o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
piątek, 16 sierpnia 2013
Wszystko o wojownikach średniowiecznej Europy

Słowo "rycerz" budzi u współczesnego człowieka liczne skojarzenia. Na ogół są one pozytywne, bo przecież przymiotnik "rycerski" jest kojarzony z zestawem wielce pożądanych cech i postaw, takich jak odwaga, honor, waleczność, lojalność, ogłada czy dworność. Nie można jednak zapominać o tym, że kultura tej warstwy społecznej nierozerwalnie związana była z przemocą. Łatwo też przytoczyć przykłady z historii, kiedy to rycerskie czyny znacząco mijały się z górnolotnymi ideałami. Jacy byli więc szlachetnie urodzeni, których rola polegała na walce i ciągłym doskonaleniu się w sztuce wojennej? Odpowiedzi na to i wiele podobnych pytań znajdziemy w albumie Rycerze. Historia i legenda.

Książka pod redakcją Constance Brittain Bouchard przykuwa wzrok nie tylko rozmiarami, ale również twardą i wymowną okładką. W środku znajdziemy ponad czterysta reprodukcji dzieł sztuki, fotografii i rycin. Odpowiednio dobranym, w zdecydowanej większości kolorowym zdjęciom (największe zajmują jedną lub dwie strony) towarzyszy przejrzyście rozłożony tekst z klarownym podziałem na rozdziały i podrozdziały. W wybranych miejscach umieszczono wyraźnie wyodrębnione cytaty i "ściągi" – istotne informacje w niebieskich ramkach. Ponieważ wszystko to podano czytelnikowi na papierze najwyższej jakości, strona wizualna publikacji prezentuje się wybornie. Należy zaznaczyć, że długą listę autorów (siedemnaście nazwisk) tworzą sami fachowcy, głównie mediewiści ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Australii. Ostatnia z wymienionych osób, Robert Bubczyk to autor dodatkowego rozdziału poświęconemu polskiemu rycerstwu.

Na album składa się, poza obiecującym wstępem pani Bouchard, pięć części. Pierwsza jest wprowadzeniem, w którym poruszane są takie kwestie jak pochodzenie i ideały rycerzy oraz ich obecność w średniowiecznej sztuce; dwie strony poświęcono rumakom. W drugiej, najobszerniejszej części zatytułowanej "Życie rycerza" czeka na nas prawdziwe bogactwo różnorodnych informacji. Poza wszelkimi aspektami życia codziennego opisano w niej m.in. ceremonię pasowania wraz z jej symboliką, budowę, funkcje i znaczenie zamków, organizację i przebieg turniejów, heraldykę, powstawanie i funkcjonowanie zakonów krzyżowych. Najciekawsze podrozdziały dotyczą jednak zbroi (dowiemy się co oznaczają pojęcia aketon, tabard czy ladry), broni, a także działań wojennych. Starannie scharakteryzowano różne rodzaje oręża – od miecza i tarczy, poprzez broń drzewcową z osobnym opisem kopii, po topory i broń obuchową. Zaraz potem ponownie pojawia się temat wierzchowców, tym razem ze szczególnym uwzględnieniem przeznaczenia bojowego (konie określane jako charger). Konflikty w średniowieczu to zagadnienie rozległe. Tu autorzy skupili się na takich rzeczach jak taktyka bitewna, oblężenia, rozwój uzbrojenia i udział wojsk najemnych, podali też historyczne przykłady czynów heroicznych. Na osobną wzmiankę zasługuje podrozdział dotyczący podobnych do rycerzy, elitarnych wojowników z Azji, czyli samurajów, kszatrijów oraz yóu xiá (odpowiednio Japonia, Indie i Chiny).

Na początku części trzeciej – "Rycerze w historii" – przeczytamy o pojawieniu się szlachetnego stanu i epoce normańskiej (od słynnej bitwy pod Hastings do czasów króla Jana II). Dalej nie mogło zabraknąć tak ważnych tematów jak krucjaty i wojna stuletnia*. W tym miejscu wypada wspomnieć, że wiadomości na temat wojny stuletniej przedstawiono w sposób przekrojowy i bardzo przystępny. Osiem krucjat przeciw muzułmanom podzielono na wczesne (pierwsze trzy) i późne, osobno opisano rekonkwistę oraz krucjatę prowadzoną przeciw albigensom. Nie pominięto także schyłkowego okresu epoki odchodzącej wraz z pojawieniem się nowych technik walki (łucznicy, zorganizowana piechota z pikami, broń palna, artyleria). W części czwartej pod tytułem "Ideał rycerski w kulturze" omówiono takie zagadnienia jak rycerze w literaturze, kinie i telewizji. Warto zauważyć, że autorzy zahaczyli tu nawet o gry komputerowe, planszowe, RPG oraz wszelkiego rodzaju rekonstrukcje historyczne. Książkę zamykają wspominany już, krótki rozdział o początkach, rozwoju i zmierzchu rodzimego rycerstwa (jedynie w nim zdjęcia są czarno-białe), słowniczek najważniejszych pojęć oraz obszerna bibliografia.

Publikacja PWN stanowi apetyczny kąsek dla ludzi zainteresowanych historią średniowiecza. Na trzystu stronach zgromadzono uporządkowane i wartościowe informacje, a barwna zawartość cieszy oczy. Rycerze. Historia i legenda to znakomite kompendium, którego jedynym, zauważalnym mankamentem jest ilość literówek. Nominalna cena byłaby dużym kłopotem, gdyby nie fakt, że w taniej książce pozycja kosztuje nie więcej niż 42 zł. Polecam! 

 

* Wojna stuletnia była najważniejszym konfliktem późnego średniowiecza, który doprowadził do ukształtowania się angielskiej i francuskiej tożsamości narodowej.

_________________________________________

AUTOR: praca pod red. Constance Brittain Bouchard

TYTUŁ: Rycerze. Historia i legenda

WYDAWNICTWO: PWN

MOJA OCENA: 5/6

niedziela, 16 września 2012
Wrzesień oczami niemieckiego historyka

Wrzesień 1939 roku przyniósł nowy, jeszcze bardziej okrutny wymiar wojny. Preludium do niemieckiej agresji, a następnie jej przebieg relacjonowano setki razy. Wiadomo więc, co ów miesiąc oznaczał dla Polski oraz jakie były tego następstwa. Nadal jednak należy zagłębiać się w szczegóły i stawiać istotne pytania. Jak postrzegali siebie nawzajem Polacy i Niemcy w przededniu wybuchu wojny i wcześniej? Jakie znaczenie dla późniejszych relacji obu narodów miały wrześniowe wydarzenia? I wreszcie – czy tylko członkowie SS, organizacji uznanej później za zbrodniczą, odpowiadają za ekscesy i zbrodnie wojenne na ziemiach polskich? Doktor Jochen Böhler – ponoć jedyny, współczesny niemiecki historyk zajmujący się tą tematyką na szeroką skalę – w „Najeździe 1939” przybliża nam ówczesną, wrażą perspektywę. Po części, szczególnie na początku, opisuje rzeczy dobrze znane, ale dalej stawia już zdecydowane kroki – bierze na warsztat mit o „czystym Wehrmachcie”, by ostatecznie się z nim rozprawić.

Po przedmowie, w krótkim rozdziale „Tło historyczne” znajdujemy informacje o niemieckim upokorzeniu i traumie po I wojnie światowej, walkach o Śląsk i Wielkopolskę, pakcie o nieagresji z 1934 roku oraz kryzysie sudeckim, zakończonym haniebnym traktatem monachijskim. W tamtym okresie większość Niemców opowiadała się za remilitaryzacją, postrzeganą jako recepta na poradzenie sobie z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Za takowych uważano socjalistów, Żydów i Słowian, ze szczególnym uwzględnieniem polskich powstańców określanych mianem „insurgentów”. Powojenne granice traktowane były jako tymczasowe. Pewien niemiecki generał, na długo przed drugim, światowym konfliktem twierdził, że „istnienie Polski jest nie do zniesienia”.

Rozdział drugi – „Przygotowania do wojny” zaczyna się omówieniem kwestii Żydów, którzy znaleźli się w ciężkiej sytuacji, pomiędzy III Rzeszą a Rzeczpospolitą. Jesienią 1938 roku doszło do ochłodzenia stosunków między oboma państwami (rozmowy Ribbentropa z Lipskim), a wkrótce potem dyplomatyczna kurtuazja kompletnie straciła rację bytu. W sierpniu 1939 roku czuło się silne napięcie, szalała gazetowa propaganda, ze strony zachodniego sąsiada padały oskarżenia o to, że Polska zagraża europejskiemu pokojowi (sic!). I jedna, i druga strona już dawno rozkręciła działania wywiadowcze; organizowano składy broni, przygotowywano cywilów do wojny. Akcje dywersyjne i sabotażowe mniejszości niemieckiej na terenie naszego kraju narażały ją na działania odwetowe, co z kolei prowadziło do licznych, krwawych zemst podczas trwania kampanii wrześniowej. Ale największą zapowiedzią bezwzględnego zabijania było danie wolnej ręki ludziom z Einsatzgruppen – prawdziwym szwadronom śmierci.

Pierwszy dzień września to pierwsze akty terroru, chaos i dezorientacja. W najobszerniejszym rozdziale („Napaść”) czytamy o bezpardonowych atakach Luftwaffe wymierzonych w ludność cywilną (bombardowania pomimo braku celów wojskowych, ostrzeliwanie kolumn uciekających pieszych itp.). Represje wobec mniejszości niemieckiej stały się wodą na młyn Hitlera – w Bydgoszczy miała miejsce „krwawa niedziela”, bez sądu rozstrzeliwano mieszkańców wielu innych miast i miejscowości. W pierwszej kolejności ginąć mieli inteligenci, Żydzi, kombatanci, duchowni oraz szlachta. Niedoświadczenie i nerwowość żołnierzy Wehrmachtu wielokrotnie owocowały bezsensownymi strzelaninami, a w konsekwencji – śmiercią polskich obywateli, zupełnie niezaangażowanych w działania zbrojne. Strach przed partyzantami często dodatkowo podsycali dowódcy. Palenie wsi, mordowanie kobiet i dzieci, masowe egzekucje mężczyzn i brutalność mimo braku sił partyzanckich (te w formie zorganizowanej pojawiły się w następnych miesiącach) nie były pojedynczymi ekscesami! Na sumieniu żołnierzy Wehrmachtu ciążą jeszcze gwałty, grabieże, udział w prześladowaniach i masakrach ludności pochodzenia żydowskiego… Prawda jest taka, że we wrześniu 1939 roku tego rodzaju akty stanowiły powszechne zjawisko.

