczesnego, niż w książkach poprzednich (transhumanizm, specjacja radiacyjna, introgresja); aż strach pomyśleć jak lata temu na coś takiego zareagowaliby przeciwnicy słynnych "batystowych majtek"...

Sam Geralt jest w znakomitej formie – skutecznie walczy przy użyciu pięści, miecza, a nawet drewnianej klepki, spotyka najlepszego druha, Jaskra i chędoży piękne kobiety, w tym wspominaną wyżej rudą koleżankę Yennefer (Yen pojawia się dwukrotnie, ale w obu przypadkach na krótko). Znowu przychodzi mu odgrywać rolę niegodzącego się na wszelkie zło "ostatniego sprawiedliwego" – widocznie ktoś musi to robić, bo w świecie ścierających się wpływów mniejszych lub większych władców czy partykularnych interesów czarodziejów, najbardziej po rzyciach obrywają prości ludzie. Co zaś tyczy się magów: ich długowieczność i związane z tym doświadczenie życiowe wcale nie muszą oznaczać mądrości – w tym środowisku pogoń za sukcesem, żądza mocy i władzy nie są czymś odosobnionym, a szczytne idee szybko zaczynają się rozmywać i nie poprawiają losu zwykłych zjadaczy chleba (otoczony pozornym szacunkiem mistrz Ortolan). Wspomnę jedynie, że głównym przeciwnikiem wiedźmina jest tym razem młody czarodziej o osobowości psychopatycznej, jakiej nie powstydziliby się antybohaterowie z poczytnych thrillerów. Nie po raz pierwszy u Sapkowskiego to człowiek okazuje się największym i najgroźniejszym potworem.

Za sprawą Sezonu Burz geograficznie nieco poszerza się wiedźmińskie uniwersum, a i do tutejszego bestiariusza można dopisać kilka interesujących pozycji (w tym aguarę porywającą elfie dzieci). To nadal rzeczywistość z wielką paletą odcieni szarości, ale też wyczuwalnym mrokiem, widocznymi plamami czerni. Tam gdzie trzeba autor nie szczędzi realistycznych, ociekających krwią i flakami opisów. Prostym, acz urozmaicającym akcję zabiegiem jest zastosowanie interludiów – rodzaju wstawek (przerywników), w których wybiegamy w bliższą lub dalszą przyszłość lub też czytamy treść listów. W zakończeniu robi się sentymentalnie ("zagraj to jeszcze raz, Jaskier"), co akurat nie powinno specjalnie przeszkadzać, szczególnie nieco starszym fanom. Kto jak kto, ale AS ma akurat wszelkie podstawy do uderzania w takie właśnie tony. Pewien niedosyt książka jednak pozostawia (głównie przez fabułę) – czy mile połechta on czytelnika i zaostrzy apetyt na przypomnienie sobie sporo starych opowiadań, czy też tylko go rozdrażni – cóż, kwestia indywidualna.

Lektura Sezonu burz jest jak spacer po znanym podwórku w towarzystwie kilku starych, dobrych znajomych. Powieść nie rzuca na kolana, to raczej niezgorsze uzupełnienie cyklu, którego status w naszym kraju wykracza daleko poza kanon fantasy. Ta historia nie kończy się nigdy.

___________________________________________

AUTOR: Andrzej Sapkowski

TYTUŁ: Sezon burz

WYDAWNICTWO: SuperNOWA

MOJA OCENA: 5/6 (w tym miejscu podziałał sentyment)

niedziela, 06 października 2013
Roboty, podróże w czasie, Galloway Gallegher i Hogbenowie

Antologia Próżny robot zawiera najbardziej znane opowiadania Henry’ego Kuttnera. Ponieważ od ich napisania minęło co najmniej sześć dekad, naturalnym wydaje się pytanie na ile wytrzymały one próbę czasu. Odpowiedź brzmi: pomimo wiekowości krótkie formy Kuttnera mają się nadzwyczaj dobrze. I jeśli dziś ktoś chciałby uprawiać fantastykę humorystyczną, to twórczość Amerykanina powinna stać się dla niego wzorem.

