o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Więcej mainstreamu niż fantastyki

Mort Castle, dobrze znany miłośnikom horroru, słynie głównie z opowiadań – opublikował ich ponad 350; za niektóre nominowano go do takich nagród jak The Pulitzer Prize czy Bram Stoker Award. Amerykanin lubi mieszać grozę z innymi gatunkami literackimi, czego przykłady widać w zbiorze Księżyc na wodzie zawierającym dwadzieścia dwa, w większości dość krótkie teksty z lat 1972 - 2000.

Czytając blurba na okładce, a później dwie mocno komplementujące twórczość pisarza przedmowy, można odnieść wrażenie, że oto trzymamy w dłoniach genialną antologię. Wiemy, jak nadęte bywają tego rodzaju peany, jednak niejednokrotnie tkwią w nich trafne uwagi dotyczące danej książki. W tym przypadku nie sposób spierać się ze stwierdzeniem, że na korzyść wielu utworów z Księżyca na wodzie przemawiają zwięzłość, zwarta fabuła, a także trudne do odgadnięcia zakończenia. Lubicie uderzające, mocne puenty? Taka właśnie wieńczy pierwsze opowiadanie – Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu. Bohater, niegrzeszący prawością Johnny Forrester, umiera w szpitalu i w ostatnich chwilach przywołuje w pamięci obrazy z przeszłości. Castle eksponuje temat negatywnych relacji i emocji na linii ojciec-syn, a sama puenta – zahaczająca o fantastykę – jest pesymistyczna i w bezwzględny sposób odziera Johnny’ego (czytelnika również) z danej mu wcześniej nadziei. W podobny sposób mrożą ostatnie zdania w Tato jest naprawdę bystry (chłopiec zazdrosny o swego braciszka), Porze przyjęcia (dziecko chowane jak zwierzę) oraz Uzdrawiaczach. Na ostatni z tych tekstów składają się trzy, oparte na motywach bliskich horrorowi, bardzo treściwe historyjki, w których słowo "uzdrawiacz" należałoby wziąć w spory cudzysłów.

Właściwie autor bardzo rzadko operuje grozą w czystej postaci. Poza Uzdrawiaczami zetkniemy się z nią jeszcze tylko w Starym człowieku i zmarłych, co dzieje się za sprawą… żywych trupów. Proszę teraz nie kręcić głową z dezaprobatą! Zombie pojawiają się w czasie trwania krwawych konfliktów, gdy na ziemi rozpętuje się piekło. Właśnie wojny budzą w ludziach najgorsze, niemożliwe do opanowania demony – dlaczego nie miałoby to dotyczyć zmarłych? Obserwujemy więc sceny z życia protagonisty: bliżej nieokreślony szpital polowy, walki w Hiszpanii, okropności drugiej wojny światowej i borykanie się z depresją w czasach powojennych… W innych krótkich formach Castle również straszy, ale całkowicie rezygnuje z elementów nadprzyrodzonych i przechodzi na pozycje bliższe Ketchumowi lub Kingowi w wydaniu kryminalnym (mam na myśli chociażby Czarną bezgwiezdną noc). Miejsce Hendersona/ Dziewczyna o oczach w kolorze lata dotyczy dość przypadkowego – choć nie mniej przerażającego od dokonanego z zimną krwią – morderstwa, a Miłość, nienawiść i piękne morze złomu, będące w jakiejś części opowieścią o granicach zdrowej wyobraźni, pokazuje jak niewiele może dzielić tytułowe uczucia. Do tej samej grupy tekstów zaliczyłbym Historię Dani (pospolita napaść bywa dla ofiary najgorszym horrorem), Wiadomość (o banalnym, pozbawionym diabolicznego wymiaru złu), Dodatkowe korzyści (sadystyczne upodobania pewnego właściciela sklepu), a także wspomniane Tato jest naprawdę bystry i Porę przyjęcia. Trzeba odnotować, iż proza autora różni się od Ketchumowej brakiem dosłownych, makabrycznych opisów i wcale nie wydaje się przez to mniej wyrazista.

