o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
piątek, 28 grudnia 2012
Pérez-Reverte o szaleństwie wojny

Arturo Pérez-Reverte debiutował minipowieścią „Huzar”. Jej akcja rozgrywa się w Hiszpanii, w roku 1808, w czasie trwania kampanii napoleońskiej. Główny bohater, Fryderyk Glüntz, czuje się zaszczycony służbą w elitarnej jednostce cesarskiej jazdy. Młodziutki podporucznik nie zakosztował jeszcze prawdziwej wojny, dlatego też jego wyobrażenia o działaniach zbrojnych zupełnie mijają się z brutalną rzeczywistością.

Fryderykowi marzą się wspaniałe bitwy, honorowe potyczki i żołnierska gloria. Tymczasem przeciwnik nie ma twarzy, zastawia zasadzki, najczęściej atakuje z ukrycia. W odpowiedzi wojska Napoleona bezpardonowo rozprawiają się ze schwytanymi partyzantami, masowo wieszają chłopów i księży. Kiedy wreszcie, po nerwowym oczekiwaniu, dochodzi do starcia z regularnymi oddziałami wroga, Glüntz w krótkim czasie doświadcza wszystkiego, co najgorsze. Następnego ranka jest już zupełnie innym człowiekiem.

Hiszpan, który jako reporter przez lata relacjonował przebieg międzynarodowych konfliktów, w sposób niezawoalowany podsuwa czytelnikowi jasny i klarowny przekaz. Otóż nie ma czegoś takiego jak romantyczna wojenka, a na placu boju zwykli żołnierze są jedynie „pionkami pozbawionymi inicjatywy”. W bitwie miejsce odwagi szybko zajmują przerażenie, amok, szok oraz rozpacz. Podczas desperackiej i chaotycznej walki o życie, nikt nie pamięta o jakimkolwiek honorze. A że najazdy i mordowanie ludzi zawsze da się usprawiedliwić jakąś ideologią – to już odrębna kwestia (w tym wypadku Francja niesie oświecenie „ciemnej i zacofanej” Hiszpanii). To, co ma do powiedzenia Pérez-Reverte nie jest więc niczym nowym, ani tym bardziej odkrywczym. „Huzar” sprawdza się natomiast jako zapis frontowych przeżyć jednostki, która pod ich wpływem przechodzi błyskawiczną metamorfozę – równie dobrze akcję można by osadzić w realiach jakiejś innej, wcześniejszej lub późniejszej, wojny.

Autor zdecydował się na zwięzły tekst i najwidoczniej dopiero szlifował warsztat. Przy takiej formie trudno o tworzenie pełnych portretów poszczególnych postaci. Na pewno uwagę przykuwa zimny i dumy kapitan Dąbrowski (nie chodzi o Jana Henryka Dąbrowskiego). Doskonałym kontrastem dla  naszego rodaka jest gorącokrwisty Włoch, Philippo i szkoda tylko, że obu wojakom pisarz poświęcił tak mało miejsca. Za to udało mu się odmalować wojenną rzeź i szaleństwo. Dlatego właśnie książkę oceniam na czwórkę z minusem.

__________________________

AUTOR: Arturo Pérez-Reverte 

TYTUŁ: Huzar

WYDAWNICTWO: Muza

MOJA OCENA: 4/6

sobota, 20 października 2012
Czarna owca Witelon

Spłodzenie wartościowej powieści historycznej jest, wbrew pozorom, rzeczą niełatwą. Nie wystarczy uwzględnienie w fabule kilku postaci znanych z podręczników oraz sporadyczne wymienianie faktów z przeszłości w ramach tworzenia tła dla opowieści. Tego rodzaju zabiegi, nawet przy nielichym talencie literackim, gwarantują co najwyżej powstanie przyjemnego czytadła. Aby osiągnąć satysfakcjonujący efekt, pisarz powinien wykazać się gruntowną znajomością tematu, to znaczy wiedzą o danej epoce zbudowaną na pracy z licznymi źródłami, a następnie w atrakcyjny sposób przekazać ją czytelnikowi. Pod tym względem Witold Jabłoński w „Uczniu czarnoksiężnika” spisał się celująco – jego historyczne rozeznanie i swoboda w przedstawianiu średniowiecznych realiów budzi szczery szacunek. Rozpatrując zaś sam warsztat należy przyznać, że pierwsza części cyklu „Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer” to kawałek bardzo solidnej prozy.

