o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
piątek, 16 listopada 2012
Żurnalistą być…

„[…] im bardziej jesteśmy spragnieni ambitnych czy fachowych treści, tym trudniej o pracę dla zawodowego dziennikarza. Portale, pisma fachowe pełne są ofert, ale dla nowej generacji autorów. Dziennikarzy ekspertów, ekonomistów, socjologów, farmaceutów, nawet sommelierów. Wśród tradycyjnych dziennikarzy prasowych rośnie bezrobocie.”

Ewa Wilcz-Grzędzińska i Tomasz Wróblewski, mając na uwadze brak publikacji o sztuce tworzenia artykułów, wypełnili rynkową lukę książką „Pisać skutecznie”. To właśnie z niej pochodzi zamieszczony wyżej cytat – ważne, przybliżające dzisiejsze realia stwierdzenie. Ktoś mógłby skrzywić się na samo słowo „poradnik”, ale tak właśnie należy nazwać opracowanie adresowane do autorów wszelkiej maści – tych czynnych, chcących się doszkolić oraz tych, którym dopiero marzy się docieranie do szerszego grona odbiorców. Duet dziennikarski Wilcz i Wróblewski, korzystając z wieloletniego, wyniesionego z popularnych gazet doświadczenia, stworzył coś, co nie zawiera ogólników i banalnych porad.

Na niewielkich rozmiarów książkę składa się siedem rozdziałów. W pierwszym mowa o newsach, tematach, weryfikacji zdobytych informacji, stawianiu tez (czasami fałszywa, przez nikogo niezweryfikowana teza przetacza się przez wiele gazet), a także szczególnie ryzykownym dziennikarstwie śledczym. Kolejny rozdział poświecony jest konstrukcji tekstów. Najwięcej miejsca zajmuje w nim opis rodzajów otwarć – rozpoczęcie od anegdoty, uogólnienia, metafory, pytania retorycznego, historii, sytuacji, dowcipu lub sarkazmu to tylko niektóre z możliwości. Laik dowie się tutaj znacznie więcej: czym jest rozprowadzenie tekstu (tzw. billboard), jak piszący powinien dowodzić swojej tezy i jak należy dzieło kończyć. Artykuł ma być strukturą z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem.

Tekst prasowy, tak jak towar, musi posiadać opakowanie. Tytuł – najlepiej chwytliwy, przyciągający uwagę. Przy jego wymyślaniu ważna jest umiejętność kojarzenia i operowania skrótami myślowymi. Można nawet mówić o poetyce tytułów, które również podzielono na rodzaje (np. aluzyjne, intrygujące czy wartościujące). Styl i język to temat osobny. A w dziennikarstwie znów obowiązuje styl prosty i suchy; epoka rządów formy nad treścią odeszła w zapomnienie. Na budowę tekstu składa się jego rozłożenie – akapity, a także odpowiednie relacje pomiędzy zdaniami krótkimi i długimi (to akurat wie każdy średnio wprawiony czytelnik). Autorzy „Pisać skutecznie” zwracają uwagę na takie rzeczy jak odpowiednie dawkowanie cytatów, niepotrzebne stosowanie prawd obiegowych oraz precyzję – zmysł obserwacji, wiązanie faktów i umiejętność formułowania zdań to jeszcze nie wszystko w zawodzie żurnalisty. Pozostają już tylko kwestie czyszczenia artykułu oraz tego, jak zainteresować nim redakcje.

Wszelkie porady zawarte w „Pisać skutecznie” podparto konkretnymi przykładami z prasy krajowej i zagranicznej. Gdzieniegdzie znajdziemy także wypowiedzi znanych, polskich felietonistów. Jednym słowem pełen profesjonalizm. Szkoda tylko, że nie ma tu wskazówek bezpośrednio dotyczących pisania recenzji. Pewne zagadnienia i owszem, odnoszą się również do tworzenia tego rodzaju tekstów, ale to zdecydowanie za mało, aby usatysfakcjonować książkowych czy filmowych blogerów. Pomimo tego nie zaszkodzi przeczytać. Nawet jeśli nigdy nie zamierzaliście zostać autorami. Po lekturze każdy spojrzy na ulubione gazety i pisma pod innym kątem, a co wnikliwsi zechcą dokonać analizy zawartych w nich materiałów.