Ostatni rozdział to „Spojrzenie wybiegające w przyszłość”, a w nim między innymi o braku prawnego rozliczenia zbrodni i zmowie milczenia (mit budowany w okresie zimnej wojny o „dobrym Wehrmachcie”, jako przeciwwadze dla „złego SS” był dość wygodny), metamorfozie żołnierzy SS, którzy przenieśli swoje wrześniowe „doświadczenia” na front zachodni, polskich stratach wojennych i kłamstwie katyńskim. Naturalnie nie należy zapominać o niemieckich żołnierzach, którzy przeżywali „bunt sumienia” – w swych notatkach wyrażali zaszokowanie, a nawet wstyd za cały naród.

Trudno sobie wyobrazić, aby w książkach dotyczących początku II wojny światowej nie powtórzyć wiadomości podstawowych (polityka appeasementu, pakt Ribbentrop-Mołotow, przebieg kampanii wrześniowej, „dziwna wojna”). Tych nie zabrakło także i w „Najeździe 1939”, ale Böhler w największej mierze skupia się na brutalnych zachowaniach niemieckich wojsk. Poza tym historyk krótko, acz treściwie opisuje okres przedwojennego niepokoju, ukazuje punkt widzenia cywilów oraz konsekwencje września dla naszego społeczeństwa. Książka obfituje we fragmenty przemówień, dzienników, listów i notatek przy czym to relacje Niemców są w wyraźnej większości. Rzetelną wiedzę uzupełnia kilkadziesiąt czarno-białych zdjęć. W sumie „Najazd 1939” to wartościowa  i ważna, choć niezbyt obszerna, pozycja.

_______________________________________

AUTOR: Jochen Böhler

TYTUŁ: Najazd 1939. Niemcy przeciw Polsce

WYDAWNICTWO: Znak

MOJA OCENA: 4,5/6

środa, 29 lutego 2012
Wojna = zarobek i łupy

W serialu BBC „Medieval lives” Terry Jones z pasją i humorem opowiada o ludziach żyjących w średniowieczu, głównie na terenie Anglii. Jones – współtwórca grupy Monty Python – udowadnia, że nasze wyobrażenia o tamtym okresie są niejednokrotnie mylne lub niepełne i bynajmniej nie chodzi tylko o etos rycerski, mający najczęściej niewiele wspólnego z postępowaniem wysoko urodzonych zbrojnych. Utalentowany Brytyjczyk napisał także przedmowę do książki Williama Urbana pod tytułem „Średniowieczni najemnicy”. W tym krótkim preludium do monografii amerykańskiego historyka pada sformułowanie, iż czternastowieczne wojska najemne, które zalały Europę „traktowano jako katastrofę niemniej dotkliwą niż plaga Czarnej Śmierci”. W takim razie jak wielką rolę w ówczesnych konfliktach zbrojnych odgrywały psy wojny? Z jakich warstw społecznych wywodzili się ludzie, szukający zarobku i łupów tam, gdzie wybuchały konflikty? Kto i na jakich warunkach ich zatrudniał? Na ile byli potrzebni?

Stworzenie definicji średniowiecznego najemnika nie jest takie proste, gdyż ”jeśli chodzi o motywację, kalkulację i zachowanie, nie da się nakreślić precyzyjnej linii podziału pomiędzy najemnikami i szlachtą”. Mimo to każdy, na podstawie obejrzanych filmów i przeczytanych książek, mógłby przywołać wizerunek (mniej lub bardziej zbliżony do prawdy) takiego człowieka. Urban ukazuje szerszy kontekst i odwołuje się do literatury – sporo miejsca poświęca powieściom Marka Twaina („Książę i żebrak”, „Jankes na dworze króla Artura”, „Joanna d’Arc”) i Artura Conan Doyle’a („Biała Kompania”, która popularnością nie przebiła przygód Sherlocka Holmesa), wykorzystuje też fragmenty „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera oraz dzieł Szekspira. Wcześniej jednak porusza się po wczesnym średniowieczu, gdzie najważniejszym kwestią jest inwazja Normanów na Anglię i decydująca bitwa pod Hastings (1066). Tu Urban podkreśla – pomijane przez wielu – znaczenie oddziałów najemnych w utrzymaniu się Normanów przy władzy.

Po rozdziale o Italii w wiekach XII i XIII, autor pisze o „klasycznym” najemniku wieków średnich. Dowiadujemy się skąd wzięło się słowo mercenary i jak charakteryzują ową grupę zawodową inni historycy. Według jednego z nich ludzie ci to pobierający żołd bezpaństwowi specjaliści, „co eliminuje niemal wszystkich, którzy zajmowali się w życiu czymkolwiek poza plądrowaniem i grabieniem”. Wyżej wymieniony termin obejmuje nie tylko osoby niskiego pochodzenia, ale także możnych, a nawet duchownych. W związku z tym wizerunek „zaciężnego” mógł być różny: od bohatera, przedsiębiorcy, przestępcy i bufona, do śmiesznego, rozpustnego i pijanego prostaka, któremu nie powinno się nigdy ufać.

Oczywiście tego rodzaju książka nie mogła obyć się bez tematu wojny stuletniej. Pod tym pojęciem rozumiemy „szereg wojen, prowadzonych od roku 1339 do 1453, na wielu różnych płaszczyznach, które z rzadka łączyły się we wspólny konflikt”. Najemnicy stanowili jej nieodłączny element, od początku, do samego końca. Poza ważnymi i zapewne widowiskowymi bitwami pod Crécy, Poitiers czy Agincourt, zakończonymi spektakularnymi zwycięstwami Anglików, Urban omawia zagadnienie niezależnych jednostek, nazywanych routiers. Obecność Wolnych Kompanii, stanowiących cechę charakterystyczną francuskiego krajobrazu, oznaczała bandyctwo i łupiestwo w najczystszej postaci; dla mieszkańców kraju – czas pełen przemocy, chaosu oraz niepewności o własne życie. W związku z tym w monografii, obok imion królów i najsłynniejszych rycerzy (Bertrand du Guesclin), pojawiają się nazwiska budzących strach dowódców pokroju Roberta Knollysa – człowieka z gminu, który dorobił się kilku zamków w Bretanii. Pomysły wykorzystania  tych siejących spustoszenie armii (ich liczebność sięgała tysięcy ludzi) do walki w imię Pana podczas krucjat, spełzły na niczym.

„Krzyżowcy na wybrzeżach Bałtyku” i „Najemnicy państw bałtyckich późnego średniowiecza” to rozdziały, w których znajdziemy informacje m.in. o zakonie krzyżackim i wojnach prowadzonych z Polakami i Litwinami, rzecz jasna z opisem bitwy pod Grunwaldem. Z lat późniejszych zachowały się na przykład dokumenty zatrudnienia oddziałów najemnych przez wielkich mistrzów. Pozostałe rozdziały dotyczą okresu renesansu, wydarzeń na terenach dzisiejszych Włoch (rywalizacja państw-miast oraz papiestwa) i kondotierów ze słynnym Johnem Hawkwoodem na czele, Czarnej Gwardii i wojny duńskiego króla Hansa przeciw mieszkańcom niepodległej Dithmarschen oraz niezwykle znanej postaci – Niccolò Machiavellego. Zdaniem autora „Księcia” w kwestiach wojskowości władca powinien polegać na własnych obywatelach lub poddanych, nie zaś na wynajmowanych cudzoziemcach. Florentczyk miał po części rację, a z czasem armie najemne zostały wyparte przez narodowe, złożone z żołnierzy-obywateli.

Jak udowadnia historyk, siły najemne były przez stulecia złem koniecznym – „nikt ich nie lubił, ale korzystało z nich każde państwo”. W sytuacjach kryzysowych najemnicy stawali się niezbędni, by w okresie pokoju pozostawać bez zajęcia lub utworzyć dzikie, niekontrolowane bandy. Dziwna to profesja, w której przegrana często wiązała się ze śmiercią, zaś ostateczna wygrana – z bezrobociem. Dla wielu przedstawicieli plebsu wojenne rzemiosło dawało jednak szansę na utrzymanie, a niekiedy na bogactwo i elitarność.

Książka Williama Urbana, zaopatrzona we wkładkę ze zdjęciami, należy do pozycji solidnie opracowanych. Czy wyczerpuje podjęty temat? Takiemu historykowi-amatorowi jak ja ciężko to ocenić. Chwilami, przy nagromadzeniu większej ilości postaci historycznych, można się pogubić. Niewątpliwą zaletą są natomiast nawiązania do literatury oraz filmu i konfrontacja zawartych tam obrazów z rzeczywistymi. Trzeba też przyznać, że po lekturze rośnie chęć na ponowne obejrzenie czegoś związanego z wiekami średnimi, na przykład „Joanny d’Arc” Luca Bessona czy „Robin Hooda” (mam na myśli zarówno stary serial, jak i nowszy film Scotta).

W sumie – bez rewelacji, ale całkiem nieźle. Wystarczająco, aby poczytać z zainteresowaniem i przyjemnością.

Francuska piechota z czasów wojny stuletniej (1339-1453).

Bitwa pod Crécy (1346). Wojska angielskie Edwarda III rozgromiły zbyt pewnych siebie francuskich rycerzy. W wojskach Filipa VI znajdowało się około 6000 najemników genueńskich. Ci kosztowni, najlepsi w Europie kusznicy na niewiele się jednak zdali. 
„Deszcz spowodował rozmiękczenie cięciw kusz Genueńczyków, co obniżyło znacznie ich skuteczność. Dumni rycerze francuscy rozjechali [wycofujących się] Genueńczyków bezlitośnie; kusznicy ginęli od mieczy i pod końskimi kopytami. Był to ostatni łatwy cel dla Francuzów tego dnia. Gdy pierwsza linia rycerzy zbliżyła się do Anglików, na konie runął grad strzał.” – z rozdziału wojna stuletnia, część pierwsza.


Mila Jovovich jako Joanna d’Arc w filmie Luca Besson z 1999 roku.
„Żołnierze tak bardzo potrzebowali przywódcy duchowego, że zgodzili się pójść za prostą wieśniaczką, która nakazała im pozbyć się obozowych dziewek, zarzucić przeklinanie, bezustannie się modlić i śpiewać hymny podczas marszu. Ku niemal powszechnemu zdumieniu żołnierze przyjęli te warunki.” –  z rozdziału wojna stuletnia, część druga.


Bitwa pod Hemmingstedt (rok 1500) – wolne chłopstwo powiatu Dithmarschen dało solidnego łupnia wojskom duńskiego króla Hansa. Po stronie króla walczyła także najemna armia – Czarna Gwardia pod wodzą Thomasa Slentza (zginął w bitwie).
„Następnego dnia, gdy policzono zabitych i podzielono łupy pomiędzy zwycięzców, wszyscy byli pod wrażeniem dysproporcji sił obu stron. Zginęło ponad 4000 żołnierzy duńskich. Co ciekawe, tylko około 800 z nich należał odo Czarnej Gwardii. Dlaczego? Po pierwsze, nie wszyscy żołnierze Slentza dotarli na pole bitwy. Po drugie, podczas odwrotu utrzymali dyscyplinę. Przeciwnicy woleli oczywiście zabijać przerażonych i rozproszonych członków straży obywatelskiej i arystokratów, którzy uciekali pojedynczo lub w małych grupach. Dlaczego mieliby atakować zdeterminowane oddziały zawodowych żołnierzy, którzy i tak  wycofywali się z pola bitwy?” – z rozdziału Czarna Gwardia.