Tytułowym uczniem jest Witelo – pierwszy szerzej znany polski uczony, urodzony na Dolnym Śląsku w roku 1230, a więc w czasach rozbicia dzielnicowego. Ów syn Turyngii (ojciec był niemieckim kupcem) i Polski, będąc już w wieku matuzalemowym rozpoczyna fascynującą opowieść o swoim żywocie. Samego Wincentego Kadłubka nazywa łgarzem i zapewnia o prawdziwości opisywanych przez siebie wydarzeń, choć przyznaje, że miejscami odrobinę je ubarwił. Wielkie znaczenie ma fakt, iż Witelo na wstępie powołuje się na upadłego anioła, którego uważa za „najwyższego pana swej duszy”, na „niepodległą nikomu myśl” oraz magię – „gorzką wiedzę z drzewa dobrego i złego”. Czytamy więc o losach dziadka i babki narratora, następnie okolicznościach poznania się rodziców i śmierci matki – niewiasty o wdzięcznym imieniu Malina. Malina wpadła w oko staremu, możnemu rozpustnikowi – nie byle komu, bo samemu księciu Władysławowi Laskonogiemu. Podczas próby gwałtu Malina morduje chutliwego Piasta, za co spotyka ją sroga kara. Od tej pory malutkiego Witelona wychowuje babka, zaradna zarządczyni młyna, wśród prostego ludu ciesząca się podszytą strachem estymą. Powód? Otóż szanowna babcia zajmuje się ziołolecznictwem, urokami, odbieraniem porodów oraz aborcjami. Za kogo jest uważana – dodawać nie trzeba.

Pewnego razu wzburzony tłum, podjudzony dodatkowo przez miejscowego księdza, w akcie agresji pali młyn wraz z wiedźmą. Przyszłemu uczonemu, już wtedy dostrzegającemu swą odmienność (pod wieloma względami) i wykazującemu się ponadprzeciętną inteligencją, udaje się zbiec. Chęć zemsty za krzywdy, nienawiść do motłochu, a w jeszcze większym stopniu – do kleru w znacznej mierze kształtują bohatera. To dopiero początek perypetii, albowiem w pierwszej części cyklu czeka na niego Wrocław, Legnica (tu rozegra się słynna, przegrana bitwa z Tatarami), Płock oraz tyleż fascynujący, co brudny i śmierdzący zawartością rynsztoków Paryż. Wśród licznych, napotkanych person znajdą się między innymi Bolesław Rogatka (syn poległego pod Legnicą Henryka Pobożnego), Konrad mazowiecki czy Tomasz z Akwinu. Pod koniec tomu pojawi się nawet legendarny banita z Sherwood, by popisać się słynnym, łuczniczym trikiem.

„Uczeń czarnoksiężnika” obfituje w postacie znane z kart historii – barwne i przedstawione w zupełnie innym świetle niż podręcznikowe. Już tylko mnogość występujących tu, mniej lub bardziej ważnych Henryków (imię bardzo wówczas popularne) może przyprawić o zawrót głowy. Co istotne, Jabłoński nie preferuje ugrzecznienia w pokazywaniu ludzi i wydarzeń historycznych. Wręcz przeciwnie! I tak na przykład świętą Jadwigę autor, piórem Witelona, przedstawia jako kobietę ogarniętą „świątobliwym obłędem”, a mówiąc inaczej – poważnie szwankującą na umyśle. Dostojnicy z rodu Piastów bezwzględnie walczą o władzę, zawierają alianse, spiskują, knują i trują się nawzajem (czyli sama prawda o średniowiecznych władcach). Templariusze również mącą, co więcej – pogłoski o inicjacji opartej na wyrzeczeniu się Chrystusa i pluciu na krzyż w książce okazują się akurat prawdziwe. Papież ekskomunikuje cesarza Fryderyka za opieszałość w krucjatowych działaniach, we Francji krwawo stłumiono katarską herezję (haniebne słowa legata papieskiego), Krzyżacy nawracają pogańskich Prusów ogniem i mieczem, Europa trzęsie się ze strachu przed Tatarami itd. Sytuacja polityczna, w szczególności na ziemiach polskich, została nakreślona pierwszorzędnie, z wielkich znawstwem. Oczami wyobraźni wyraźnie widzimy też ówczesny, miejski krajobraz z aktorami w osobach scholarzy, kleryków, czarowników, uczonych, heretyków, ladacznic i żebraków. Długo można by wymieniać rzeczy dotyczące połowy XIII wieku, które pisarz uwzględnił w powieści – cennych informacji historycznych jest zatrzęsienie; pod tym względem mało kto byłby w stanie dorównać Jabłońskiemu.