_________________________________________________

AUTORZY: Ewa Wilcz-Grzędzińska, Tomasz Wróblewski

TYTUŁ: Pisać skutecznie. Strategie dla każdego autora

WYDAWNICTWO: Ossolineum

MOJA OCENA: 4,5/6

sobota, 30 czerwca 2012
Literacki anarchizm

Reportaż „Rok nie wyrok” Piotra Milewskiego momentami śmieszył do łez, momentami wzbudzał trwogę. Niewielkich rozmiarów książka, zatytułowana „Szkice glanem” również kryje w sobie solidną porcję absurdu i kpiny (już sam tytuł mówi coś o zawartości), ale to już nie reporterska relacja z pierwszej ręki, tylko zbiór krótkich, w większości satyrycznych tekstów. Ukłony w kierunku poczucia humoru Pythonów oraz nawiązania do dadaizmu i futuryzmu przekładają się na twórczy anarchizm. A anarchizm literacki, wiadomo – jeśli zechce, nawet gramatyki nie uszanuje; hulaj dusza, piekła nie ma.

Co robi dziennikarz, jeśli po weekendzie musi oddać felieton o zgubnych skutkach spożywania alkoholu? Wiadomo, przygotowuje się wszechstronnie: piwo, wino i wódka, a do tego – z upływem czasu i trunków – w coraz większym gronie imprezowiczów. W Nowym Jorku o spirytus raczej trudno, za to na Greenpoincie mieszka diabeł. Bynajmniej nie za jego sprawą w Halloween Milewski zmienia płeć (jak to jest, kiedy najlepsi koledzy zaczynają się do człowieka przystawiać?) i rozmawia w wigilijny wieczór ze swoim czworonogiem. Jakoś tak w okolicach gwiazdki w szanownym autorze budzi się druga osobowość. A potem następna, następna i… jeszcze jedna. Osobowości kłócą się ze sobą, przekrzykują, bo każda chce czegoś innego. Z racji odmiennych wyznań, pojawiają się rozmaite pomysły na spędzenie nadchodzących świąt. Jeszcze w kwestii świąt – w Stanach musi być jeszcze Thanksgiving, no i indyk. Kto wie, czy indyków nie produkują w Chinach, bo rynek amerykański również zalało morze badziewia (najczęściej w cenie 99 centów za sztukę).

Milewski drwi z banalnej tematyki kobiecych pisemek oraz przeprowadza sensacyjny wywiad z gwiazdą „Seksu w wielkim mieście”, która zdradza, że urodziła się jako… źrebię płci męskiej. Żartobliwie chwali lenistwo (dostaje się anonimowemu twórcy „Satyry na leniwych chłopów”), nie kryje negatywnego stosunku do prezydentury Busha juniora i do polityków w ogóle (program polityczny oparty na… guanie). Zabawa w pieszczotliwe zdrobnienia, której powodem jest nadejście wiosny, szybko kończy się rozstrojem nerwowym i chęcią „chlania na umór”. Wakacyjny wyjazd pewnej pary przypomina klimaty z filmów Marka Koterskiego, przy czym Miauczyński występuje tu w skórze kobiety. Poprawka: baby. Zbiorek zamyka, dedykowany Carlosowi Castanedzie, tekst o doświadczeniach z narkotykami. Mało? To i tak jazda bez trzymanki po wertepach, a pozostają jeszcze: krótka rozprawa o liberałach i konserwatystach, oświadczyny złożone Dorocie Masłowskiej, (anty)poemat, a także inne, „wykręcone”, abstrakcyjne formy poetyckie – konia z rzędem temu, kto nie będzie się zastanawiać, co też piszący miał na myśli.

„Szkice glanem” to zbiorek bardzo osobliwy, w którym Milewski utrzymuje olbrzymi dystans do rzeczywistości i samego siebie (wolny strzelec, outsider, kobieciarz, za kołnierz nie wylewa). Większa objętość książki mogłaby podziałać na jej niekorzyść i spowodować zmęczenie czytelnika. A tak – mamy pozycję, która spełnia rolę czytelniczej odskoczni, jest czymś nowym i świeżym (przynajmniej dla mnie). Przy przygotowaniu na to, co czeka na nas w „Szkicach”, łatwiej strawić ich treść i nie zapytać, jak cytowany na okładce recenzent, „co to k… jest?”. Istnieje ryzyko, że językowi puryści i pedanci będą nerwowo ogryzać paznokcie lub nawet zgrzytać zębami, aż do ich połamania. Natomiast ci, którzy tolerują pewną dozę zamierzonej bełkotliwości, akceptują nieprzewidywalność oraz „bezpieczne” szaleństwo, mogą przeczytać bez irytacji.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia.