John Hawkwood (1323-1394) – słynny angielski najemnik. Zanim trafił na tereny Włoch i zyskał tam sławę, walczył pod Crécy i Poitiers (1356). W uznaniu zasług Florentczycy wyprawili mu wspaniały pogrzeb i ufundowali fresk.
„Hawkwood był człowiekiem niezwykłym. […] Niezwykła siła fizyczna i inteligencja pozwoliły mu szybko piąć się po szczeblach kariery; umiał też uczynić doskonały użytek zarówno ze zdrowego rozsądku, jak i intuicji, która podpowiadała mu, czego chcą, a czego się obawiają zarówno podlegli mu żołnierze, jak i jego zleceniodawcy.” – z rozdziału renesans.


Terry Jones (autor wstępu do książki) jest prezenterem w serialu BBC „Medieval lives”. Ten były członek grupy Monty Python w niepowtarzalny sposób łączy przekazywaną wiedzę ze sporą dawką humoru. W każdym z ośmiu odcinków poznajemy życie ludzi – od chłopa, poprzez banitę i minstrela, na królu skończywszy. W odcinku o rycerzu Jones opowiada także o najemnikach i Hawkwoodzie.  

________________________________

AUTOR: William Urban

TYTUŁ: Średniowieczni najemnicy

WYDAWNICTWO: Bellona

MOJA OCENA: 4,5/6

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Historyczna antologia

„Dopóki Rosji nie pokaże się żelaznej pięści i nie przemówi do niej twardym językiem, szykuje się następna wojna.” – Harry S. Truman, styczeń 1946 roku.

Co prawda rok 1945 przyniósł światu zakończenie wojny i upragniony pokój, ale już w roku następnym zaczął się konflikt o charakterze globalnym, w którym naprzeciw siebie stanęły dwa, wcześniej zjednoczone wspólnym celem, mocarstwa. Alians ZSRR i Stanów Zjednoczonych miał rację bytu tylko do momentu pokonania faszystowskich Niemiec i Japonii. Przy skrajnie różnych systemach państwowych i światopoglądowo-ideologicznych oraz niepohamowanym apetycie Stalina na poszerzanie stref wpływów, prędzej czy później musiało dojść do tarć, a z czasem do otwartej rywalizacji na arenie międzynarodowej. Wkrótce kontynent europejski przedzieliła żelazna kurtyna, która niemal na pół wieku przekreśliła niezależność państw bloku wschodniego. Jak wiemy, zimna wojna – trwająca do 1991 roku, kiedy to przestał istnieć Związek Sowiecki – nie skończyła się nigdy bezpośrednią konfrontacją, ale spowodowała lokalne konflikty (Korea, Wietnam) oraz sytuacje kryzysowe (1962, 1983), w czasie których niewiele brakowało do odpalania pocisków nuklearnych. Jej nieodłączną częścią była walka wywiadów, a także mobilizacja milionów ludzi i zaangażowanie potencjału gospodarczego z obydwu stron. Zimną wojnę można więc rozpatrywać z wielu punktów widzenia – gospodarczego, społecznego, politycznego, przy czym aspekty te są ze sobą powiązane. W tym starciu gigantów na pierwszy plan wysuwa się jednak płaszczyzna militarna.

Książka „Zimna wojna” jest historyczną antologią. Robert Cowley zebrał w niej dwadzieścia siedem artykułów, poprzedzonych krótkimi wprowadzeniami, tworząc swoisty przekrój przez prawie pół wieku historii. Wśród autorów, poza historykami, znaleźli się politolodzy, byli żołnierze (E.B. Sledge), a nawet pracownik CIA, który na emeryturze zajął się pisaniem powieści szpiegowskich. Cowley podzielił książkę na pięć, ułożonych chronologicznie, rozdziałów.

W „pierwszych potyczkach” czytamy o zdecydowanej postawie Trumana w obliczu radzieckich roszczeń wobec Turcji, grach szpiegowskich w Austrii, walkach nacjonalistów z komunistami w Chinach i dramatycznej ucieczce brytyjskiej fregaty z tego kraju. Sprawę zorganizowania mostu powietrznego dla zachodnich sektorów Berlina („kość niezgody” pomiędzy aliantami) opisuje amerykański profesor, znawca współczesnych dziejów Niemiec; jest to chyba najważniejszy i najbardziej interesujący artykuł w tej części książki.

Rozdział drugi zatytułowany „operacja policyjna” w całości dotyczy wojny w Korei. Nieco już zapomniany i „niedoceniany” konflikt pokazany został z różnych perspektyw. Poza opisaniem jego początku i kończącego walki rozejmu, dzielącego półwysep koreański na dwa państwa, czytelnik znajdzie tu informacje o zmiennych kolejach działań militarnych. W osobnym tekście zapoznajemy się z przebiegiem walk w powietrzu, gdzie nowoczesne wówczas technologie, w postaci samolotów odrzutowych, stykały się ze starymi. Podczas gdy na ziemi prowadzono działania rodem z II wojny światowej, w przestworzach rodziła się nowa era. Najwięcej miejsca zajmuje opis sporu dwóch silnych osobowości – prezydenta Trumana z Douglasem MacArthurem, zakończonego dymisją generała. Ta wywołała szok i oburzenie nie tylko republikańskiej opozycji, ale również sporej części społeczeństwa. Inna publikacja przedstawia sylwetkę „człowieka, który ocalił Koreę”, nietuzinkowego dowódcy słynnej 82. Dywizji Powietrzno-Desantowej, generała Ridgwaya. Ciekawy jest również temat więźniów północnokoreańskich oraz chińskich w amerykańskich obozach, gdzie dochodziło do sterowanych z zewnątrz buntów, choć duża część osadzonych odmawiała powrotu do swych komunistycznych ojczyzn. Biorąc pod uwagę przedstawione w tym rozdziale fakty, straty i nakłady pieniężne po obu stronach, słowa Trumana o „operacji policyjnej” okazały się całkowicie nietrafione.

Konsekwencją wojny koreańskiej było scementowanie przeciwstawnych obozów oraz pojawienie się strachu przed atakiem jądrowym przy jednoczesnym, ciągłym postępie w przemyśle zbrojeniowym. Czasy „dojrzałej” fazy zimnej wojny przybliża nam rozdział trzeci. A w nim obok wiadomości o lotach szpiegowskich, kryzysie kubańskim (było blisko naciskania czerwonych guziczków), podsłuchiwaniu Rosjan w Berlinie (kto kogo wykołował – tak do końca nie wiadomo), także świetny artykuł o grach wojennych, czyli rozgrywaniu hipotetycznych scenariuszy i odpowiadaniu na pytania z cyklu „co by było gdyby…”. Co ciekawe, Kriegsspiel rozgrywano na wielkiej szachownicy już w 1797 roku, a pomysłodawcą był – jak sama nazwa wskazuje – pewien niemiecki taktyk. Ponadto jeden z autorów przedstawia sylwetkę generała Curtisa LeMaya, która posłużyła za pierwowzór do wykreowania dwóch postaci amerykańskich dowódców w filmie „Doktor Strangelove”: Bucka Turgidsona i Jacka D. Rippera. Obaj filmowi generałowie są karykaturalni, skrajnie prawicowi i aż palą się do unicestwienia Rosjan za pomocą broni atomowej. Autor pokazał LeMaya z nieco innej strony.

Rozdział czwarty, najobszerniejszy, to wojna w Wietnamie w pełnej krasie: od klęsk wojsk francuskich spowodowanych w dużej mierze niedocenieniem przeciwnika, poprzez interwencję amerykańską i naloty bożonarodzeniowe roku 1972, aż po pokój podpisany rok po nich. W sposób intrygujący ukazano problem żołnierzy uznanych za MIA (zaginionych w akcji) oraz realia w więzieniach wietnamskich. Równie ciekawie prezentuje się wywiad z głównodowodzącym siłami amerykańskimi, przeprowadzony w roku 1988 przez byłą korespondentkę prasową w Wietnamie.

Książkę zamyka rozdział piąty z opisem wyścigu zbrojeń i chwilami wręcz technicznymi informacjami o pociskach balistycznych, panice roku 1983 (znowu było gorąco) oraz planach ataku państw Układu Warszawskiego na Europę Zachodnią – najwyraźniej Sowieci zakładali coś w rodzaju nuklearnego Blitzkriegu i to jest najbardziej przerażające.

Dzięki „Zimnej wojnie” po raz pierwszy spotkałem się z antologią historyczną; po jej przeczytaniu mam jak najbardziej pozytywne odczucia. Ilość zgromadzonych faktów, dat i nazwisk nie przytłacza i nie będzie stanowić problemu dla zaprawionych w bojach czytelników. Spora różnorodność tematów, różna długość tekstów i przede wszystkim kompetentni autorzy zapewniają urozmaicenie, a ilość stron (prawie 500), wraz z niemałym formatem, gwarantuje dłuższą lekturę. „Zimna wojna” to rzeczowy, przemyślany i – co najważniejsze – interesujący zbiór artykułów, które naświetlają wszystkie istotne zagadnienia związane z rywalizacją powojennych mocarstw. Miłośnicy historii XX wieku powinni być usatysfakcjonowani, bo w książce czeka na nich wiele smakowitych kąsków.

________________________________

AUTOR: pod red. Roberta Cowleya

TYTUŁ: Zimna wojna

WYDAWNICTWO: Świat książki

MOJA OCENA: 5/6

piątek, 17 czerwca 2011
Polska – zdradzony sojusznik

„W dniu zwycięstwa Polska, jako pierwszy kraj, który przeciwstawił się Trzeciej Rzeszy, będzie kroczyć na czele parady zwycięstwa” Hugh Dalton, brytyjski minister wojny gospodarczej, w przemówieniu do polskich żołnierzy, grudzień 1940 r.