Pierwsza część zbioru, zatytułowana Roboty i podróże w czasie znacznie różni się od dwóch pozostałych, gdyż umieszczone w niej teksty pozbawione są żartobliwego charakteru. W  Tubylerczykom spełły fajle naukowiec z innego wymiaru wysyła tajemnicze Skrzynki w podróż w czasie. Nietypowe zabawki będące zawartością jednej z nich trafiają w ręce dzieci państwa Paradine. To, co dzieje się później wykracza poza granice pojmowania zarówno rodziców, jak i ich znajomego psychologa. Tubylerczykom spełły faje traktuje o diametralnych różnicach w postrzeganiu rzeczywistości pomiędzy dziećmi i niepotrafiącymi wyjść poza wyuczone schematy myślowe dorosłymi. Widać też, jak chłonne i plastyczne są umysły małych ludzi. W Twonk nabyte przez pewnego mężczyznę radio okazuje się być zaawansowanym technicznie robotem. Skoro człowiek nie jest w stanie skonstruować takiego maszyny, czyżby była on tworem obcej cywilizacji? Czy w przyszłości nie uzależnimy się od coraz wymyślniejszych, zastępujących i wyręczających nas urządzeń? Gdy się przebierze miarka rozpoczyna się od przeprowadzki trzyosobowej rodziny do nowego mieszkania. Niedługo potem zjawiają się w nim dziwni przybysze z przyszłości. Oświadczają oni rodzicom, że ich synek, Alex to homo superior i rozpoczynają jego edukację. Wkrótce, wobec błyskawicznego rozwoju malca, ojciec i matka zaczynają czuć się zagubieni i bezradni… Trudno wychowywać genialne dziecko.

W drugiej części zgromadzono opowiadania o perypetiach Galloway’a Galleghera – naukowca, którego genialna podświadomość ujawnia się jedynie w stanie… alkoholowego upojenia. Wtedy to Galloway konstruuje niesamowite wynalazki. Kłopot w tym, że następnego dnia naukowiec-alkoholik nie pamięta zasad działania i przeznaczenia skonstruowanych przez siebie cudów, a zleceniodawcy usilnie domagają się zademonstrowania efektów pracy. Wszystkie teksty o Gallegherze opierają się na przymrużeniu oka i dużych porcjach zwariowanego humoru, miejscami z domieszką ironii oraz absurdu sytuacyjnego. Znajdziemy w nich wątki kryminalne (Idealna skrytka), dziwne stworzenia podróżujące wehikułem czasu i urządzenie do kopiowania talentów (Świat należy do mnie), walkę potentata telewizyjnego z nieuczciwą konkurencją (Próżny robot), firmę Nadnercza oferującą klientom napływ adrenaliny na "ustawionych" polowaniach (Ex machina) i w końcu tytułowego, narcystycznego, ale na swój sposób sympatycznego robota (Próżny robot, Gallegher Bis, Ex machina). Za każdym razem kiedy rozpoczynamy lekturę trudno odgadnąć, w jakim kierunku potoczy się akcja, że o zakończeniach nie wspomnę. A te niejednokrotnie są błyskotliwe i potrafią zaskakiwać. Kuttner nie silił się na stworzenie kompletnego obrazu przyszłości, gdzieś jedynie zaznaczył postępujący rozwój technologiczny oraz rozdętą do granic możliwości machinę prawniczą, która wykpił bez litości.

Na część trzecią antologii składają się cztery opowiadania o Hogbenach – długowiecznej rodzinie mutantów mieszkających w Kentucky. Hogbenowie kryją się przed światem, a wśród ich nadzwyczajnych zdolności są niewidzialność, latanie, hipnoza i telepatia. Narratorem jest jeden z mutantów – nastoletni Saunk i to dzięki niemu poznajemy wielce nietypową familię i jej przygody. Najpierw Hogbenowie dają nauczkę lokalnemu politykowi-oszustowi (Stos kłopotów) i stają się obiektem naukowego zainteresowania pewnego profesora z miasta (Profesor opuszcza scenę), dalej muszą uporać się ze złośliwym sąsiadem (Do zobaczenia) oraz odpychającymi Pughami – synem oraz ojcem, którego nadrzędnym celem jest zachowanie ciągłości rodu (Zimna wojna). Teksty o mutantach są chyba jeszcze bardziej nieprzewidywalne i zwariowane niż te o Gallegherze. Niczym nieskrępowany humor wylewa się niemal z każdej strony, więc czytelnik ma mnóstwo okazji do uśmiechu – oczywiście głównym jego powodem są sami bohaterowie. Podsumowując: niezłe, naprawdę śmieszne i mocno odjechane.