Najdłuższe opowiadanie – Kasztanowy Jim w Egipcie, mieści się na trzydziestu stronach. Akcja dzieje się w 1925 roku, w hrabstwie Williamson (stan Illinois), gdzie dochodzi do górniczego strajku. Występują tu postacie historyczne, a rolę antagonisty odgrywa jeden z ówczesnych przywódców Ku Klux Klanu. Po przeciwnej stronie barykady stoi Kasztanowy Jim – zagadkowa osoba, której obecność pozwala zaliczyć tekst do fantastyki (wszystkie pozostałe są głównonurtowe). Problem rasowej nienawiści pojawia się też w Pewnego dnia zrobię film (Ameryka, lata czterdzieste ubiegłego wieku) oraz w Jaś, Małgosia i Baba-Jaga: listy do artystki (szalejący w hitlerowskich Niemczech antysemityzm). Ważny wycinek historii Stanów Zjednoczonych, z prezydentem Roosveltem i okresem Wielkiego Kryzysu, odnajdziemy w króciutkim FDR: historia miłości. Grupa jazzmanów to bohaterowie opowiadania tytułowego – miłosna fascynacja jednego z członków zespołu miesza się z heroiną, tworzeniem muzyki i lirycznym smutkiem. Nie tylko tu głośno pobrzmiewa jazz i padają nazwiska związane z tym gatunkiem muzycznym; legendarnemu saksofoniście, Charliemu Parkerowi poświęcona jest nastrojowa elegia Bird nie żyje. Tematycznie podobne (śmierć bliskich i związana z tym duchowa strata), choć pod względem klimatu zupełnie inne jest ocierające się o realizm magiczny Altenmoor, gdzie tańczą psy. W sumie więc dostajemy do rąk zbiór z dość różnorodną zawartością.

Nie wszystkie krótkie formy z Księżyca na wodzie opisałem w niniejszej recenzji. Większość z nich reprezentuje mainstream, a nie szeroko pojętą fantastykę, co – nie ukrywam – trochę mnie rozczarowało. Dyskutowałbym z tym, że autor posługuje się szczególnie pięknym, wysmakowanym językiem, znam bowiem pisarzy, którzy sztukę władania słowem pisanym wznieśli na wyższy poziom. Kilku ważnych walorów antologii odmówić jednak nie mogę: Castle świetnie komponuje zwięzłe teksty, potrafi spiorunować puentą i sprawnie porusza się po i między różnymi gatunkami literackimi. Dlatego, choć jako fantasta po lekturze odczuwam lekki głód, antologii wystawiam 4,5.

_________________________

AUTOR: Mort Castle

TYTUŁ: Księżyc na wodzie

WYDAWNICTWO: Replika

MOJA OCENA: 4,5/6 

poniedziałek, 12 grudnia 2011
Czy jest w Was Tyler Durden?

Nie jesteśmy czymś szczególnym/ Nie jesteśmy też byle czym ani śmieciem/ Po prostu jesteśmy/ Po prostu jesteśmy i zdarza się, co ma się zdarzyć

Wprost uwielbiam nieprzewidywalne i pokręcone scenariusze filmowe. To jeden z powodów, dla których tak bardzo cenię „Memento”, „Mechanika” (mam na myśli dramat z Christianem Balem) czy „Fight Club”. Szczególnie ostatniego z wymienionych filmów nie znać po prostu nie wypada – któż go nie widział, komu nie zapadł w pamięć, wraz z kreacjami Edwarda Nortona i Brada Pitta? Prawdopodobnie jednak nie każdy kinoman wie, że powstał on na podstawie pierwszej opublikowanej powieści Chucka Palahniuka. I to właśnie w głowie tego pana zakwitła cała masa zwariowanych pomysłów, tak dobrze przelanych później na ekran przez Finchera.

Narratora poznajemy w momencie, gdy stoi na dachu wysokościowca, a jego przyjaciel Tyler wciska mu w usta lufę pistoletu. Później cofamy się w czasie, by poznać opowieść młodego człowieka, zagubionego w świecie konsumpcjonizmu i kariery zawodowej w anonimowej firmy samochodowej. Koordynator kampanii wycofywania produktów – to brzmi dumnie, ale nasz bohater tak naprawdę nie znosi swojej pracy, jest zmęczony i znudzony. Ciągle w podróży, budzi się na kolejnych lotniskach, leci jeszcze jednym samolotem i podświadomie pragnie katastrofy, rozbicia się o ziemię. Szczęścia nie daje mu mieszkanie, ani coraz to nowsze, markowe i drogie meble. Mężczyzna cierpi na bezsenność, odczuwa egzystencjalną pustkę, poszukuje emocji – prawdziwych i głębokich. Dlatego uczęszcza na terapie grupowe dla ludzi z nowotworami, sam będąc fizycznie zdrowym.