Nie wypada chociaż pokrótce nie scharakteryzować Witelona. Ślązak to wybitny umysł, ale też wcielona czarna owca, typ niezależny i niepokorny. Jako cyniczny komentator rzeczywistości co rusz kpi z chrześcijaństwa i podwójnej moralności księży, a przed czytelnikiem nie kryje ani fascynacji Lucyferem, ani swej homoseksualnej orientacji – właściwie o obu tych sprawach pisze z wielką otwartością. Diablo zdolny wyrzutek i wielbiciel kultury antycznej ma wielką słabość do przystojnych mężczyzn, czym zresztą specjalnie nie różni się od wielu kleryków (w tym środowisku mizoginia była czymś powszechnym). Ze sporo starszym od siebie czarnoksiężnikiem Wolfgangiem, poza relacjami mistrz-uczeń, przez dłuższy czas łączy go także więź erotyczna. Ba! I wizyta bohatera u wielce leciwego, wielkiego skarbnika Templariuszy (znowu intrygi, polityczne manipulacje oraz szpiegostwo) kończy się męską orgietką. Nawet przy braku negacji tego, że od niepamiętnych czasów zawsze jakiś odsetek ludzi skłaniał się ku własnej płci, a sodomię w sposób nieskrępowany praktykowali starożytni, homoseksualne ekscesy Witelona (na szczęście niezbyt dosadnie opisane) u niejednego odbiorcy mogą wzbudzać niesmak.

W XIII wieku naturalnie wciąż istnieje pogaństwo. Prusowie czczą Peruna, składając mu krwawe ofiary, a i na ziemiach polskich nie zapomniano o starych obrzędach (nagie wieśniaczki tańczące z sierpami na polanie). Wśród pospólstwa wciąż żywa jest legenda o złym, zjedzonym przez myszy Popielu, a także wiara w magię oraz rusałki, duchy, demony itp. Tak naprawdę jednak nikt tu nie czaruje (a już na pewno nie rzuca fireballami), nikt nie wzywa monstrów z innych wymiarów, a wymienione wyżej istoty istnieją tylko w ludzkiej wyobraźni (inaczej niż w trylogii Sapkowskiego). Wiedza tajemna opiera się na astrologii, wróżeniu, znajomości ziół oraz alchemii, która stała się obsesją mistrza Wolfganga. Dlatego powieść zaliczyłbym do niemalże czysto historycznych, nie zaś do fantastyczno-historycznych. Ostatnia, ważna sprawa: na książkę składa się zwarty tekst – to apokryf całkowicie pozbawiony dialogów. Pomimo tego „Uczeń czarnoksiężnika” wciąga na dobre, za co znowu trzeba pochwalić Jabłońskiego. Książkę zamykają: komentarz autora (od edytora apokryfu), kroniki z najważniejszymi datami i wydarzeniami lat 1230-1255 oraz noty biograficzne.

Okładka „Ucznia” nie należy do najpiękniejszych (co dotyczy również pozostałych części cyklu), ale zawartość jest bardzo atrakcyjna. Z pewnością dużo lepsze to, niż kupienie lub dostanie czegoś marnego w pięknym opakowaniu. Czyż nie?

______________________________

AUTOR: Witold Jabłoński

TYTUŁ: Uczeń czarnoksiężnika

WYDAWNICTWO: superNOWA

MOJA OCENA: 5/6

środa, 11 lipca 2012
Nie taki udany debiut (subiektywnie)

Tomasz Łysiak (syn Waldemara) w roli pisarza zadebiutował w 2007 roku. Wydany wówczas „Szalbierz” otwiera cykl, na który składają się jeszcze dwie książki – „Bliznobrody” oraz „Psy Tartaru”. „Szalbierza” zaopatrzono w nośny podtytuł: „powieść awanturnicza z XIII wieku”. Czego zatem powinniśmy się spodziewać? Na pewno konkretnego typu bohatera (lub grupy bohaterów), jego licznych i barwnych przygód, a co za tym idzie – wartkiej akcji. Jeśli z okładki dowiadujemy się, że autor osadził fabułę w rozbitej na dzielnice Polsce (ciekawe czasy, aż chce się człowiek czegoś dowiedzieć), a zdaniem Macieja Parowskiego trzymamy w ręku powieść wręcz fenomenalną, to jakże nie mieć wysokich oczekiwań?