Książkę Jonathana Walkera otwierają mapy okupowanej Polski, tras lotów z aliancką pomocą, obozów w Auschwitz, Warszawy w dniu 5 sierpnia 1944 oraz radzieckich natarć w lecie tegoż roku. Pomijając wstęp i zakończenie, historyk podzielił „Polskę osamotnioną” na dziesięć rozdziałów. Czytamy w nich między innymi o zaangażowaniu Polaków w walkę z hitlerowcami z jednej i niedotrzymywaniu zobowiązań z drugiej, brytyjskiej strony. Temat znany u nas, wielokrotnie przerabiany na lekcjach historii. Jeśli chodzi o najważniejsze jego wątki to rodzimy czytelnik zapewne nie dowie się niczego, o czym by wcześniej nie czytał lub nie słyszał. Podobnie jest z faktami dotyczącymi holocaustu, czy bezwzględności wojny ojczyźnianej i polityki Stalina. Pozostaje zagłębić się w bardziej szczegółowe informacje, na przykład o próbach zorganizowania większej ilości zrzutów dla powstania warszawskiego czy chęci zaangażowania do walk w stolicy polskich spadochroniarzy, „zmarnowanych” później w operacji Market Garden”.

Rzecz jasna, utworzenie sprawnie działającego mostu powietrznego (szczególnie przed kampanią włoską) z pomocą dla AK napotykało problemy techniczne, nie bez znaczenia były też straty wśród załóg i samolotów. Nie zmienia to jednak faktu, iż ważną rolę odegrała tu brytyjska zachowawczość i biurokracja. Polska miała też wiernych przyjaciół, na przykład wśród ludzi z SOE; niektórzy z nich odczuwali nawet zniesmaczenie postawą swojego rządu wobec sprawy polskiej. Koniec końców nasz kraj otrzymywał zdecydowanie mniejszą pomoc w postaci zrzutów niż Jugosławia czy Grecja; we wrześniu 1944 roku dysproporcje były ogromne.

Podczas lektury tego rodzaju książek zawsze ciężko pozbyć się myśli, że to Stalin, dysponujący konkretnymi argumentami siłowymi, był w Wielkiej Trójce tym najzdrowszym fizycznie i najsprawniejszym intelektualnie. To na plecach czerwonoarmistów spoczywał ciężar lądowych walk z Niemcami, a wysiłek wojenny oznaczał ofiarę krwi i mięsa idącą w miliony, na którą nie stać było zachodnich aliantów. Dlatego do ZSRR trafiły tak duże ilości broni oraz sprzętu w ramach lend-lease i dlatego robiono chyba wszystko, aby nie urazić i nie drażnić późniejszego „słoneczka narodów”. W takiej sytuacji sprawy Katynia czy przyszłych granic Polski zaczęły być uciążliwe i niewygodne również dla Zachodu. Co więcej, Związek Radziecki i jego przywódcę, nazywanego dobrotliwie „wujkiem Joe”, należało przedstawiać w takim świetle, aby opinia publiczna państw demokratycznych mogła przełknąć dziwny alians.

Brak konkretnej reakcji na hitlerowską napaść, dalsze, kiepskie wywiązywanie się z sojuszniczych obietnic administracji Churchilla oraz poświęcenie Polski dla dobrych relacji z Sowietami, przy kompletnym niezrozumieniu tego, czym był i jak funkcjonował stalinowski system, pozostają głównymi grzechami Brytyjczyków. Do tego doliczyć należy zwodzenie Polaków i późne przyznanie AK statusu kombatanckiego (wcześniej miała go francuska armia podziemna). Wniosek, że Wielka Brytania mogła zrobić dla sprawy polskiej o wiele więcej, nasuwa się sam. Ale my to wszystko wiemy. Tak jak znamy wkład Polaków w wojnę i to nie tylko ten bezpośredni, ale również wywiadowczy (rozpracowanie Enigmy, imponująca ilość cennych raportów, które trafiły do Churchilla). Pozostaje pytanie: co na te tematy wie dorosły, statystycznie przeciętny obywatel UK lub Francji? I czy w ogóle chciałby się nimi zainteresować?

Historyk skorzystał z różnych źródeł, w tym niepublikowanych oraz relacji osobistych. W bibliografii znalazły się książki Normana Daviesa, na czele z „Bożym igrzyskiem” i „Powstaniem’44”. Od obu pozycji „Polska osamotniona” jest jednak znacznie cieńsza. Czyta się ją nieźle, choć nieco lepsze wrażenie robi na przykład „Sprawa honoru” –  historia Dywizjonu 303, błyskotliwie przedstawiona przez amerykańskie małżeństwo, gdzie poruszono też kwestię zdradzenia wiernego sojusznika przez aliantów.

Walker dobrze uzasadnił tytuł swojej publikacji, choć o udziale polskich żołnierzy na różnych frontach napisał niewiele (nie ma nic o Monte Cassino). Dobrze jednak, że takie książki powstają, bo pochodzenie autorów daje potencjalne szanse na większy obiektywizm i dystans. No a oprócz tego, z tekstu wyłania się szacunek dla ofiary naszych rodaków.

___________________________

AUTOR: Jonathan Walker

TYTUŁ: Polska osamotniona

WYDAWNICTWO: Znak

MOJA OCENA: 4,5/6

niedziela, 13 marca 2011
Płynnie i ze znawstwem o życiu w wiekach średnich

Średniowiecze, mieszczące w sobie całe tysiąclecie dziejów ludzkości, fascynuje. Wiadomo, co kojarzy nam się w pierwszej kolejności z wiekami średnimi w naszym kręgu kulturowym: dominacja kościoła, podporządkowanie życia Bogu, ścisły podział na stany i tym samym z góry narzucone role społeczne, feudalizm, monarchie, rycerze, wojny i wyprawy krzyżowe, styl romański i gotycki, herezje, inkwizycja i płonące stosy. Sporo wiemy o dwóch stanach: o tych, którzy się modlą i o tych, którzy walczą, ale co ze zdecydowaną większością ówczesnych mieszkańców Europy Zachodniej, czyli prostym ludem? Jak wyglądało życie kogoś, kto nie należał do uprzywilejowanych stanów duchownego i rycerskiego? Z jakimi problemami borykał się na co dzień, co było jego zmartwieniem? Jak postrzegał otaczający go świat? Na te pytania stara się odpowiedzieć profesor Sorbony - Robert Fossier, autor monografii „Ludzie średniowiecza”.

Książka składa się z dwóch części: „człowiek i świat” oraz „człowiek sam w sobie”. Na początku dowiadujemy się między innymi o stosunku społeczeństw do osób z ułomnościami psychicznymi i fizycznymi (czyjeś kalectwo lub brzydota to efekt boskiej woli), dążeniu do zbawienia, niskim -z naszej perspektywy- stopniu rozwoju medycyny, chorobach i epidemiach, na czele z  najbardziej tragiczną w połowie XIV wieku. Dalej Fossier opisuje kolejne etapy życia człowieka średniowiecznego – od przyjścia na świat po starość i śmierć. Nie pomijane są tematy związane z kuchnią i strukturą diety oraz ubiorami, bo wprawdzie „nie szata zdobi człowieka…”, ale jednak nawet wtedy obowiązywała zasada „jak cię widzą, tak cię piszą”. Podobnie jak w przypadku wyżywienia, autor przedstawia czytelnikowi sporo szczegółów dotyczących stroju – czytamy o guzikach zastępujących klamry i agrafki, pasach, spodniach, koszulach, wszelakich ozdobach i dodatkach oraz nakryciach głowy. Wśród tych ostatnich spore znaczenie miały kobiece chusty, kapelusze i czepki, gdyż niewiasta prezentująca poza domem włosy rozpuszczone była utożsamiana z przedstawicielką najstarszej profesji świata.

W części pierwszej znajdziemy również informacje o postrzeganiu i miejscu płci pięknej (czyli przy dzieciach, przy źródle, w pralni, młynie, na cmentarzu), relacjach męsko-damskich, roli małżeństwa oraz więzach rodzinnych. Oczywiście człowiek tamtych czasów, a już szczególnie należący do trzeciej warstwy społecznej większość czasu musiał przeznaczyć na  pracę („kto nie pracuje, nie je”), więc temu zagadnieniu historyk również poświęca miejsce w książce. Człowiek średniowiecza był bardziej niż my uzależniony od kaprysów natury (ale wbrew pozorom tylko trochę bardziej) i jej zasobów oraz od udomowionych zwierząt. Dlatego też Fossier nazywa omawiany okres epoką skóry i żelaza, ale także drewna i wełny.

W części drugiej czytamy o osiedlaniu się, życiu w grupie i wszystkim, co jest z tym związane. Znajdziemy tu także zagadnienia znane z innych publikacji czy podręczników jak władza świecka i religijna, porządek społeczny, wiedza i twórczość. Język, którego używa Fossier jest jednak dużo bardziej atrakcyjny i plastyczny od podręcznikowego, a spojrzenie na życie w wiekach średnich świeże i niepowierzchowne. I chociaż nasze życie zostało zrewolucjonizowane przez zdobycze cywilizacyjne, to kłopoty i codzienne sprawy „maluczkich” pozostały (prawie) takie same od wielu setek lat – praca, pieniądze,kwestie związane z jedzeniem, domem, przemocą i miłością… Wszak według Fossiera „Ludzie Średniowiecza” to my!

W swojej monografii sorboński profesor, posługując się przykładami głównie z północnej Francji, przekazuje wiedzę w sposób płynny i -jak napisano na okładce- z polotem, dzięki czemu lektura należy do bardzo przyjemnych. Trzeba zaznaczyć, iż Fossier w większości przypadków nie rozwija wątków wykraczających poza obszar nakreślony we wstępie, czyli tematu szarego człowieka i jego codzienności. Po drodze obala fałszywe wyobrażenia i pomniejsze mity o opisywanej epoce. Wyraźnie zaznacza też dziedziny, w których nie czuje się dość kompetentny, aby napisać o nich w sposób wyczerpujący. Rzecz jasna trudno opowiadać o wiekach średnich bez wspominania o ich nieodzownych elementach i cechach charakterystycznych, mam jednak wrażenie, że autorowi udało się stworzyć coś oryginalnego na tle innych książek historycznych. Właściwie jedyną rzeczą, do której mogę się przyczepić jest brak wkładki lub wkładek z ilustracjami, bo nieobecność bibliografii zupełnie mi nie przeszkadza.

Monografię docenią zapewne nie tylko zagorzali miłośnicy średniowiecza, ale także czytelnicy lubiący od czasu do czasu przeczytać coś związanego z historią. Zainteresowani całością lub fragmentami powinni być także fani systemów RPG pokroju Warhammera, zarówno gracze, jak i mistrzowie gry, gdyż w książce znajdą szereg informacji dających się wykorzystać na sesjach. Zachęcam do lektury!

Zgodnie ze świecką tradycją tego bloga garść ilustracji:

„[…] człowiek był istotą, którą zapragnął Byt Najwyższy, jako ukoronowanie dzieła stworzenia świata na Swoje podobieństwo. Niedługo potem pojawiła się kobieta jako rodzaj korekty do tego, co miało być perfekcyjne. W takim ujęciu pochodzenie człowieka nie stanowi problemu, zaś to, co widzi się w nim nieprzyjemnego, może być tylko karą boską za jakiś grzech pierworodny. Wszystko jasne!” – z wprowadzenia do części pierwszej, „człowiek i świat”.