A Tyler Durden? Cóż, Tyler to typ silny, wolny, charyzmatyczny i odważny. Tyler jako kelner prowadzi wymierzony w bogaczy bankietowy sabotaż, a podczas pracy kinooperatora do filmowych taśm wkleja pornograficzne kadry. Prawdziwy z niego buntownik, nieskrępowany konwenansami anarchista pełną gębą! Bohater i Durden razem zakładają klub walki, podziemny krąg. Tak na dobry początek, bo to, co wyprawiają dalej… Zresztą, zdecydowana większość z Was wie, co jest dalej, zdecydowana większość zna prawdę o Tylerze Durdenie…

Nie będę więc pisał dalej o treści, ani o postaciach. Przy ich znajomości większą uwagę przykuwa język powieści – oszczędny, chwilami wręcz surowy. Przeważają zdania krótkie, niekiedy dwu- lub nawet jednowyrazowe, a ilość dialogów – o czym mówi sam Palahniuk – jest ograniczona do niezbędnego minimum. Tekst obfituje za to w powtórzenia, swoiste „refreny”, ponoć charakterystyczne dla tego pisarza. Trzeba przyznać, że ubranie opowieści narratora w taką właśnie formę sprawdziło się znakomicie. Już i tak oryginalnemu dziełu uroku dodaje osobliwy, czarny humor – „Fight Club” to proza pachnąca absurdem, szalona i anarchistyczna, w najlepszym tych słów znaczeniu.

Gdyby nie wyśmienita adaptacja Davida Finchera, obejrzana ponad dziesięć lat temu, czułbym się znacznie bardziej zaskoczony fabułą, ale i tak jest dobrze, bo „Fight Club” dostarcza mocnych wrażeń i jest jedną z tych powieści, o których łatwo się nie zapomina. Nawet w sytuacji, gdy całkiem nieźle pamiętacie film, zawsze warto poznać literacki pierwowzór, do czego wytrawnych czytelników specjalnie przekonywać nie trzeba. Dodam jedynie, że przekładem zajął się Lech Jęczmyk, on też przeprowadził z autorem miniwywiad, zamieszczony na końcu książki. Jeśli jednak gdzieś na tej planecie istnieją ludzie, którzy filmu nie oglądali, a mają zamiar sięgnąć po książkę, to szczerze im zazdroszczę!

A czy w Was jest Tyler Durden?

Dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia za udostępnienie książki.

__________________________________

AUTOR: Chuck Palahniuk

TYTUŁ: Fight Club

WYDAWNICTWO: Niebieska studnia

MOJA OCENA: 5/6

wtorek, 27 września 2011
Tak jest świetnie!

„Każdy z nas prowadzi/ Swoją małą wojnę/ Każdego dnia/ W każdej minucie/ Codziennie rano
/ Zaczyna się na nowo/ Wojna o życie/ Wojna o świadomość”
– Dezerter, „Nasze małe wojny”

O Szczepanie Twardochu słyszałem wcześniej wiele razy, czytałem recenzje jego tekstów, również ostatnio wydanego zbioru opowiadań „Tak jest dobrze”, po który sięgnąłem kilka dni temu. Kiedyś w końcu musiałem poznać prozę tak zachwalanego pisarza, tym bardziej, że w najważniejszym w naszym kraju piśmie fantastycznym książce wystawiono najwyższą notę. I już dzisiaj wiem, że nie odpuszczę, że prędzej czy później kupię książki starsze, a Szczepan Twardoch najprawdopodobniej dołączy do grona moich literackich faworytów.