Obojętnie czy spojrzymy na treść, czy też formę, zawartości Próżnego robota nie sposób zaliczyć do pokrytych kurzem staroci. Nawet jeśli niektóre opowiadanka leciutko (podkreślam: leciutko) trącą myszką, to i tak mają w sobie specyficzny urok. Bardzo udany, klasyczny zbiór. Warto!

_____________________

AUTOR: Henry Kuttner

TYTUŁ: Próżny robot

WYDAWNICTWO: Solaris

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 12 września 2013
Wspólność, Identyczność, Stabilność

Niektóre książki science fiction wraz z upływem lat nie starzeją się ani na jotę i nie tracą nic ze swojej wartości. Do takich pozycji bez wątpienia należy Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Dziś ta antyutopia zadziwia trafnością z jaką autor przepowiedział kierunek, w którym podążać będzie nasza cywilizacja. I choć tylko część wizji angielskiego pisarza, eseisty i poety spełnia się na naszych oczach (całe szczęście, że tylko część), to powieść wciąż pozostaje ostrzeżeniem dla następnych pokoleń.

W Republice Świata ludzie nie rodzą się w sposób naturalny. Są hodowani i klonowani w instytutach "Rozrodu i Warunkowania", a żyworództwo uważane jest za coś obrzydliwego. Rodzice nie wychowują dzieci, do takich celów stworzono specjalne państwowe ośrodki. Rodzina to relikt przeszłości; króluje swobodna poligamia, albowiem w nowym, "wspaniałym" świecie jedna z obowiązujących zasad brzmi "każdy należy do każdego". Wszyscy obywatele mają z góry narzucone (zaprogramowane przez genetykę oraz wychowanie) przeznaczenie społeczne – od inteligentnych "alf", po pracujące fizycznie "epsilony", którym od wczesnych lat wpaja się niechęć do książek. Od tego warunkowania nie ma ucieczki. Jakakolwiek nietypowość nie może być tolerowana, gdyż gwarantem ładu jest identyczność jednostek. Coś takiego jak starość nie istnieje, pozbyto się jej, aby nie cierpieć i znacznie dłużej móc w pełni korzystać z rozrywek oferowanych przez życie.

Kultura masowa opiera się właściwie tylko na czuciofilmach i muzyce syntetycznej. Prawie nikt nie wie kim był William Szekspir. Najwyższe dobro – szczęśliwość osiągnięto z pomocą ogólnodostępnego narkotyku o nazwie soma. Kilka tabletek somy dziennie oddala od ludzi ewentualne niepokoje i wątpliwości, usuwa zbędne uczucia, wywołuje efekt bezmyślnej błogości – człowiek nie powinien doświadczać niczego, co będzie dla niego nieprzyjemne. Pozostaje już tylko bez przerwy pobudzać potrzeby materialne i… oto mamy społeczeństwo o niespotykanej wcześniej stabilności. A konsumpcjonizm jest tu rozwinięty do znanych nam rozmiarów. Dla przykładu sporty niewymagające specjalistycznego (a więc kosztownego) sprzętu odeszły w zapomnienie, a starszych rzeczy powszechnego użytku nawet nie próbuje się naprawiać – po prostu się je wyrzuca. Wolność? Wolność to coś nieefektywnego, groźnego i przykrego, bo przecież wiąże się z ponoszeniem wszelkich konsekwencji swoich czynów. I po cóż się tak męczyć?