Jest rok 1237. Wędrowny kuglarz i oszust Jeruzalem przybywa do wsi ulokowanej w połowie drogi między Bieczem a Krakowem. W repertuarze ma sztuczki i pokazy siły, zaś w handlowej ofercie lecznicze specyfiki oraz fałszywe relikwie. Od większości łazików odróżnia go bogaty ubiór, od wszystkich mieszkańców – rysy twarzy i odcień skóry. Już pierwszej nocy Jeruzalem, w obronie własnej, zabija miejscowego karczmarza, a następnie usuwa dowody zajścia. W konsekwencji zostaje zmuszony do opuszczenia wsi i wyruszenia w dalszą drogę, w którą, właściwie wbrew sobie, zabiera niemego chłopca – świadka niefortunnych, nocnych zdarzeń. Na trakcie z opresji ratuje ich wielce osobliwy rycerz Dragiełło. Cóż zaczyna się tworzyć? Tak, drużyna i to nie byle jaka, bo o przepowiedzianym składzie! Wieszczba mówi, że kraj przed nawałnicą ze wschodu ocali grupa siedmiu ludzi. Już teraz nadciągają ciemne chmury – Mongołowie gromadzą siły, rozsyłają zwiadowców i szpiegów, słowem: gruntownie przygotowują się do najazdu. Uciekające przed Tatarami grupy Połowców szukają schronienia również w polskich lasach.

Niestety, „Szalbierz” rozczarowuje na ważnym, historycznym polu – suma informacji oraz wzmianek (np. o Henryku Brodatym, Konradzie Mazowieckim i sprowadzonych przez niego Krzyżakach) jest za skromna, aby zaspokoić apetyt na dobrze zarysowane realia. Zamiast poutykanych w tekście ciekawostek historycznych dostajemy zbyt szczegółowe opisy wykonywanych przez bohaterów (czasami wręcz krok po kroku) czynności. Skutki? Zupełnie niepotrzebne rozdęcie rozmiarów książki oraz wolno rozwijająca się akcja, zamiast spodziewanej wartkiej. Pewne rzeczy i owszem, należy policzyć na plus. Na przykład widać jak na dłoni, że chrześcijaństwo nie wykorzeniło starych bóstw i obrzędów; ludzie nadal oddają część Światowidowi, wierzą w magię i czary. Jeśli już dochodzi do starć bohaterów z przeciwnikami, to są one opisane całkiem przyzwoicie, ale i tak w książce dzieje się za mało, by nazwać ją powieścią awanturniczą. Protagonista (Jeruzalem – oszust z ukrytą w sercu szlachetnością) się zgadza, cała reszta – niekoniecznie.

Następna kwestia: są w książce zdania, w których po prostu coś zgrzyta i wcale nie trzeba być polonistą, aby to poczuć. Korekta albo zaspała, albo pracowała na pół gwizdka. W „Szalbierzu” występuje też pewna dysproporcja: nad zdawkowymi dialogami wyraźnie dominują opisy. I być może nie rzucałoby się to tak bardzo w oczy, gdyby kwestiom wypowiadanym przez postacie nic nie brakowało. Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że autor, jeszcze przed płodzeniem tekstu, powinien był wziąć korepetycje z pisania dialogów. Jako nauczyciel wystarczyłby Jacek Komuda. Już tylko dla porządku dodam, że jakiekolwiek porównania z trylogią husycką wypadają na niekorzyść „Szalbierza”. Tomaszowi Łysiakowi zabrakło polotu Sapkowskiego, jego poczucia humoru, lekkości pióra, rozmachu… Eh, dalsze wyliczanie nie ma sensu.

Z postaci największe zainteresowanie budzi mający coś z Don Kichota rycerz Dragiełło. Ze swoim pragnieniem walki ze smokami (to nie fantasy, więc smoki nie istnieją), przekonaniem o ważności misji, przerdzewiałą zbroją i jednocześnie wysoką wartością bojową może się czytelnikom podobać. W jednym z ostatnich rozdziałów przez moment spoglądamy na świat oczami krzyżaka, zarządcy zamku w Nieszawie. I ten fragment jest dobry! Dlaczego autor wcześniej nie stosował takich zmian perspektywy?

Powieści łatwo wytknąć błędy, niedostatki i niedociągnięcia, choć nie zaprzeczam, że tkwi w niej pewien potencjał. Nie od dziś wiadomo, że jakość prozy nierzadko mija się z wysmażonymi na okładkach rekomendacjami, jednak nawet na czytelnika przyzwyczajonego do reklamy i ukierunkowanego (planującego lektury, wiedzącego co chce czytać) znajdzie się haczyk z przynętą. Moim zdaniem „Szalbierz” nie jest tak udanym debiutem, jak zapowiadał to wydawca oraz pan Parowski, ale też nie aż tak nędznym, jak sugerował kiedyś recenzent magazynu Esensja.

_____________________________

AUTOR: Tomasz Łysiak

TYTUŁ: Szalbierz

WYDAWNICTWO: Picaresque

MOJA OCENA: 3,5/6

niedziela, 18 grudnia 2011
Moskwa zdobyta!