„Na skutek złej obserwacji choroby i bezsilności profilaktyki epidemia w latach 1348-1351 zabrała ok. 30 procent ludności Zachodu.[…] historyka uderza ekstremalna dysproporcja szkód w różnych regionach. […] Gdzieniegdzie choroba nie była znana, a ponieważ żadne środki zaradcze nie mogły wchodzić w grę, szukano powodów lokalnych, takich jak izolacja z powodu braku dróg, mała koncentracja miast, ale wiele jest przykładów tym tezom przeczących. Dziś mamy raczej tendencję do stwierdzenia, że człowiek musi posiadać specyficzne dla siebie cechy uodparniające.” – o czarnej śmierci.


„[...] ojciec zajmuje się kierowaniem duszą dziecka, tłumaczeniem mu czym jest auctoritas, zwłaszcza Najwyższego; matka zaś ma czuwać nad zdrowiem ciała i pokarmem dla umysłu młodego człowieka.” – o dziecku w gronie najbliższych.

„Wiele przykładów, i w każdym czasie, świadczy o tym, że francuskie przysłowie ”brat to przyjaciel dany przez naturę” jest raczej pobożnym życzeniem. Tymczasem wieki średnie wydają się pod nim podpisywać. Najstarsi z rodzeństwa obydwu płci mają bezdyskusyjny wpływ na młodszych, w szczególności na dziewczęta.” – o dziecku w gronie najbliższych.

„Chleb lub raczej różne rodzaje mąki stanowią podstawę żywieniową. Bułki, bułeczki, bagietki, chleb, placki, podpłomyki jedzone z zupami, także mlecznymi, kaszą lub ragout, jednym słowem chleb jest królem.” – ciało, które musi się żywić.


„Mięso należy do rzadkości, pomimo tradycyjnych i fałszywych obrazów średniowiecznych stołów uginających się pod ciężarem pieczonych dzików i olbrzymich szynek. Oczywiście je się go trochę – ugotowanego w rosole lub solonego, rozdrobnionego w zupie lub, co rzadsze, upieczonego. Nie! Panowie nie jedzą tylko dziczyzny, mieszczanie wołowiny, chłopi wieprzowiny, a studenci baraniny.” – ciało, które musi się żywić.

„Myślistwo jest filarem społeczeństwa, a literatura tamtych czasów ugina się od ministeriów, powieści, wierszy, kronik, podręczników, procesów, w których zajmuje ono pierwsze miejsce. Do tego swój wkład dorzuca malarstwo oraz archeologia, w ten sposób wiemy nieomal więcej o polowaniach niż o handlu. Była to prawdziwa namiętność arystokracji, ale i wszystkich innych, której motywy nie zmieniały się na przestrzeni tysiąca lat.”
zabijanie jest właściwością człowieka.

____________________________

AUTOR: Robert Fossier

TYTUŁ: Ludzie średniowiecza

WYDAWNICTWO: WAM

MOJA OCENA: 5,5/6

niedziela, 30 stycznia 2011
Rozkaz: likwidacja

Jest rok 1942. Bardzo młody, bo zaledwie 16-letni chłopak wstępuje w szeregi AK i zaczyna od przenoszenia meldunków. Wkrótce dowiaduje się, że jego kolega Jurek regularnie spotyka się z gestapowcami. Chłopak zgłasza się na ochotnika do zgładzenia donosiciela, po dłuższej dyskusji przekonuje przełożonego i dostaje pierwsze zlecenie likwidacji. Pod pozorem polowania na sarny zwabia Jurka do lasu, gdzie zabija go bez skrupułów i bez uprzedniego przeczytania wyroku - w taki oto sposób zaczyna „karierę” egzekutora. Początek powieści historycznej z AK-owskim bohaterem? Nie, to wspomnienia autora książki, Stefana Dąmbskiego (pseudonim konspiracyjny „Żbik I”), które spisywał w ciągu kilkunastu ostatnich lat życia na emigracji w USA. Chory na raka Dąmbski popełnił samobójstwo w 1993 roku.

Jak pisze we wstępnie wydawca, autor nie miał zamiaru budować sobie pomnika. Wręcz przeciwnie, żył z poczuciem winy (co potwierdza rodzina), więc opis wydarzeń, w których brał bezpośredni udział stał się rodzajem spowiedzi. Skoro polskie podziemie wydawało wyroki na hitlerowców, konfidentów i zdrajców, ktoś musiał je wykonywać, naciskać na spust, a potem borykać się z wątpliwościami i wyrzutami sumienia. Mimo opanowania, a z czasem fachowości wykonywanych zleceń o niektórych akcjach ciężko było zapomnieć, bo przecież czasami trzeba było kropnąć kobietę czy dawnego kumpla. Co czuli egzekutorzy zabijając? Czy mogli całkowicie wyzbyć się ludzkich odczuć i emocji, nawet jeśli robili to w ramach walki ze znienawidzonym i bezlitosnym okupantem? Pomimo tego, że nastoletniemu partyzantowi można zarzucić sadyzm (co robią autorzy listów do redakcji, zamieszczonych na końcu, ponadto imputują mu pisanie nieprawdy), książka świadczy o tym, że jednak nie jest to możliwe.

Wychowany w tradycji patriotycznej, młodziutki Dąmbski ślepo wykonywał rozkazy, nie dbał o swoje życie, więc tym bardziej nie obchodziło go cudze. Zakwaterowanie i wyżywienie zapewniało dowództwo, więc chłopcy z dywersji nie musieli myśleć o szkole, rodzinie, przyszłości, no i przede wszystkim czuli się potrzebni… Silnych emocji i adrenaliny nigdy nie brakowało. W tej pracy trzeba było wykazać się znajomością broni, zdecydowaniem, zimną krwią i kondycją fizyczną, a autor spełniał wszystkie wymagania.  Podczas akcji likwidacyjnych zawsze istniało ryzyko skrzywdzenia bądź zabicia osób postronnych. W „Egzekutorze” trzykrotnie czytamy o takich sytuacjach. W pierwszym przypadku śmierć poniosła siostra pewnego konfidenta; w drugim kule, poza winnym, dosięgły także 10-letnią dziewczynkę i jej rodziców, w trzecim wreszcie - zginął ojciec broniący córki przed karą ogolenia głowy. Tak zwane „babskie roboty” wiązały się z rozliczaniem panienek za bliższe kontakty z Niemcami i polegały właśnie na pozbawianiu ich włosów (czyli w sumie jednego z kobiecych atrybutów) oraz solidnym laniu „na gołą pupę”. Takie kobiety, znające wszystkich ludzi we wsi mogły przekazywać wrogowi informacje, choć nie można było tego udowodnić.

Po pierwszym, przyjaznym kontakcie z oddziałami armii czerwonej na Rzeszowszczyźnie AK-owców czekała oczywiście bardzo niemiła niespodzianka: podczas wyjazdu do walczącej Warszawy zostali przechwyceni i rozbrojeni przez Sowietów. Dąmbski trafił na przesłuchanie prowadzone przez majora NKWD (radziecki „standard” z biciem i podpuszczaniem aresztowanego), a następnie do oddziałów armii generała Berlinga. Z jednostki uciekł jeepem, by powrócić do partyzantki.

Grupy uderzeniowe, przeważnie kilkuosobowe zostały użyte również do działań odwetowych na Ukraińcach za masowe mordy (właściwie słowo „rzezie” jest odpowiedniejsze) na ludności polskiej na wsiach. UPA nie dawało pardonu nikomu, nawet noworodkom. Towarzysz z grupy Dąmbskiego, lwowski nożownik o pseudonimie „Twardy”, któremu Ukraińcy zabili całą rodzinę, nie ustępował im w okrucieństwie. Pewna młoda dziewczyna tylko z uwagi na narodowość została przez niego zgwałcona, brutalnie podbita i naga wypędzona na śnieg. Nie było litości, wszystko odbywało się na zasadzie przemoc za przemoc, wet za wet…

Autor brał też udział w likwidacjach milicjantów i przedstawicieli nowych, komunistycznych  władz. Po zamachu na dwóch dygnitarzy partyjnych, rozpoznany Dąmbski został zaocznie skazany na karę śmierci i musiał uciekać na zachód. Na tym historia dywersanta się kończy.

Przed publikacją zapiski autora zostały zredagowane i nieco skrócone. Złożony z dziewięciu krótkich rozdziałów „Egzekutor” ma niewielką objętość, stanowi więc lekturę na jedno popołudnie lub wieczór. Książka momentami wstrząsająca i o niezwykłej sile wyrazu budzi  kontrowersje również z powodu posądzenia autora o „mijanie się z prawdą historyczną niemal w każdym fragmencie”,  „przypisywanie sobie szeregu bohaterskich czynów” i nawet nie mistyfikację, ale „zwykłą, samochwalczą blagę”. Takich sformułowań użył przewodniczący jednego z Kół ŚZŻAK (Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej) w liście do redakcji. W kolejnym zarzuty formułowane są nieco łagodniej, a autorka, pani Filipowicz ma rację pisząc, że „trudno polemizować ze Zmarłym”. Choć konsultant naukowy w osobie doktora Ostasza odpowiada na listy w sposób rzeczowy i dość przekonywujący, to i tak zwykły czytelnik nie ma możliwości zweryfikowania wszystkich informacji, gdyż nie dysponuje szerokim dostępem do źródeł historycznych. Sytuację komplikuje fakt, iż właściwie brak podobnych publikacji lub wypowiedzi, w których byli żołnierze polskiego podziemia szczegółowo omawialiby przebieg wojennych egzekucji.

Spisywanie tego rodzaju wspomnień musiało być bolesne i nawet zakładając najszczersze intencje Dąmbskiego (w spisach plutonu AK zapisany jako Dębski) nie ma gwarancji, że pamiętał przeszłość bezbłędnie - niektóre daty, a nawet fakty po latach mogły się pozacierać. Banalnie rzec ujmując: skoro rzeczywistość ma z bajkami niewiele wspólnego, daleko jej więc do czarno-białej konstrukcji, a prawda o wojnie zawsze jest brutalna, bardzo często wręcz makabryczna. Ponadto do Armii Krajowej z całą pewnością trafiali ludzie różnego pokroju, a partyzanci -obojętnie w jakim kraju- nigdy nie byli święci…

_________________________________

AUTOR: Stefan Dąmbski

TYTUŁ: Egzekutor

WYDAWNICTWO: Ośrodek Karta

MOJA OCENA: 4/6

czwartek, 27 stycznia 2011
Ten najdłuższy dzień

Antony Beevor to brytyjski historyk, wykładowca na londyńskim uniwersytecie i oficer w stanie spoczynku. W Polsce, nakładem wydawnictwa Znak, do tej pory ukazały się cztery pozycje jego autorstwa: „Stalingrad”, „Berlin 1945”, „Walka o Hiszpanię 1936-1939” oraz właśnie „D-Day. Bitwa o Normandię”. Wszystkie spotkały się z uznaniem czytelników, a opublikowany w 26 krajach „Stalingrad” stał się bestsellerem. Beevor jak mało kto potrafi odmalować pełny obraz wojennych wydarzeń dzięki barwnym, niezwykle realistycznym opisom i wspaniałemu językowi. Połączenie wyjątkowo bogatej wiedzy historycznej z talentem pisarskim skutkuje powstawaniem książek, od których ciężko się oderwać. Oczywiście o ile czytelnik jest choć trochę zainteresowany poruszanym tematem i potrafi docenić wkład pracy i kunszt autora.