Sześć historii zawartych w „Tak jest dobrze” łączą wspólne mianowniki, a są nimi: ludzka ułomność i małość, tragizm egzystencji oraz porysowani, a nawet poharatani wewnętrznie bohaterowie, którzy jednak znacznie różnią się od siebie. Pierwszym jest Gerd – stary Ślązak, były snajper, weteran II wojny światowej. Ale Gerd nie bił się z Niemcami pod szyldem AK lub AL, o nie. Na przekór rodzicom walczył dla Niemców, w Waffen-SS. Dzięki celowniczemu krzyżowi z odległości zabierał życie dziesiątkom ludzi; „ukrzyżował” w ten sposób prawie dziewięćdziesiąt ciał. Na froncie wschodnim strzelał również do kobiet, do dzieci. Śmierć jest cały czas z nim, czarna bogini. I nie zrozumie go nikt z młodszych pokoleń, nawet syn, bo ci ludzie nie wiedzą co to wojna, morderczy mróz i zabijanie. A syn – człowiek wykształcony, nagminnie próbujący dobierać się do majtek atrakcyjnym doktorantkom – tak niepodobny do ojca, w oczach Gerda jest ciepłą, rozlaną kluchą. Staremu pozostaje już tylko gorycz i czarna bogini…

W opowiadaniu „Masara” oczami Pauliny spoglądamy na środowisko licealistów. Oczami dziewczyny odtrącanej z powodu tuszy, wyśmiewanej, zakompleksionej, przeżywającej katorgę na lekcjach w-fu, zakochanej w przystojnym chłopaku. Masara – tak ją nazywają szkolni koledzy. Masara, czyli w gwarze śląskiej wielka, tłusta mucha. Paulina ma ciało, którego się wstydzi, które jest źródłem cierpień. Nastolatka go nienawidzi, nienawidzi samej siebie. Nawet jako dorosła, robiąca karierę, odchudzona i seksowna kobieta nie pozbędzie się do końca zahamowań, choć na kompleksy znajduje pewien „lek”. Ciało ma też jej szkolna miłość – Marek. Ciało sprężyste, umięśnione, wysportowane i wytatuowane. Jako dojrzały facet nie pamięta specjalnie Pauliny, bo kto by pamiętał grubaskę i kujona? Ale jest Facebook. I kto na zdjęciu, dawna koleżanka z klasy?

Problemy życiowe przeżywa także młody księgowy z „Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka”. W szkole uważany za dziwaka, wychowywany przez silną, dominującą matkę, bez ojca. W tym wychowaniu był dystans, jakiś z góry założony krytycyzm, nawet pewna toksyczność. Była opieka, zapewnienie bytu, ale czy nie zabrakło prawdziwej miłości? Więc Włodek jest skażony, samotny, choć pracownik z niego świetny, skrupulatny, wręcz pedantyczny. Jako mężczyzna Kurczyk czuje się niedowartościowany, nieporadny i niepełny. Dlaczego w takim razie zwraca na niego uwagę piękna współpracowniczka, dlaczego go uwodzi, idzie z nim do łóżka? No i jak Włodek kwitnie przy niej, jak się rozwija, osiąga sukcesy…

Człowiekiem sukcesu jest na pewno Jacek Barcz, bohater i narrator „Uderz mnie”. Bogaty, w wielkiej firmie, ze wspólnikiem, który stanowi coś w rodzaju tolerowanej konieczności, choć w wywiadach dla gazet trzeba udawać przyjaźń. Trzeba nakładać maski. Ta najważniejsza to sam pan Barcz – dystyngowany, utalentowany architekt, dandys, w swoim mniemaniu najlepszy w branży. Kim jest tam głęboko w środku, w swoim jestestwie? Tym panem Barczem o napompowanym ego, czy bardziej Jackiem ze studiów, chłopakiem swego czasu zaangażowanym w dziwny związek ze starszą od siebie wykładowczynią? Kimkolwiek by nie był, prowadzi wewnętrzną walkę. Od świata i traumy ucieka z kolei bohater ostatniego, tytułowego tekstu. A ucieka w dzicz, w zimne bezludzie Norwegii, bo może tam znajdzie się głodny niedźwiedź, który zapoluje na samotnego podróżnika i skróci cierpienia? Ten mężczyzna idzie po śmierć, ale nadal potrafi podziwiać piękno przyrody. Widzi też szczątki dawnych przybyszy (tylko tyle po nich zostało?). Co znajduje w mroźnym skandynawskim kraju? Czy tylko wspomnienia?