Ostatni tom „Samozwańca” zaczyna się dla głównego bohatera nieciekawie. Jest luty 1605 roku, a Jacek Dydyński („Jacek nad Jackami”, postać autentyczna), przykuty przez Moskali do armaty, omal nie tonie pod spękanym lodem. Później dostaje się pod straż w Perejasławiu Riazańskim, skąd – jak przystało na husarskiego towarzysza z fantazją – wkrótce zbiega, by po kilku przygodach dołączyć do swoich. Wieść o rzekomej śmierci Jacka wcale nie cieszy jego młodszego brata Przecława, który pozostał w majątku rodzinnym w Rzeczypospolitej. Niebawem Przecław popada w tarapaty za sprawą innego szlachcica z rodu Dydyńskich. W Rosji umiera car Borys Godunow, co znacznie ułatwia drogę do tronu Dymitrowi. Samozwaniec, wśród hołdów i padających przed nim na kolana bojarów, obejmuje władzę w Moskwie. Tak oto, w dużym skrócie, przedstawia się fabuła trzeciego tomu powieści Jacka Komudy.

Autor opierał się na wielu materiałach źródłowych, co przekłada się na treść książki – podobnie jak w częściach poprzednich i tu nie brakuje ciekawostek historycznych, z których część znajduje się w przypisach. Komuda kilkakrotnie zaznacza kolosalną różnicę w myśleniu pomiędzy Moskalami a polską szlachtą – Dydyński kocha wolność i nie rozumie poddanych cara (obojętnie czy chodzi o mużyka, czy o dobrze urodzonego), a z szablą u boku czuje się więcej niż pewnie; sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Jeden z lepszych przykładów mentalnej przepaści: podczas gdy przyzwyczajony do ciągłego zginania karku, batów i służalczości prawosławny lud pada plackiem przed Dymitrem, Polacy jedynie mu się kłaniają, ale robią to z dumą i wyczuwalnym dystansem, a gdy nagrodą za ich wyprawę okazuje się zwykły żołd, czują się zniesmaczeni. Oportunizm bojarów, wcześniejszych wrogów Dymitra, w obliczu nowej władzy jest wręcz mdlący. Z kolei w epizodzie z Borysem Oboleńskim, skazanym przez zwierzchnika za samo przebywanie z wrogiem (czyli Jackiem), widać późniejsze praktyki stalinowskie – wszyscy są podejrzani, nie wyłączając jednostek wykazujących ślepą, psią wierność.

W książce znajdziemy opisy bitek, picia, jedną bitwę oraz soczyste przekleństwa, czyli rzeczy, do których pisarz już nas przyzwyczaił. Akcja rwie do przodu, szybko przewracamy kartki, na których Jacek przeżywa przygody godne prawdziwego, XVII-wiecznego awanturnika. Tyle tylko, że pod koniec powieści dominują krótkie podrozdziały dotyczące sytuacji w Moskwie, a Dydyński i spółka schodzą na dalszy plan. Niestety, „Samozwaniec III” to najcieńsza i zarazem najsłabsza z dotychczasowych części. Nie ma tu zwieńczenia historii – żeby się tego doczekać, trzeba będzie przeczytać „Moskiewską ladacznicę” i „Cara z żelaza”. Zawartość trzech tomów spokojnie można było zmieścić w dwóch, nawet stosując charakterystyczną dla fabryki słów dużą czcionkę. Jeśli znacie tomy wcześniejsze, to wypadałoby „Samozwańca” doczytać, ale zastanawiam się, czy warto inwestować w kontynuację cyklu „Orły na Kremlu”. Tak czy inaczej, trylogia poza porcją solidnej rozrywki niesie sporo informacji o ciekawym okresie historycznym i to jest jej niepodważalna zaleta.

______________________________________________________

AUTOR: Jacek Komuda

TYTUŁ: Samozwaniec, tom III

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4/6 za tom III; 4,5/6 za całość.

poniedziałek, 31 października 2011
Matka Polska vs. Germania czyli (przez)wieczna tułaczka pariasa

„Wieczny Grunwald”, moje drugie spotkanie z prozą Szczepana Twardocha, przyniósł pasjonującą lekturę. I chociaż, mając w pamięci opowiadania ze zbioru „Tak jest dobrze”, nie poczułem się aż tak zaskoczony nietypową formą, to powieść jest niewątpliwie jedną z najbardziej intrygujących, jakie dane mi było poznać nie tylko przez ostatni rok, ale nawet w całej czytelniczej „karierze”. Jej autora – tak jak przewidywałem – z przyjemnością dołączam do ulubionych.

„Wieczny Grunwald” zaczyna się jak typowa powieść historyczna. Narratorem i bohaterem jest Paszko, który ginie w bitwie pod Grunwaldem w pamiętnym roku 1410 – to właśnie preludium jego opowieści. Słynna bitwa stanowi punkt wyjścia do późniejszych, wzajemnych relacji polsko-niemieckich oraz początek tułaczki Paszka przez wieki, różne odgałęzienia i odnogi rzeczywistości, gdzie trwa wieczna, narodowa wojna. Cofamy się też w czasie, by poznać okoliczności spłodzenia Paszka, a następnie jego życie, nazywane „istnem światowaniem”.