Bernard Marks odmawia przyjmowania narkotyku, a z czasem zaczyna odczuwać dumę z powodu przeciwstawiania się narzuconym normom. Marks (wśród postaci nazwiska Marks, Trocka czy imię Lenina nie są, rzecz jasna, przypadkowe) marzy o odwiedzeniu Rezerwatu ulokowanego w Nowym Meksyku, gdzie ludzie żyją jeszcze w sposób "tradycyjny" – obywają się bez somy i innych cywilizacyjnych dobrodziejstw, zakładają rodziny, posłują się zapomnianymi wszędzie indziej językami. Bernardowi udaje się odwiedzić Rezerwat, z którego wraca w towarzystwie dwóch osób – kobiety i jej syna, zwanego Dzikusem. W jaki sposób chłopak wychowany poza Republiką postrzegać będzie panujące w niej prawa? Czy Bernard i Dzikus mają jakiekolwiek szanse w walce z systemem?

Huxley nakreślił kompletny obraz miękkiego totalitaryzmu. To nie komunizm, ani nazizm, bo przecież państwo nie stosuje przemocy wobec obywateli, nie kieruje nim idea klasowej bądź rasowej nienawiści. Podobieństwo do czerwonego i brunatnego reżimu tkwi natomiast w  wysokim stopniu industrializacji – nazwisko Henry’ego Forda zastąpiło w Republice Boga. Uporządkowane społeczeństwo tworzą pozbawieni większości indywidualnych cech, odcięci od wszelkich uczuć wyższych, zadowoleni z siebie idioci. Ogólna wygoda jest wartością najważniejszą, nawet za cenę rezygnacji z wysiłku intelektualnego (o w pełni samodzielnym myśleniu nie ma mowy). Pod warstwą społecznego ładu kryje się człowiek sprowadzony do roli bezwolnego robota, konsumenta napędzającego gospodarkę. Ujednolicenie umacnia fizyczne podobieństwo klonów oraz serwowanie wszystkim tych samych, prostych rozrywek. I jak Wam się podoba taki świat?

Huxley siłą przekazu dorównuje Orwellowi; jego powieść daje do myślenia i chyba zawsze pozostanie aktualna. Krótko mówiąc: Nowy wspaniały świat to kolejny, bardzo cenny klasyk sf, który – tak jak 1984 – znalazł się na liście stu najważniejszych książek XX wieku dziennika Le Monde.

_________________________

AUTOR: Aldous Huxley

TYTUŁ: Nowy wspaniały świat

WYDAWNICTWO: Muza

MOJA OCENA: 5/6

sobota, 07 września 2013
Rzeźnik i poeta w jednym

Kim byli wikingowie? Wiadomo: żeglarzami podejmującymi dalekie wyprawy morskie, bezwzględnymi wojownikami i rabusiami siejącymi postrach w czasach wczesnego średniowiecza. W książce Łukasza Malinowskiego Skald. Karmiciel kruków głównym bohaterem jest właśnie wiking z Östlandu. I choć nie wypływa on na pokładzie drakkara, by daleko od domu zabijać, grabić, gwałcić i palić, to z pewnością posiada cechy, których nie powstydziliby się bogowie skandynawskiego panteonu. Panie i Panowie: poznajcie Ainara – utalentowanego pieśniarza i zabójczo skutecznego rębajłę.

W dwóch opowiadaniach i krótkiej powieści (teksty układają się w całość, więc pozycję równie dobrze można uznać za powieść) stopniowo poznajemy X-wieczną Skandynawię i tytułowego skalda. To właśnie od niego wypada rozpocząć recenzję, albowiem rzadko w debiutach zdarzają się aż tak starannie wykreowani protagoniści. Ainar to poeta jakich mało, gardzący fizyczną pracą zuchwalec, kłamca i pochlebca, pierwszorzędny uwodziciel i kochanek, a nade wszystko – dreng biegle operujący bronią. Właściwie czytając soczyste i krwiste niczym befsztyk po angielsku opisy walki niekiedy do głowy przychodzi słowo "rzeźnik". Stąd też przydomek "karmiciel kruków" – gdyby tylko czarne ptaszyska potrafiły mówić, z pewnością niejednokrotnie podziękowałyby skaldowi za sowity posiłek. Jeśli myślicie teraz, że oto mamy do czynienia z wikińskim odpowiednikiem Conana, Kane’a lub podobnym herosem, to srodze się mylicie. Ainar, choć twardy i odważny, zna swoje możliwości i nie rzuca się bezmyślnie na hordy przeciwników, a w wielu sytuacjach posługuje się sprytem i intelektem równie dobrze jak swoim mieczem, Kvernbitem.