Są takie książki, w których postacie są jednowymiarowe i płaskie jak blat od stołu. U tego pisarza jest dokładnie na odwrót: podczas lektury poznajemy wnętrza ludzi, prawdziwe i głębokie psychologiczne portrety. Autor po prostu znakomicie ukazał wewnętrzny świat swoich pogmatwanych bohaterów. Twardoch ogarnął mnóstwo rzeczy: dzieciństwo, dojrzewanie i ich wpływ na dorosłość, młodzieńczy bunt i próby zachowania go. Ale przede wszystkim Twardoch pisze o prozie życia, z całą jego beznadzieją, o szarej codzienności, rozczarowaniach i zagubieniu człowieka dojrzałego. Nie omija tematów związanych z seksualnością i związkami damsko-męskimi, a nawet mocno je akcentuje. Ludzie to z definicji istoty niedoskonałe oraz tragiczne (już sama samoświadomość czyni nas takimi) – zdaje się mówić czytelnikowi. Wszelkie dywagacje o sensie egzystencji znikają jednak przy sprowadzeniu nas do poziomu zwierząt, którymi przecież jesteśmy – instynkt samozachowawczy o jakikolwiek cel i sens nie pyta (wieloznaczny tekst „Ona płynie w moich żyłach”). „Tak jest dobrze” stanowi więc zbiór tematów gorzkich, niekiedy bolesnych, ale realnych i ważnych.

Wydawca napisał, że w serii Kontrapunkty ma ukazywać się literatura wymykająca się ze schematów, uciekająca z szufladek. I taka właśnie jest ta książka. Jakiego języka używa Twardoch? Czasami dosadnego, czasami wręcz wulgarnego, a w „Gerdzie” posługuje się też gwarą śląską oraz wtrąceniami w języku niemieckim, co jest zupełnie zrozumiałe i uzasadnione. Generalnie zdania chyba wypadają mu jakoś z rękawa (lekko rusza ręką i już się sypią, czy jak?), by ułożyć się idealnie. Nie ma słów niepotrzebnych, żadnej przypadkowości. W licznych powtórzeniach słów, zwrotów, imion dostrzega się działanie całkowicie zaplanowane. Ma to niesamowity urok i dziwną moc. Mógłbym jeszcze dalej klepać w klawiaturę, ale streszczę się: ten facet pisze świetnie. Efekt? „Tak jest dobrze” pochłonęło mnie bez reszty – jak dla mnie czytelnicza miazga! Czuję lekki niedosyt, ale tak powinno być z prozą wysokich lotów. Twardoch pozostawia w tyle większość znanych mi „poważnych” literatów, nie wspominając o typowo rozrywkowych fantastach pokroju Piekary czy Grzędowicza (z całym szacunkiem). Nie pozostaje nic innego, jak tylko kupować i czytać, czytać i jeszcze raz czytać wcześniejsze rzeczy tego pana, z „Wiecznym Grunwaldem” na czele. Książkę szczególnie polecam przedstawicielom mojego (i autora) pokolenia, czyli dzisiejszym trzydziesto(paro)latkom.

_____________________________

AUTOR: Szczepan Twardoch

TYTUŁ: Tak jest dobrze

WYDAWNICTWO: Powergraph

MOJA OCENA: 6/6

wtorek, 14 grudnia 2010
Bardzo dziki zachód

„Krwawy południk” ukazał się w Polsce nakładem Wydawnictwa Literackiego, w USA miał premierę w 1985 roku. To druga, po bestselerowej i nagrodzonej Pullitzerem „Drodze” powieść McCarthy’ego, po którą sięgnąłem. Nie żałuję, choć książka do łatwych, lekkich i przyjemnych z pewnością nie należy.