Będąc owocem zbliżenia sędziwego, bliskiego śmierci króla Kazimierza Wielkiego i młodziutkiej córki niemieckiego kupca, bohater przez całą egzystencję i pośmiertną wędrówkę („Przezwieczny Grunwald”) pozostaje kimś ulokowanym pomiędzy Polakami i Niemcami. Królewski bękart bez praw, syn dziwki (sytuacja życiowa zmusiła matkę do prostytucji), czuje się wyrzutkiem społecznym i jednocześnie pariasem na styku dwóch sił, dwóch narodów, dwóch kultur. Miota się więc między nimi zarówno w istnem światowaniu, jak i na polach Przezwiecznego Grunwaldu. Wielokrotnie odradza się, by ginąć po jednej ze stron tkwiących w niby-zabójczym, niby-miłosnym uścisku. Wraz z rozwijającą się narracją pada wniosek, że owo zwarcie jest niejako sensem istnienia obu nacji i ma w sobie coś z symbolu współzależnych, równoważnych Yin i Yang.

Istnieje na przykład świat bliski dziwacznemu śnieniu, gdzie Matka Polska i Germania stanowią esencję narodowych idei. Germania, ze swoją czystością krwi i Blutfabrik, to zasada i sens. Po śmierci superżołnierze, zwani aantropami, są utylizowani, by ich krew wróciła do obiegu Germanii. Matka Polska to z kolei ziemia i matka karmiąca, ale kochającą zaborczo, oczekująca podporządkowania jej Rozkazom i bezgranicznego poświęcenia. Ale jak ma wyglądać konflikt, kiedy pojawia się Sprawa (czyli komunizm), która pożera Matkę Polskę i czyni z niej zniewoloną Matkę Polskę Sprawną? Polskim aantropom pozostają tylko pozornie heroiczne śmierci. 

Kiedy indziej i gdzie indziej Paszko, odziany w biały płaszcz z charakterystycznym, czarnym krzyżem pacyfikuje żmudzką wieś lub walczy już ze wszystkimi. Mieszają się rzeczywistości, Paszko w setkach istnień bierze udział w prawdziwych i nieprawdziwych wojnach; staje się WszechPaszkiem, raz jest Przezwieczny Grunwald, raz Ewiger Tannenberg. Nawet w świecie, w którym polski dowódca i niemiecki kapitan podają sobie ręce w ramach wspólnej walki z bolszewizmem, on, w skórze sierżanta SS znowu znajduje się pomiędzy młotem a kowadłem – jako ani-Polak, ani-Niemiec nie budzi  pełnego zaufania i tak naprawdę nienawidzi obu narodów jednakowo.

Książka w niemałej części (istne światowanie Paszka) ciekawie oddaje realia późnego średniowiecza, okrutnego, brudnego, pełnego walki, w którym status społeczny człowieka decydował o wszystkim. Świetnie wyszedł Twardochowi główny bohater – tragiczny, rozrywany od wewnątrz nie tylko przez fakt bycia „mieszańcem”, ale również przez potężny kompleks niższości, wynikający z pochodzenia (urodzony i wychowywany w burdelu, a przecież potomek króla). Paszko od dzieciństwa musi walczyć o swoje, jest samotny i nie znajduje pocieszenia w wierze w dobrego Boga Gospodara („człowiek potrzebuje Boga, by się do niego modlić, prosić i dziękować, czyny to coś zupełnie innego”), a nawet w końcu wyrzeka się kroczących za nim Czarnych Bogów.  

Imponuje sposób, w jaki autor potrafi wyrazić swoje poglądy (nie tylko w kwestii tożsamości narodowej), jak rozprawia się z narodowymi mitami, jak przedstawia trudne relacje polsko-niemieckie na przestrzeni wieków. Gdzieś po drodze wspomina o narosłych wokół nich stereotypach. Na poziomie warsztatowym młody jeszcze pisarz stworzył nową jakość, albowiem „Wieczny Grunwald” to popis słowotwórstwa – który dorównuje Dukajowemu, a przy tym jest odeń bardzo różny – przy jednoczesnej łatwości mieszania gatunków, płynnego, jakby zupełnie naturalnego przechodzenia pomiędzy powieścią historyczną, fantastyką i głównym nurtem. Twardoch śmiało i z powodzeniem używa języka stylizowanego na staropolski, gdzieniegdzie dorzucając niemieckie wtrącenia. Nie wygładza słów, tam gdzie trzeba pisze dosadnie i brutalnie, bo jak inaczej opowiadać o narodowej wróżdzie, zabijaniu i pogardzie, również tej odczuwanej do samego siebie? Ten autor wypracował sobie specyficzny, rozpoznawalny styl. Znowu mam wrażenie, że proces twórczy przychodzi mu jakoś tak… nadzwyczaj łatwo.  