Za garść srebrnych monet otwiera scenka, w której na placu osady, w miejscu gdzie jeszcze niedawno stała rzeźba boga Magniego*, kristiański (chrześcijański) munkr rozpoczyna nauczanie o grzechach głównych. A te nie są obce naszemu pogańskiemu bohaterowi – wiking grzeszy pychą, pijaństwem, rozpustą, lenistwem, gniewem i chciwością. Intryguje tak sprawnie, że doprowadza do konfliktu między lokalnymi władcami; wykorzystując ich słabości sięga po ukryty skarb. Droga ku niemu wiedzie przez zdradę, krew i trupy. Już na pierwszych stronach opowiadania pojawia się coś, co odpowiednio buduje klimat opowieści snutej przez Malinowskiego. Otóż autor (nota bene historyk dobrze wiedzący o czym pisze) używa niemałej ilości wyrazów staroskandynawskich i tak jest do końca książki. I chociaż znacznie więcej informacji o realiach wczesnośredniowiecznego życia znajdziemy w ostatnim, najobszerniejszym tekście, to Za garść srebrnych monet stanowi dobre wprowadzenie do interesującego świata. Dodam tylko, że jedyny akcent fantastyczny znajdziemy dopiero na samym końcu opowiadania.

Element fantastyczny stanowi natomiast podstawę Pieśni trupa – opowieści o miłości, zdradzie i zemście, śmierci i tęsknocie. Ainar po ucieczce z rodzinnych stron przebywa na Lodowej Wyspie (Islandia), gdzie szybko trafia się majętny zleceniodawca. W osiedlu Ospakstadir w tajemniczych okolicznościach giną ludzie oraz zwierzęta. Mówi się, że to sprawka drauga – żywego trupa, którego lękają się wszyscy. Jak poradzi sobie z nim dzielny skald? W Pieśni trupa zasygnalizowane zostało istnienie seidmadów – czarowników posługujących się magią płodności i śmierci oraz silna wiara mieszkańców Wyspy w istoty takie jak trolle, karły czy alfy. Można się domyślać, że najwyraźniej wszystkie one, tak jak draug, rzeczywiście istnieją.

Autor w pełni rozwija skrzydła w Wielości i Jedności. Tym razem Ainar gości w irlandzkim klasztorze, gdzie dochodzi do serii morderstw, których ofiarami padają mnisi. Tutejszy opat prosi wikinga o pomoc w rozwiązaniu krwawej zagadki. Brzmi znajomo? To dobrze, bo w Wielości i Jedności od pierwszych stron czuć inspirację słynną powieścią Umberto Eco. Malinowski w kapitalny sposób pokazuje kontrast pomiędzy mentalnością poganina-wojownika, a mentalnością chrześcijańską. Bohater przekomarza się z opatem, drwi z przekazywanych mu mądrości, nie rozumie, co jest złego w pokusach. Irytują go sami paparzy – tchórzliwi, pokorni, żyjący i robiący wszystko na rozkaz; nawet mierzenie czasu przez mnichów wydaje mu się dość dziwną praktyką. Nie raz dochodzi do zabawnych scenek, na przykład gdy skald dosłownie interpretuje słowa "kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem" – skutek można sobie wyobrazić. Łatwo też zgadnąć, że stosowane przez niego metody "śledcze" są znacznie mniej subtelne od metod Wilhelma z Imienia róży.