„D-Day” ma trzydzieści rozdziałów, w których brytyjski historyk przedstawia to, co działo się od początku czerwca do końca sierpnia, czyli do wyzwolenia Paryża, na zachodnim froncie II wojny światowej. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się jak istotne dla przeprowadzenia desantu były warunki pogodowe. Początkowo termin lądowania wyznaczono na 5 czerwca, ale ze względu na prognozę cywilnego eksperta od meteorologii, doktora Jamesa Stagga, desant odbył się następnego dnia. Zła widoczność i wzburzone morze były bowiem bardzo istotnymi przeszkodami dla operacji zakrojonej na niespotykaną dotąd skalę. Ważna, czasami wręcz na wagę złota okazała się działalność dywersyjna i sabotażowa francuskiego ruchu oporu – przecinano kable telefoniczne i uszkadzano szlaki komunikacyjne, za co wielu Francuzów zapłaciło życiem lub uwięzieniem w obozie koncentracyjnym. W ramach dezinformacji alianci podjęli szereg działań (plan „Fortitude” i „Ironside”), mających wprowadzić w błąd przeciwnika i stworzyć wrażenie planowania inwazji w innych rejonach Francji. Stacjonująca w Anglii wyimaginowana armia generała Pattona dysponowała atrapami samolotów, nadmuchiwanymi czołgami i fałszywymi barkami desantowymi. Żeby iluzja była bardziej realistyczna, wymyślone formacje cały czas utrzymywały ze sobą łączność radiową. Efekty najwyraźniej przeszły oczekiwania samych pomysłodawców.

Poza prawdziwymi spadochroniarzami w Normandii zrzucano również wybuchające przy zetknięciu z ziemią manekiny (Explosivpuppen) oraz chmury aluminiowych skrawków w celu zakłócenia pracy niemieckich radarów. Amerykańcy spadochroniarze nie mieli łatwo: w samolotach żołnierze ślizgali się na wymiotach, a torby z ekwipunkiem urywały się, gdyż ważyły po 40 kg i więcej. Panowie z dywizji powietrznodesantowych podczas lądowania zahaczali o drzewa, łamali nogi lub topili się w wodzie. Do tego mgła i ostrzał samolotów powodowały błędy w zrzutach. Nie lepiej było z szybowcami ze sprzętem i uzupełnieniami – te nie raz rozbijały się z fatalnymi skutkami dla załóg. Jedna z anegdot podanych przez autora dotyczy grupy Polaków walczących w Wehrmachcie. Według relacji pewnego pilota szybowca Polacy w bunkrze zastrzelili niemieckiego sierżanta, po czym poddali się Amerykanom, gdyż w najmniejszym stopniu nie zamierzali z nimi walczyć.

Beevor podaje, że generał Eisenhower przygotował oświadczenie na wypadek klęski wojsk sprzymierzonych, co dowodzi jak duże napięcie musiało towarzyszyć głównodowodzącemu w pierwszych godzinach D-Day. Brytyjski historyk, obok opisów płynącej ku wybrzeżom Normandii armady i akcji królującego w powietrzu alianckiego lotnictwa, nie pomija informacji o zwykłych żołnierzach. Pozwolono im dobrze zjeść i zaopatrzono w kondomy, które mieli umieścić na lufach karabinów, co stało się tematem sprośnych żartów. Amerykanie żartowali również ze „skunksowych wdzianek”, bo tak nazwali swoje cuchnące, zaimpregnowane mundury. Przejście piechoty z okrętów na barki nie okazało się proste, tak jak wodowanie specjalnie przystosowanych, uszczelnionych czołgów. Szóstego czerwca amerykańska 1. Armia lądowała na plażach Utah i Omaha, natomiast brytyjska 2. Armia na plażach: Gold, Juno i Sword. Największe emocje czekają w rozdziale dotyczących legendarnej, krwawej plaży Omaha. Bombardowanie poprzedzające atak nie przyniosło oczekiwanego efektu. Niektóre barki zatrzymywały się na mierzei, inne dopływały do samej plaży. Podczas czytania o niemieckim ogniu, skupionym na otworach barek („ludzie sypali się jak kukurydza z taśmy”) i Amerykanach chroniących się za przeszkodami i wypalonymi czołgami przed oczami stają sceny z „Szeregowca Ryana”, przypomina się także pierwsza gra serii „Medal of Honor”. Zdarzało się, że żołnierze wyskakiwali do wody, gdzie namoknięci i przeciążeni pozostawali bez szans i topili się. Zdecydowana większość broni przez wodę i piasek po prostu nie działała (za szybko zdjęte z luf prezerwatywy;)), a rannych zatapiał przypływ. W warunkach masakry ludzie tracili kontrolę nad sobą, choć reakcje na wszechobecną śmierć i ekstremalny stres bywały różne – od braku reagowania na jakiekolwiek bodźce po „spacer” lub chaotyczne bieganie po plaży. Przez szczegółowe opisy i relacje uczestników wydarzeń Beevor świetnie oddał atmosferę tamtych godzin; momentami serce aż podchodzi do gardła.

Po tygodniu Omaha była pełna ludzi, a oddziały inżynieryjne i robotnicy pracowali w pocie czoła. „Modne” pamiątki po przeciwnikach w postaci naszywek, medali i Lugerów stały się przedmiotem handlu. Oddziały z odcinka Utah na szczęście nie zostały ostrzelane ze stałych stanowisk. Jeden z pojmanych w tym rejonie Niemców był święcie przekonany o zbombardowaniu Nowego Jorku przez Luftwaffe, co stanowi przykład siły nazistowskiej propagandy. Tak naprawdę, podczas ofensywy, lotnictwo sprzymierzonych panowało niepodzielnie na francuskim niebie, niemieckie siły powietrzne nie miały prawie nic do powiedzenia. Walczący na lądzie Niemcy z sarkazmem komentowali brak wsparcia ze strony Luftwaffe. Z biegiem czasu wszelkie obietnice o zmiażdżeniu aliantów przy użyciu decydującego uderzenia, rakiet V-1 czy samolotów odrzutowych okazywały się bełkotem coraz bardziej szalonego przywódcy. Im bliżej końca, tym większe kłamstwa wymyślała propaganda.

Właściwie największą przeszkodą dla amerykańskich i brytyjskich samolotów były złe warunki atmosferyczne. Niestety zdarzały się przypadki zbombardowania własnych wojsk, czego doświadczyli również Polacy walczący z 1. Dywizji Pancernej generała Maczka. Bombardowanie Caen i innych miast przyniosło nie tylko wielkie zniszczenia, ale i poważne straty wśród ludności cywilnej; wcześniejsze zrzucenie ulotek ostrzegających na niewiele się zdało. Koniecznością stało się niszczenie wież kościelnych, jako potencjalnych stanowisk obserwatorów i snajperów.

Opanowanie plaż nie było najtrudniejszym etapem walk. Normandzki krajobraz pełen charakterystycznych pól z dużymi żywopłotami (bocage) był terenem lepszym dla obrońców dysponujących skutecznymi działami 88-mm i karabinami MG - 42. Niemcy bardzo dobrze opanowali maskowanie i okopywanie. Rozkładali miny, wykorzystywali snajperów i skutecznie atakowali dość hałaśliwe Shermany przy użyciu pancerfaustów. Wśród czołgistów mieli prawdziwego asa – Michaela Wittmanna z doświadczeniem wyniesionym z frontu wschodniego. „Wojna w krzakach” pociągnęła za sobą mnóstwo ofiar. W wojskach alianckich notowano coraz więcej przypadków nerwicy frontowej. Neuropsychiatra, major David Weintrob zajmował się takimi żołnierzami w specjalnym ośrodku. Najostrzejsze „przypadki” były odsyłane na tyły. Pozostałych podzielił na trzy grupy: zdolnych do powrotu na front po odpoczynku, zdolnych do ponownego przeszkolenia i niezdolnych do walki. Zdaniem Weintroba niektórzy ludzie nie radzą sobie z bitewnym stresem i stanowią utrudnienie dla kolegów. Tak zwane „uzupełnienia” stanowiły osoby najczęściej bardzo młode, słabo wyszkolone i zupełnie nieprzygotowane do tego, co czekało ich na wojnie. Nowicjusze z uzupełnień na polu boju, pod intensywnym ostrzałem doznawali szoku. Często też, aby trafić do szpitala strzelali sobie w lewą rękę lub stopę. Za udowodniony samopostrzał groziło 6 miesięcy więzienia.

Podczas zaciekłych bojów zdarzały się przypadki niezwykłej odwagi lub brawury. Szeregowy nazwiskiem Burik, pomimo ostrzału niemieckiego czołgu trzykrotnie wypalił do niego z bazooki i zmusił tym do wycofania się z pozycji. Ten sam szeregowy próbował następnie wepchnąć rannego kolegę do okopu. Burik stracił przytomność i wkrótce zmarł z odniesionych ran. Inny amerykański żołnierz w stanie nietrzeźwym praktycznie w pojedynkę zdobył wrogi bunkier.

Działania wojenne oznaczały tysiące trupów, w letnim powietrzu w wielu miejscach (na przykład kocioł pod Falaise) unosił się fetor gnijących zwłok ludzkich i zwierzęcych. Sanitariusze oraz chirurdzy wszędzie mieli ręce pełne roboty - jeden z nich napisał, że jest w stanie rozpoznać po ranach czy żołnierze brali udział w obronie, czy też atakowali. Okropieństwa wojny wiążą się też ze spiralą przemocy i mordowaniem jeńców po obu stronach konfliktu. Esesmani, szczególnie w sierpniu, kiedy ruch oporu postępował coraz śmielej, dokonywali odwetowych, barbarzyńskich mordów na francuskiej ludności. Gdy było wiadomo, że Francja jest nie do obrony, stosowali taktykę spalonej ziemi. Beevor podaje, że w roku 1944, w 26 najokrutniejszych zbiorowych mordach zabito 1904 cywilów. O fanatyzmie SS świadczy fakt, że do niewoli trafiali tylko nieliczni. Pewien młody esesman w szpitalu odmówił przyjęcia angielskiej krwi i „umarł za fuhrera”.