Twardoch nie tylko eksperymentuje z językiem w sposób w pełni kontrolowany, nie tylko tworzy powieść wymykającą się klasyfikacjom gatunkowym, ale też zabiera czytelnika w niesamowitą, niemal psychodeliczną podróż, a do tego niejednokrotnie ma mu do powiedzenia coś niebanalnego. W rezultacie „Wieczny Grunwald” to książka niezwykle oryginalna, wielowątkowa, a do tego treściwa, bo w małej objętości znajdziemy mnóstwo rzeczy godnych przemyślenia.

PS. Wrzucam tę książkę do kategorii „powieści historyczne”. Robię tak tylko dla zachowania porządku – w którejś z kategorii muszę ją umieścić.

___________________________________________________

AUTOR: Szczepan Twardoch

TYTUŁ: Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów

WYDAWNICTWO: Narodowe Centrum Kultury

MOJA OCENA: 6/6

wtorek, 14 grudnia 2010
Dwa nagie miecze

Chyba każdy, kto czytał Sienkiewiczowskich Krzyżaków i widział film Aleksandra Forda jest w stanie przywołać w swojej pamięci obraz krzyżackiego posła, który wbija w ziemię przed Jagiełłą dwa nagie miecze- symbol wyzwania do bitwy na otwartym polu. W podobny sposób zaczyna się nowa powieść Jacka Komudy „Krzyżacka Zawierucha”, z tą jednak różnicą, że posłowie przybywają do Jana Kazimierza w roku 1454, przed starciem pod Chojnicami. Ten wyzwanie przyjmuje. Takie zdarzenie w rzeczywistości nigdy nie miało miejsca, o czym autor informuje w przypisach. Niestety Polacy - z wizją zgotowania wrogom drugiego Grunwaldu wymalowaną przed oczami - wspomnianą bitwę przegrywają sromotnie.

Do niewoli trafiają syn i wnuk osławionego Zawiszy Czarnego z Garbowa. To ten drugi staje się bohaterem powieści; zapatrzony w wizerunek dziadka będzie musiał skonfrontować wyznawane rycerskie ideały z brutalną rzeczywistością. Łatwo się domyślić, że przed Bolkiem z Rożnowa bardzo trudne zadanie, szczególnie gdy większość ludzi zdecydowanie bardziej ceni sobie pragmatyzm niż kodeks honorowy. Po śmierci ojca w nierównej, oszukanej walce celem młodego rycerza staje się zemsta na jednym z krzyżackich dostojników. Tak właśnie potomek Zawiszy trafia w wir wydarzeń- w książce dzieje się dużo i szybko. Jest intryga, szpiedzy, pojawia się też piękna, a do tego elokwentna, obdarzona  nielichą inteligencją i ciętym dowcipem szlachcianka. Sam Bolko do mało rozgarniętych nie należy: w jednej z dyskusji skutecznie argumentuje za wyższością polskiego rycerstwa nad zachodnim. Główny czarny charakter jest wrednym sukinsynem i zostaje w końcu - jakżeby inaczej - w sposób właściwy ukarany.

W miarę rozwoju fabuły, pod wpływem obserwacji świata i ludzi w bohaterze zachodzi silna przemiana- z rycerza na końcu książki staje się szlachcicem. Pozbywa się zbroi, walczy turecką, lekką szabelką (wyjątkowo efektywnie zresztą) a nie mieczem, nawet nowy koń  nie jest już ciężkim, bojowym rumakiem tylko pięknym arabem. Nie „akcesoria” są najważniejsze; najistotniejsza jest przemiana wewnętrzna z wojownika z ideałami w wojownika śmiertelnie skutecznego, który dla ratowania ukochanej kobiety potrafi zabijać brutalnie i bez litości. Swoją drogą, mam zastrzeżenia co do tak szybkiego przeobrażenia, ale cóż... książka jest bardzo krótka. Widać wyraźne mrugnięcie okiem pisarza do czytelnika: oto nadchodzi kolejna era, "rodzi się nowe", a Bolko nie tyle się w te zmiany wpisuje, co jest ich symbolem. Oczywiste jest tu nawiązanie Komudy do wcześniejszych powieści z akcją osadzoną sto pięćdziesiąt lat później, w XVII wieku.