W tej krótkiej powieści poznajemy Ainara jeszcze lepiej i przekonujemy się jak niejednoznaczną postać wykreował autor. Nie tylko to powoduje, że nad Wielością wypada pochylić się na dłużej. Malinowski nie tylko nieźle prowadzi intrygę, ale – jak przystało na doktora historii – przybliża czytelnikowi klasztorne życie, obyczaje, średniowieczną architekturę oraz skandynawską mitologię. Ponadto wprowadza ciekawą drugoplanową postać Finloga – zakonnika coraz bardziej rozdartego pomiędzy powołaniem a młodzieńczymi potrzebami i marzeniami (świetna scenka kiedy Finlog walczy z libido przez wejście do lodowato zimnego jeziora). Wielość to, również z racji rozmiarów, tekst zdecydowanie najpełniejszy, najbardziej dopracowany. I jeszcze ostatnia uwaga: również tutaj autor dorzucił kilka szczypt fantastyki.

Dlaczego warto przeczytać Skalda? Po pierwsze: dla głównego bohatera, po drugie: z powodu wiedzy historycznej autora i po trzecie wreszcie: aby zobaczyć, jak kolejny polski pisarz sprawnie łączy powieść historyczną z fantasy. Debiut bardzo dobrze wróżący na przyszłość!

 

* W Skaldzie nie znajdziemy wzmianki o Odynie, Thorze czy Frei. Autor, na końcu książki przedstawia swoją wizję religii i mitów dawnej Skandynawii.

_____________________________________

AUTOR: Łukasz Malinowski

TYTUŁ: Skald. Karmiciel kruków

WYDAWNICTWO: Instytut Wydawniczy Erica

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 09 maja 2013
Proza fiksacyjna, czytelniczo fascynująca

Jeśli ciekawią Was inne ujęcia popularnych w science fiction tematów, a ponadto jesteście gotowi na solidną porcję futurystycznych dewiacji i obłędu oraz związane z tym oszołomienie, powinniście sięgnąć po Testimonium – wydaną w tym roku antologię Jana "Jahusza"* Maszczyszyna. Tylko uwaga! Autor wstępu, Marek Grzywacz nie bez przyczyny opatrzył zawartą w niej prozę mianem… fiksacyjnej.

Do lektury recenzji zapraszam na portal Poltergeist.

*Pod tym pseudonimem autor publikuje na portalu www.fantastyka.pl

______________________________________________

AUTOR: Jan Maszczyszyn

TYTUŁ: Testimonium

WYDAWNICTWO: Warszawska Firma Wydawnicza

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 04 kwietnia 2013
Rakietowa trójka

Po lekturze „Rakietowych szlaków 3” łatwo wskazać elementy świecące w tym zbiorze najjaśniej. Peleton tworzą teksty Zelaznego, Swanwicka, Huberatha, Simmonsa oraz – ze względu na profetyczny charakter – Varleya, a większość pozostałych znajduje się wyraźnie za czołówką. Nie zmienia to faktu, że trzeci tom solarisowej antologii jest wartościowy i dobrze spełnia założoną rolę – zaznajamianie czytelnika z klasyczną science fiction.

Catherine L. Moore wysyła kosmicznego awanturnika, Northwesta Smitha na marsjańską kolonię i konfrontuje go z istotą rodem z greckiej mitologii. Pomimo upływu dziesiątek lat od powstania, zahaczające o horror „Shambleau” broni się całkiem nieźle. Na inne planety zabierają nas także Robert Sheckley (pod pseudonimem Finn O’Donnevan) w „Bezgłośnym pistolecie” i Michael Swanwick w znacznie nowszym „Powolnym życiu”. U Sheckleya opanowywanie kosmosu przypomina podbój Dzikiego Zachodu, a cudowny wynalazek w postaci niby-doskonałej broni mija się z oczekiwaniami. Swanwick udowadnia, że wykorzystanie chyba najbardziej ogranego motywu sf – kontaktu z obcą cywilizacją nie stanowi przeszkody w tworzeniu ciekawego opowiadania; „Powolne życie” przyniosło mu Hugo w 2003 roku.