Tak jak w „Drodze” mamy do czynienia z motywem wędrówki czy tułaczki, tym razem nie w świecie postapokaliptycznym, lecz w Ameryce i Meksyku XIX wieku. Tak jak w „Drodze” dialogi są oszczędne, wręcz ascetyczne, a żadne z wypowiedzianych przez postacie zdań nie jest poprzedzone myślnikiem. Poetyckie opisy przyrody przemieszane są ze scenami makabrycznych rzezi dokonywanych zarówno przez Indian, jak i białych bandytów. Zawiedzie się ktoś, kto sądzi, że w książce znajdzie twardych, ale szlachetnych rewolwerowców, gotowych stanąć w obronie słabszych czy sprawiedliwych szeryfów zaprowadzających porządek w dzikiej, dopiero zaludnianej krainie. Króluje bezprawie i przemoc w najbrutalniejszej postaci. Najważniejszym trofeum są skalpy. Zdziera się je z zabitych i żywych ludzi; nie tylko z przeciwników po zakończonej walce, ale też z kobiet i dzieci. Opis dziwacznie ubranych Komanczów może budziłby uśmiech, gdyby nie to, że w dzikim ataku zarzynają i dosłownie patroszą kawalerzystów, odrąbują głowy i członki, smarują się ich krwią. Biali wcale nie są lepsi- w wiosce Apaczów krew leje się strumieniami, dla nikogo nie ma pardonu, gwałcone są konające i już martwe kobiety.

Głównym bohaterem jest kilkunastoletni chłopak, uciekinier z domu z charakterem i skłonnością do bójek. Dzieciak wędruje do Teksasu, by w końcu trafić do bandy łowców skalpów, której przywódcą jest John Glanton (postać autentyczna). Jego okrucieństwo i cynizm bledną jednak przy cechach Holdena, zwanego sędzią. Dwumetrowy sędzia przeraża nie tylko posturą. Swoim wykształceniem i inteligencją przewyższa wielokrotnie resztę członków bandy; ma w sobie po troszę z kaznodziei, filozofa, naukowca, nawet szamana. Wydaje się być szalonym i nieobliczalnym demonem wojny, którą hołubi. W całej grupie zabijanie nie budzi emocji, odebranie komuś życia jest łatwe niczym splunięcie. Sam Glanton zdaje się być nieporuszony także śmiercią współtowarzyszy, rannych w strzelaninie po prostu się dobija. Poczucie siły i bezkarności pcha ich do kolejnych pijatyk i morderstw: giną Meksykanie mieszkający w zapadłych miasteczkach, a w pewnym momencie, po opanowaniu przeprawy z promem, Glanton zaczyna przypominać średniowiecznego, krwawego władykę.

Jak przystało na opowieść o Ameryce z XIX wieku są i knajpy oferujące, oprócz whiskey, także towarzystwo prostytutek. Przyroda tak pięknie i lirycznie opisywana przez McCarthy’ego bardzo często okazuje się mordercza- umrzeć można nie tylko od strzał Indian czy kul, ale też pod wpływem palącego słońca na pustkowiach, które zdają się nie mieć kresu, w łapach potężnego grizzly czy od ukąszenia węża.  Krajobraz podczas przemierzania terenów Teksasu i Meksyku zmienia się- pustkowia przechodzą w lasy iglaste i liściaste, góry z potokami i mieściny, gdzie obrazem nędzy są lepione chatynki. Śladem ludzi idą wilki, nie jako jedyne chętne do skosztowania ludzkiej i końskiej padliny. Wydawać by się mogło, że zwierzęta w walce o przetrwanie są jednak bardziej przewidywalne niż człowiek. Walka, której częścią jest też Dzieciak nikogo w ludzkim świecie nie pozostawia bez skaz i wypaczenia.

Podczas przemierzania rozległych połaci bardzo częstym jest widok zniszczonych lub wywróconych wozów o połamanych osiach. Taki wóz widnieje na okładce książki wraz z bielejącym kościotrupem, co stanowi symbol przegranej człowieka z nieposkromioną krainą. Obraz tak zwanego dzikiego zachodu zaserwowany przez pisarza jest więc daleki od westernowego i - tutaj nie mam wątpliwości - znacznie bardziej zbliżony do prawdy. To czytelnicza podróż nie tylko przez niebezpieczny kraj ale również, a raczej przede wszystkim- do mrocznych otchłani ludzkiej duszy.

____________________________

AUTOR: Cormac McCarthy

TYTUŁ: Krwawy południk

WYDAWNICTWO: Literackie

MOJA OCENA: 5/6

Szeryf z twarzą Tommy Lee Jonesa

Po lekturze Krwawego południka ponownie za sprawą Cormaca McCarthy’ego odwiedziłem Teksas i pogranicze amerykańsko – meksykańskie i po raz kolejny nie zawiodłem się na twórczości tego pisarza. Dwa lata temu obejrzałem film, książkę przeczytałem dopiero teraz i nie ukrywam, że wolę dokładnie odwrotne sytuacje. Ci, którzy oglądali dzieło braci Coen z pewnością pamiętają historię kryjącą się pod tytułem „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Z pozoru scenariuszowo prostą opowieść toczącą się wokół kilku bohaterów McCarthy przekazuje w sposób nadzwyczaj ujmujący.