Czego możecie się spodziewać po jego nowej książce? Przede wszystkim godziwej rozrywki, o ile lubi się książki przygodowe, osadzone w realiach historycznych. „Krzyżacka Zawierucha”  przypomina nieco powieść sensacyjną tyle, że rozgrywającą się w późnym średniowieczu. Poza dobrymi opisami walki są błyskotliwe dialogi i kilka ciekawych postaci. Książka ma bardzo wyraźną wadę. Pisałem już że dzieje się w niej dużo i szybko. Bardzo szybko się ją czyta, razem z przypisami nie ma nawet 250 stron! Ja wiem, że mieliśmy w tym roku piękną rocznicę bitwy pod Grunwaldem i pewnie autora goniły terminy. Wiem też, że zakończenie otwiera pisarzowi drogę do kolejnych tomów, ale chętnie zapłaciłbym kilka złotych więcej za coś bardziej rozbudowanego. Nie chodzi mi bynajmniej o objętość dla samej objętości! Przydałoby się na przykład zaopatrzyć Bolka w więcej cech, wprowadzić dodatkowe wątki, co moim skromnym zdaniem wyszłoby powieści tylko na dobre.

Podsumowując: niezłe, ale - jak mawiał mój świętej pamięci dziadek - wyraźnie czuć malizną! Dlatego „tylko” 4.

____________________________

AUTOR: Jacek Komuda

TYTUŁ: Krzyżacka zawierucha

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4/6

Nie tylko teoretyk.

W polskiej fantastyce od dłuższego czasu mamy do czynienia z wieloma autorami piszącymi na dobrym, rzemieślniczym poziomie. Dotyczy to między innymi książek wydawanych przez Fabrykę Słów, z których zdecydowaną większość zaliczyłbym do literatury rozrywkowej. Nakładem tego wydawnictwa ukazała się także powieść „Samozwaniec” Jacka Komudy, choć oczywiście w tym przypadku mamy do czynienia z powieścią mocno osadzoną w realiach historycznych. Jak zauważył jeden z internetowych recenzentów o ile treść pierwszego tomu określić można jako przygodowo-historyczną, o tyle w tomie drugim więcej jest historii niż elementów przygodowych. Druga część „Samozwańca” zaczyna się w końcówce roku pańskiego 1604 kiedy to armia Dymitra, w skład której wchodzą dumni polscy husarze oblega Nowogród. Dalej mamy potyczki, wspaniałe bitwy i spisek z wciągniętym weń towarzyszem husarskim Dydyńskim. Opisy Polaków opłakujących i dobijających swe konające po bitwie rumaki czy okrążonych przez wrogów, umierających na przeraźliwym mrozie i czekających na poranek mogą na dłużej pozostać w pamięci czytelnika. Zupełnie inną sprawą jest, że panowie szlachta za śmierć koni mszczą się na jeńcach w sposób okrutny i mało mający wspólnego z honorem rycerskim. Cóż, więcej o fabule pisać nie będę. Kto lubi książki Komudy i czytał część pierwszą na pewno się nie zawiedzie.

W przypadku „Samozwańca” mamy do czynienia z solidnie napisaną i przemyślaną powieścią.... rozrywkową. Co w takim razie wyróżnia tę pozycję od innych? Po pierwsze: znając wykształcenie autora oraz świetną znajomość realiów Polski szlacheckiej mam pewność, iż do moich rąk trafia coś, co ma historyczną wartość. Po drugie: wiele faktów, person i dat ze wspomnianego okresu jest dla przeciętnego czytelnika nieznana lub znana w stopniu słabym. Warto więc się czegoś dowiedzieć i to właśnie od Komudy, bo ten rzeczywiście nie lukruje; opisuje realia XVII z całą brutalnością, a językowi polskich panków i Moskali daleko do poetyckiego (chociażby wymiana zdań podczas oblężenia Nowogrodu). Po trzecie w końcu: imć Komuda fechtuje, jeździ konno i ubiera się po szlachecku, więc jest kimś więcej niż pisarzem i historykiem-teoretykiem. Każdy opis pojedynku, pościgu, bitwy czy warcholskiej pijatyki (ha, ha, ha) staje się przez to bardzo wiarygodny. To tyle.

Ach... Jeszcze na koniec odrobinę ponarzekam, żeby nie było za słodko. Jedynym minusem książki jest jej mała objętość- drugi tom jest o ponad sto stron chudszy od pierwszego. Jeśli dorzucić do tego dużą czcionkę to w efekcie czytelnik otrzymuje książkę, którą „skonsumuje” bardzo szybko.

____________________________

AUTOR: Jacek Komuda

TYTUŁ: Samozwaniec, tom II

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4,5/6

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  



Spis moli