John Varley może się pochwalić aż trzema najważniejszymi nagrodami (Hugo, Nebula i Locus) za „Naciśnij Enter”. Wprawdzie dzisiaj historia o śmierci hakera przed komputerem, rozbudowanej sieci i sztucznej świadomości nie robi już wielkiego wrażenia, ale należy pamiętać, że Amerykanin pisał o tym jeszcze w erze przedinternetowej. Clifford D. Simak osiągnął to samo co Varley dzięki „Grocie tańczących jeleni”. Tu pewien archeolog odkrywa grotę z wielce intrygującymi, naskalnymi malunkami oraz prawdę o tajemniczym osobniku, który kręci się w pobliżu obozu naukowców. Z pewnością nie jest to tekst powalający, raczej bardzo przyzwoity. Podobnie zresztą rzecz ma się z „Krainą wielkich koni” Raphaela A. Lafferty’ego i „Przyspieszeniem” Michaela Bishopa. W pierwszym z wymienionych Cyganie odzyskują zabraną im ojczyznę; w drugim dochodzi do niewyjaśnionego przeniesienia ludzi z miejsc ich zamieszkania do losowych punktów na Ziemi – czy potrafilibyśmy dostosować się do (zupełnie) innych warunków życia?

Ze schematów fantastycznych nie po raz pierwszy wyłamała się Ursula Le Guin. „Dzień przed rewolucją” to spojrzenie na zrealizowane społeczeństwo anarchistyczne oczami starszej kobiety. Nie takiej zwyczajnej, bo otoczonej szacunkiem matki rewolucji. Autorka ujmuje tym, w jaki sposób pisze o starości i związanych z nią życiowych doświadczeniach (pomijam natomiast utopijność pokazanego obrazu). Zupełnie z innej beczki jest „Mały morderca” Raya Bradbury’ego. Pomysł „ulokowania” grozy w małym dziecku – istotce pozornie niewinnej wykorzystywano niejednokrotnie… Owszem. Tyle tylko, że „Mały morderca” powstał blisko siedemdziesiąt lat temu, czyli na długo przed nakręceniem „Omenu”. Miłą niespodzianką dla polskiego czytelnika będzie opowiadanie Alana D. Fostera, w którym Polska (będąca monarchią) gra pierwsze skrzypce w międzynarodowej polityce. „Polacy to ludzie łagodni” co prawda zapada w pamięć, ale tylko z uwagi na ukłon autora w kierunku naszego kraju.

Wielbicielom klimatów a’la „Madmax” zapewne spodoba się nowela Rogera Zelaznego. W „Alei Potępienia” prawdziwy twardziel, Czart Tanner wyrusza w długą podróż z Kalifornii z misją dostarczenia leków mieszkańcom dotkniętego epidemią Bostonu. Przed Czartem ogromne połacie terenów skażonych promieniowaniem i zagrożenia w postaci zmutowanych zwierząt oraz szalejących gangów. Jeszcze lepiej prezentuje się „Umrzeć w Bangkoku” Dana Simmonsa – dowód na wszechstronność tego pisarza. Simmons imponuje warsztatem i porusza tyleż ważne, co drażliwe tematy śmiertelnego żniwa AIDS i prostytucji (wiadomo, Tajlandia), a robi to w pełni wykorzystując fantastyczny sztafaż. No i wręcz z pornograficzną dosadnością. Oczko wyżej stawiam jedno ze sztandarowych opowiadań Marka S. Huberatha – „Karę większą”. Czy jest ktoś, kto nie zna tej przejmującej wizji piekła, przedstawionego jako obóz koncentracyjny? (aby w pełni docenić „Karę…” wcale nie trzeba zgadzać się ze zdaniem Huberatha na temat aborcji).

Na deser otrzymujemy drugi szkic Wojciecha Sedeńki o historii gatunku. I pięknie. Muszę się jednak do czegoś przyczepić. Skompletowanie wszystkich „Rakietowych szlaków” oznacza niemały wydatek. Jakoś nie widzę konieczności wydawania kolejnych części serii tylko w twardej oprawie…

________________________

TYTUŁ: Rakietowe szlaki 3

WYDAWNICTWO: Solaris

MOJA OCENA: 5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            



Spis moli