W wyzwalanych miastach dochodziło do -jak to określił jakiś obserwator- „wstrętnych karnawałów”, podczas których golono głowy kolaborującym z wrogiem kobietom – w sumie latem 1944 roku ukarano tak około 20 tysięcy Francuzek! Podczas wojennego zamieszania nierzadko ludźmi kierowała osobista zemsta, poza tym tłum zawsze rządzi się swoimi prawami. Ruch oporu we Francji nie był jednolity - zwolennicy generała de Gaulle’a nie mogli dopuścić do władzy komunistów z FTP. Ci z kolei nie zdawali sobie sprawy, że Stalin wcale nie chciał powstania i rewolucji we Francji, gdyż to zraziłoby Amerykanów, od których otrzymywał pomoc. Najkrócej i bardzo delikatnie rzecz ujmując: stosunki między de Gaullem a Churchilem czy między francuskim generałem Leclerkiem i dowództwem amerykańskim trudno nazwać idealnymi. Sama obecność oddziałów amerykańskich w wyzwolonych miastach ukazała kontrast i zderzenie kultur. W pewnym momencie Amerykanie dość swobodnie poczynali sobie we Francji (alkohol, rozdawane żołnierzom darmowe prezerwatywy), co spotykało się ze społeczną krytyką; komuniści nazwali ich „nowymi okupantami”. W rozdziale o operacji „Totalize” autor pisze o przypadkach kradzieży dokonywanych przez wojsko i o Francuzach kradnących coś wojsku; wcześniej podaje nawet przypadek cywila zastrzelonego przez Amerykanów. Kolejnym „smaczkiem” w książce jest informacja o micie, który dotyczył francuskich kochanek nazistów strzelających do żołnierzy alianckich. Krytycznie można ocenić brytyjskiego dowódcę, Montgomery’ego, gdyż brakowało mu zdecydowania, a operacje „Goodwood” i „Totalize” skończyły się pyrrusowymi zwycięstwami. Nigdy też nie przyznał się do błędów; twierdził wręcz, że „wszystko poszło z zgodnie z jego mistrzowskim planem”.

Ostatni rozdział zawiera krótkie podsumowanie. Za wolność Francji największą cenę zapłaciła oczywiście Normandia. Miasta, miasteczka i wsie zostały zrównane z ziemią, zniszczeniu uległy zabytki. Wielu pozostało bez dachu nad głową, ale mieszkańcy tego regionu odkryli „solidarność w cierpieniu” i starali się pomagać sobie nawzajem. Z uwagi na ofiary, rozległe zniszczenia oraz obawę przed niemieckim odwetem trudno ich winić za chłodniejsze przyjęcie wojsk wyzwalających niż miało to miejsce w Bretanii czy Paryżu. Beevor szacuje straty Wehrmachtu na około 240 tysięcy zabitych, aliantów zaś na około 225 tysięcy w ciągu trzech miesięcy letnich. Kampania była niedoskonała, a Amerykanie i Brytyjczycy nie docenili żołnierzy przeciwnika. Gdyby alianckie wojska zostały jednak odparte i zepchnięte do morza, los Francji i Europy zachodniej byłby najprawdopodobniej znacznie gorszy.

W tłumaczeniu na polski nie ustrzeżono się wpadek i tak na przykład żołnierze amerykańscy, na czele z generałem Cotą posługują się pistoletami kalibru 45 mm, czyli właściwie małymi armatkami! Błąd jest kilkakrotnie powtarzany i nie jest jedynym w książce. Nie zaburza to jednak przyjemności z czytania – „D-Day” napisana została z rozmachem i pasją. Trudno wyobrazić sobie atrakcyjniejsze przedstawienie zmagań we Francji, Beevor pomyślał o wszelkich aspektach poruszanego tematu. Taka ilość krótkich relacji i wspomnień naocznych świadków z obu walczących stron, od szeregowców po generałów, stanowi wielką zaletę. Książkę czyta się znakomicie, po prawie 600 stronach nie czuje się znużenia. Znajdziecie w niej masę znanych postaci dowódców wojskowych i analizę ich poczynań, zobaczycie wojnę oczami zwykłych ludzi, a umieszczone w rozdziałach mapki ułatwią lepsze rozeznanie się w sytuacji frontowej. „D-Day” z całą pewnością stanowi pierwszorzędną lekturę dla miłośników historii II wojny światowej i jest chyba najlepszą z trzech dotychczas przeczytanych przeze mnie książek tego autora. Pozostaje jeszcze „Berlin 1945. Upadek”, który ukazał się także w taniej wersji limitowanej…

_________________________________

AUTOR: Antony Beevor

TYTUŁ: D-Day. Bitwa o Normandię.

WYDAWNICTWO: Znak

MOJA OCENA: 5,5/6

sobota, 01 stycznia 2011
Hoover i cała reszta

Z pewnością nie każdy lubi obszerną dziedzinę wiedzy jaką niewątpliwie jest historia. Są ludzie z wręcz chroniczną alergią na wszystko, co z nią związane. W szkole łatwiej przychodziła im nauka biologii czy chemii. Choćby nie wiem jak płynnie, ciekawie i atrakcyjnie pisane były książki historyczne, już jako osoby dorosłe, za nic po takie nie sięgną. Istnieją nawet zwyrodnialcy, którym łatwiej jest przyswoić wiedzę z matematyki, fizyki i nauk pokrewnych, a nawet - o zgrozo!- czerpią z tego jakąś dziwną przyjemność. W porządku, tych zostawmy, umysły ścisłe rządzą się własnymi prawami. Choć i tak człowiek wykształcony nie powinien wykazywać braku zainteresowania przeszłością, która przecież ukształtowała teraźniejszość. Czy w takim razie niski poziom wiedzy w tym zakresie to wynik szkolnego urazu, doznanego w skutek wtłaczania do głów całej masy faktów i dat, nawet tych z szerszej perspektywy małoistotnych? Czy może przedstawiania informacji w sposób nudny i nieprzystępny? Najprawdopodobniej problem ma dużo szersze podłoże.

Nie myślę, aby cytat „historia jest nauczycielką życia” był jedynie pustym frazesem i między innymi dlatego od czasu do czasu lubię przeczytać coś o historii, głównie poprzedniego wieku. Książka o FBI raczej nie przekona do tego typu lektur osobników ze wspomnianym urazem. No, chyba że ktoś szuka informacji o tej konkretnej instytucji i/ lub dziejach Stanów Zjednoczonych. Nawet przy zainteresowaniach na poziomie czysto amatorskim po skończonej lekturze ma się wrażenie, że pan Jeffreys-Jones napisał rzetelne, naukowe opracowanie, a takie nie stanowi przysłowiowej książki do poduszki. Trudno się dziwić, wystarczy spojrzeć na wydawnictwo i notkę o autorze, profesorze na Uniwersytecie Edynburskim, umieszczoną na okładce. Nie czyta się tego szczególnie łatwo, ale też nie trzeba przedzierać się przez tekst z trudem i przerywać dla „odetchnięcia”.

Za datę powstania agendy pod nazwą Bureau of Investigation (BOI) uznaje się rok 1908 (brytyjska MI5 powstała rok później), nazwa obecna funkcjonuje od roku 1935. Narodziny młodszej siostry, CIA miały miejsce dwa lata po wojnie. Osławiony i wielce kontrowersyjny Hoover nienawidził jej z całego serca; mimo gładkich zapewnień rywalizacja między obiema instytucjami stała się wręcz legendarna i, zdaniem Jeffreysa-Jonesa, „podkopała” bezpieczeństwo narodowe, czego dobitnym świadectwem jest zamach z 11 września. Zaatakowane FBI i CIA czasami jednak tworzyły wspólny front. Profesor na początku sięga do korzeni Biura, mianowicie do lat 70-tych XIX wieku. Wtedy, w okresie tzw. rekonstrukcji detektywi rządowi podjęli walkę z Ku Klux Klanem, odpowiedzialnym za terror i lincze w południowych stanach. Chlubne początki mają się nijak do większości późniejszych poczynań i rasistowskiej postawy FBI w kolejno opisywanych okresach funkcjonowania. W latach pierwszej „Czerwonej Paniki” (1917-20) oprócz działalności przeciw podkładającym bomby anarchistom, lewicowej opozycji i tzw. slackersom (osobom uchylające się od służby wojskowej), agenda inwigilowała środowiska czarnych radykałów. Słynna stała się też sprawa, „Jacka” Johnsona - czarnoskórego czempiona boksu z zamiłowaniem do białych kobiet. Ringowe zwycięstwo nad „nadzieją białych” i seksualne upodobania stały się dla „Jacka” przyczyną kłopotów; agenci wzięli go na celownik. Pewnego dnia policjanci pod nadzorem przedstawiciela Biura wyłamali drzwi hotelowego pokoju i skuli go kajdankami, co stanowiło preludium do naciąganego oskarżenia na mocy ustawy Manna, procesu, banicji i więzienia.

Z chwilą rozpoczęcia wojny z Japończykami, czyli nie-białą rasą pojawiły się pytania o lojalność afroamerykanów wobec państwa. Biuro zakładało podsłuchy i kierowało zarzuty działalności wywrotowej wobec czarnej prasy. Symbolem rasizmu stało się za sprawą posunięć wymierzonych przeciw laureatowi Pokojowej Nagrody Nobla, doktorowi M.L. Kingowi. Obrońca praw obywatelskich stał się celem przez uzyskaną popularność i odniesiony sukces (człowiek roku 1963), federalni chcieli go za wszelką cenę „strącić z piedestału”. Wysyłano mu listy z pogróżkami i zakładano podsłuchy, aby zdobyć dowody na „seksualne występki”. Wiele razy zarzucano FBI dyskryminację przy naborze kandydatów o skórze innej niż biała oraz kobiet, co uległo zmianie dopiero w latach znacznie późniejszych i było wynikiem właśnie krytyki zewnętrznej. Nie lepiej było z zatrudnianiem homoseksualistów, których uważano za szczególnie podatnych na szantaże.

Gdy na czele Wydziału Wywiadu Ogólnego (GID) stanął prawnik, John Edgar Hoover, jego podwładni zgromadzili około 200 tysięcy teczek personalnych: inwigilowano ludzi czarnych stowarzyszeń i amerykańską lewicę. Później założenia swoich dossier doczekali się również znani literaci tacy jak Hemingway, Steinbeck czy Faulkner oraz żona prezydenta F.D.Roosvelta, Eleonor. Pani prezydentowa otwarcie opowiadała się za sprawiedliwością rasową, a Hoover - wówczas już dyrektor - gromadził plotki dotyczące jej rzekomej rozwiązłości homo- i heteroseksualnej.