Llewelyn Moss, weteran wojny w Wietnamie podczas polowania przypadkowo natrafia na miejsce niedokończonej transakcji narkotykowej. Z pobojowiska wynosi walizkę pełną dolarów, co -jak łatwo się domyśleć- staje się źródłem poważnych kłopotów. Wkrótce śladem Mossa i ogromnych pieniędzy rusza psychopatyczny zabójca, Antony Chigurh. Trzecią i chyba najważniejszą postacią jest bliski emerytury szeryf o nazwisku Bell. Doświadczony, obdarzony talentem dedukcyjnego myślenia stróż prawa szybko dochodzi do właściwych wniosków i stara się zapobiec tragedii, jednak cały czas pozostaje o jeden krok za Mossem i ścigającym go płatnym mordercą. Bell jest człowiekiem starej daty, walczącym jeszcze w drugiej wojnie światowej o wyzwolenie Francji. Okazuje się tradycjonalistą z trzeźwym spojrzeniem na rzeczywistość, ale też z poczuciem obowiązku obrony ludzi, bo taki obowiązek nakłada na niego sprawowana funkcja. Wydaje się być policjantem z powołania, który co prawda przez kolejne lata sporo przeżył, ale postępowanie bliźnich i ich brutalność nadal go dziwią i zaskakują. Tym bardziej, że pamięta dużo spokojniejsze czasy, kiedy ludzie bardziej sobie ufali. Nie może i nie chce zaakceptować dokonujących się wokół niego negatywnych zmian, z drugiej strony jest w pełni świadomy, że nie ma na nie wpływu. Mając przeczucie co do nieuchronności wydarzeń mimo wszystko walczy o życie Llewelyna i jego młodej żony. Chigurh przypomina nieco niezniszczalnego ducha i jest nieuchronny jak śmierć. Wytrwale tropi i w końcu dopada Llewelyna, choć ten umiejętnie zaciera ślady. Niestety, w ramach wierności dziwnemu kodeksowi Chigurh zabija również panią Moss. Ed Tom Bell w końcu odchodzi z pracy, musi dokonać też rozrachunku z sobą samym, gdyż pewne zdarzenie  z przeszłości związane z wojną nie daje mu spokoju…

Książka McCarthy’ego została napisana w sposób specyficzny. Kto zna tego autora zapewne wie, co mam na myśli: nieskomplikowany język i używanie na pozór „ubogich” dialogów są zabiegiem celowym i tworzą unikalny styl pisarza. Wbrew pozorom wcale nie jest łatwo napisać dobrą, ciekawą, mądrą i zmuszającą do myślenia książkę używając prostego języka! Ten autor to potrafi i jak dla mnie tkwi w tym wprost niezwykły urok. Wcale nie dziwię się zatem zachwytom na temat „Drogi”, „Krwawego Południka” czy opisywanej przeze mnie książki zamieszczanym w gazetach.Nie będąc polonistą pokuszę się o stwierdzenie, że warsztat pisarski tegoż autora zasługuje na wielkie uznanie. Oczywiście znajdą się też tacy, którym styl McCarthy’ego zdecydowanie odpowiadać nie będzie. Powiadają, że de gustibus non est disputandum, choć dla mnie osobiście to jedno z najmniej sensownych powiedzeń.

Za każdym razem kiedy czytałem nazwisko szeryfa oraz jego spostrzeżenia na temat życia, ludzi i świata zawarte na wstępie każdego rozdziału, przed oczyma widziałem twarz Tommy Lee Jonesa – stąd tytuł tej recenzji. Cóż, najwyraźniej tak to już jest, kiedy najpierw ogląda się adaptację filmową (w tym przypadku więcej niż udaną), a dopiero później sięga po książkę.

______________________________________

AUTOR: Cormac McCarthy

TYTUŁ: To nie jest kraj dla starych ludzi

WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

MOJA OCENA: 5/6

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      



Spis moli