Lata 1924-39 to reformy i walka z przestępcami winnymi morderstw, porwań i napadów na banki. FBI trudno odmówić sukcesów, a Hoover wykazał talent do pozyskiwania funduszy oraz nagłaśniania udanych akcji. Okazał się konserwatystą w sprawach ubioru agentów i ich zachowań moralnych, rozwinął system szkoleń. Podjął też kroki w kierunku pozyskiwania sympatii mediów, opinii publicznej oraz filmowców - federalnych, czyli G-menów kino zaczęło ukazywać jako bohaterów. Dla krytyków był człowiekiem z wielką rządzą władzy, uosabiał wszystko, co najgorsze w amerykańskiej demokracji. Zarzucano mu obsesję na punkcie walki z komunizmem: na przykład w latach 70-tych FBI traciło pieniądze i czas na walkę z podupadłą Komunistyczną Partię Stanów Zjednoczonych (CPUSA). Jej szeregi, wobec coraz większej świadomości społecznej dotyczącej stalinizmu i ZSRR, przerzedziły się w bardzo dużym stopniu.

Wojna w Wietnamie, szpiegowanie własnych obywateli w ramach programu Chaos, afera Watergate, obalanie rządów w obcych krajach (chociażby w Gwatemali) – wszystko to spowodowało kryzys amerykańskiej demokracji w latach 1972-1975. Działalność agendy, dla której poparcie społeczne drastycznie spadło, była jedynie jednym z kilku czynników przesądzających o załamaniu. Po włamaniu do oddziału FBI, do prasy przedostały się kompromitujące informacje z teczek i opinia publiczna dowiedziała się o COINTELPRO - programie kontrwywiadowczym, działającym od 1955 roku. W ramach programu „monitorowano” organizacje zagrażające celom politycznym USA (m.in. CPUSA, KKK, Partię Nazistowską, Czarne Pantery, ale też i organizację Kinga) i zgromadzono miliony dossier.

Z kolei prezydent Ronald Reagan, będący w czasach hollywoodzkich informatorem i miłośnikiem Biura, wprowadził szereg zmian. Wydał rozporządzenie o możliwości zbierania przez FBI informacji o obcych wywiadach w USA, a wobec coraz popularniejszych haseł wojny z narkotykami podporządkował mu DEA. Zaczęła się też współpraca międzynarodowa w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, w wyniku czego w latach 80-tych doszło do aresztowań wysokopostawionych mafiosów. W latach 90-tych agenda kontynuowała tego typu działania, zmieniła się też jej rasowa i „płciowa” struktura zatrudnienia. Mimo skarg kolorowych pracowników i procesów sądowych, FBI pod względem rasowym było wtedy dość postępowe. W tym okresie zaliczyło kilka wpadek na polu kontrwywiadowczym, jak na przykład sprawa pewnego niesłusznie oskarżonego naukowca chińskiego pochodzenia.

Cała książka kończy się rozdziałem o 11 września i analizą problemu: dlaczego służby USA nie były w stanie zapobiec zamachowi. Autor wskazuje na brak współpracy i wymiany informacji między FBI a CIA, kiepską znajomość języków wśród agentów, zbyt małą liczbę lingwistów i analityków.

Gdyby wyrysować wykres dziejów Federalnego Biura Śledczego powstałoby coś na kształt sinusoidy: wzloty przeplatały się z kryzysami, te nierozerwalnie związane były z zajadłą krytyką mediów, środowiska liberałów i opinii publicznej. Sporo zależało od klimatu politycznego w kraju, urzędującego prezydenta i sytuacji międzynarodowej. FBI wyłania się jako kontrowersyjna, obarczona licznymi grzeszkami, bardzo niedoskonała w swoim funkcjonowaniu instytucja. Oczywiście mająca na koncie niezaprzeczalne sukcesy na polu kontrwywiadowczym czy zwalczania przestępczości zorganizowanej. Biuro stanowi istotny element dziejów USA, od czasów po wojnie secesyjnej, przez lata dwudzieste i trzydzieste, II wojnę światową i zimną wojnę, aż do dnia dzisiejszego.

W „FBI. Historia” sporo jest nazwisk: detektywi, informatorzy i agenci specjalni, dyrektorzy, kolejni prezydenci. Niemało też faktów, ale zainteresowanym nie powinno to przeszkadzać. Tych nielubiących historii książka nie przekona do zmiany zdania. Co jeszcze? W omawianej pozycji zabrakło dwóch rzeczy. Po pierwsze: kilku wkładek ze zdjęciami - wprowadziłyby czytelnika w klimat opisywanych wydarzeń. Po drugie: bardziej szczegółowych wiadomości o Hooverze – osobie niejednoznacznej i intrygującej. Biuro to nie tylko jeden dyrektor, co wyraźnie podkreślił autor, ale „władca teczek” rządził przecież nieprzerwanie 48 lat! Pozostaje (subiektywne) wrażenie, iż Jeffreys-Jones za mało miejsca poświęcił interesującemu tematowi walki FBI z gangsterami w latach 1924-1939 i postaciom pokroju Mamy Barker czy Johna Dillingera, „wroga publicznego numer 1”. Ponadto niewiele było o FBI w okresie rządów JFK i bezpośrednio po zamachu na jego życie. Ponoć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - książkę można potraktować jako punkt wyjścia do dalszego szperania i tym samym pogłębiania wiedzy.

Lektura może nieporywająca, ale wartościowa i solidna. W sumie: warto.

Kilka zdjęć związanych z tematem:


William J. Burns - dyrektor BOI w latach 1921-1924. Przed przystąpieniem do Tajnej Służby w 1891 roku był prywatnym detektywem. Znany jako "amerykański Sherlock Holmes" bratał się z sir Arthurem Conan-Doylem i zasłynął w 1914 obroną niewinnego Leo Franka, któremu postawiono zarzut zamordowania czternastoletniej dziewczynki.
Ludzie z agencji Pinkertona -czyli konkurencja- twierdzili, że Burns był nieuczciwy i bezwzględny. Za jego kadencji BOI ruszyło do boju z odrodzonym i szalejącym Ku Klux Klanem.

John Arthur ("Jack") Johnson - (1878 – 1946) Urodzony w Teksasie, pierwszy czarnoskóry pięściarz, który zdobył tytuł mistrza świata wagi ciężkiej. Znienawidzony przez białych za pokonanie Jamesa J. Jeffriesa -"nadziei białych"- i romanse z białymi kobietami znalazł się na celowniku.


Wielce wymowna okładka magazynu Life z kwietnia 1971 roku. Hoover był dyrektorem BOI, a następnie FBI od 1924 do 1972 roku. Zdymisjonował go dopiero... zawał serca. "Władca teczek" wykazywał niezdrowe zainteresowanie ludzką seksualnością, sam był homoseksualistą i lubił "damskie ciuszki".

John Dillinger i grający go Johnny Depp w filmie Michaela Mana "Wrogowie publiczni". W postać agenta Purvisa wcielił się Christian Bale. Trzej G-meni (skrót od government man) zastrzelili Dillingera przed kinem w Chicago w  roku 1934.

_______________________________________________

AUTOR: Rhodri Jeffreys-Jones

TYTUŁ: FBI. Historia

WYDAWNICTWO: W. Uniwersytetu Jagiellońskiego

MOJA OCENA: 4,5/6

wtorek, 14 grudnia 2010
II wojna światowa w pigułce

Interesując się historią, w szczególności II wojny światowej, trudno pominąć takich pisarzy jak Norman Davis i Antony Beevor (między innymi „Stalingrad”, „Walka o Hiszpanię 1936- 1939”). Wymienieni historycy mają wspólną cechę – na kartach swoich książek potrafią przekazywać wiedzę w sposób nie tylko przystępny i atrakcyjny, ale wręcz pasjonujący. Robią to tak, że od lektury trudno się oderwać. Podobnie jest z rodzimym autorem, panem Wołoszańskim – facet ma po prostu talent zarówno do opowiadania jak i pisania wciągających książek.

„Świat i Polacy 1939-1945” to coś innego: rodzaj albumu, którego główną zaletą są oczywiście zdjęcia, a tekst napisany jest dużą czcionką i przypomina nieco język szkolnych podręczników. Na szczęście im dalej, tym „podręcznikowe” wrażenie coraz bardziej zanika. Książka zawiera prawie pięćset fotografii, z czego większość jest czarno-biała. Są one co najmniej dobrze, momentami wręcz świetnie dobrane do danego rozdziału i opisywanych treści. Zwracają uwagę te, które otwierają każdy rozdział. Zdecydowanym plusem są zamieszczone w kolorowych ramkach wypowiedzi naocznych świadków wojennych wydarzeń; w takich ramkach znajdują się też między innymi informacje o ważnych postaciach, militariach czy operacjach wojskowych. Wszystkie zamieszczone mapki są przejrzyste i czytelne, a wiadomości podane w sposób prosty i uporządkowany. „Świat i Polacy” stanowi przegląd najważniejszych wydarzeń II wojny światowej na wszystkich frontach z zachowaniem chronologii. Książka nie kończy się na maju 1945 roku, dalej opisane są wzmagania na Pacyfiku, aż do zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki oraz kapitulacji Japonii. Ostatnie rozdziały traktują o losach powojennej Europy, początku zimnej wojny, procesach nazistów oraz o sprawie polskiej podczas wojny. Można trafić też na ciekawostki. Przykładem jest chociażby stereotyp o japońskim żołnierzu krążący wśród Brytyjczyków i Amerykanów przed rozpoczęciem działań wojennych – jako przedstawiciel rasy żółtej miał on jakoby być „gorszej jakości”, a skośne oczy miały utrudniać celowanie. To stwierdzenie - rzecz jasna - okazało się totalną bzdurą, zważywszy na fakt, iż pierwszy okres walk na Oceanie Spokojnym był dla aliantów bardzo niekorzystny.

Co jeszcze mogę dodać? Całość wydana jest na papierze wysokiej jakości i choć nie mam najlepszego zdania o wydawnictwie Buchmann, album przypadł mi do gustu. Być może nie jest on przeznaczony dla zaawansowanych miłośników poruszanej tematyki, poszukujących fachowych i szczegółowych wiadomości, ale jako „pigułka wiedzy” o jakże ważnym okresie historycznym sprawdza się znakomicie. Ponieważ tęskno mi jednak do stylu brytyjskich historyków, następną książką o najważniejszy konflikcie XX wieku będzie „D-Day” Beevora.

PS. Za „Świat i Polacy” zapłaciłem w taniej książce dwadzieścia pięć złotych i uważam to za dobry interes - za taką cenę naprawdę warto! W księgarniach internetowych książka kosztuje ponad 60 złotych.

____________________________

TYTUŁ: Świat i Polacy 1939-1945

WYDAWNICTWO: Buchmann

MOJA OCENA: 4,5/6

 
1 , 2
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



Spis moli