__________________________________

AUTOR: Piotr Milewski

TYTUŁ: Szkice glanem

WYDAWNICTWO: Niebieska studnia

MOJA OCENA: 4/6

Tagi: Milewski
14:25, jareckr , Inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Radziecki moloch i jego upadek

Ryszard Kapuściński był, obok Stanisława Lema, jednym z najczęściej tłumaczonych polskich pisarzy. Patrząc na jego dorobek książkowy, opierający się na wyjątkowych umiejętnościach obserwatorskich, dziennikarskich i literackich, nie powinno to nikogo dziwić. Wydane w 1993 roku „Imperium” jest jednym z najważniejszych dzieł  „cesarza reportażu”. Książka to zbiór relacji z podróży do ZSRR, podzielony na trzy części: „pierwsze spotkania” dotyczą lat 1939-1967, część druga i najobszerniejsza – „z lotu ptaka” – okresu 1989-1991, czyli schyłku radzieckiego molocha, „ciąg dalszy trwa” stanowi natomiast rodzaj podsumowania. Wersję wydaną przez Agorę – tak, jak wszystkie „Dzieła wybrane” Kapuścińskiego – wzbogaca zamieszczony na końcu esej zagranicznego autora.

Oczami siedmioletniego Ryszarda obserwujemy wydarzenia w zajętym przez armię czerwoną Pińsku. Nocna „wizyta” enkawudzistów w domu rodzinnym (ojciec był polskim oficerem), strach matki, masowe wywózki, mróz i głód na zawsze pozostały w pamięci pisarza. Z wiadomych (dla nas) przyczyn w szkole cały czas ubywa dzieci, a pewnego dnia w klasie nie pojawia się lubiany nauczyciel. W roku 1958 Kapuściński przemierza bezkresne połacie ZSRR, będąc pasażerem kolei transsyberyjskiej. Państwo radzieckie jawi się jako olbrzym spowity śnieżną bielą, a ta bywa tyleż piękna (z perspektywy pasażera), co mordercza (dla kogoś, kto znajduje się na zewnątrz). Reporter pisze o granicach różnego rodzaju – nie tylko państwowych i przyrodniczych, ale również tych istniejących w ludzkich mózgach, przywołuje wspomnienia polskiego generała zesłanego na Sybir po powstaniu kościuszkowskim. W pociągu raczej trudno o nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu, bo cudzoziemiec zawsze jest kimś podejrzanym.

O tym, że ZSRR nie był monolitem przekonujemy się w rozdziale „Południe, 67”. Autor odwiedza siedem republik: Gruzję, Armenię, Azerbejdżan, Turkmenię, Tadżykistan, Kirgizję oraz Uzbekistan. W ojczyźnie Stalina ogromne wrażenie robi miasto wykute w skale, a zaserwowany przez Kapuścińskiego opis nierozłącznej pary koniak-dąb jest po prostu zniewalający. Ormianie okazują się narodem o starej kulturze, który w obliczu ciągłego zagrożenia wykształcił nadzwyczajne zdolności w dziedzinie tłumaczenia i kopiowania ksiąg. Azerbejdżan obfituje w złoża ropy naftowej, Turkmenia – w tereny pustynne (woda to największy skarb) i zamieszkujące je koczownicze plemiona, zaś Tadżykistan – w obszary rolnicze. W relacji z Uzbekistanu na główny plan wysuwa się postać okrutnego władcy, a zarazem konesera sztuki z przełomu XIV i XV wieku – Timura (Tamerlana).

Kolejne zetknięcie z tytułowym Imperium ma miejsce po latach, jesienią 1989 roku. To już zupełnie inny czas. Kryzys, jaki przeżywało radzieckie państwo śledzono na świecie z uwagą, ale i niepokojem. Jaką drogę obierze kraj, którego dotychczasowi władcy (biali i czerwoni) byli niczym bogowie? Kapuściński odwiedza Moskwę i republiki w niezwykle ważnym, przełomowym okresie. W reportażach części drugiej, poza ukazaniem dokonujących się zmian, zmierzających do ostatecznego rozpadu molocha, znajdziemy również mroczne historie z sowieckiej przeszłości (wielki głód na Ukrainie, dehumanizacja w łagrach, stalinowskie czystki). Marnotrawstwo ludzkiej energii i zasobów materialnych to nic w porównaniu z pogardą dla życia jednostek. Dziesięciolecia terroru, represji, nędzy, upokorzeń i bezsensownego poświęcenia stworzyły ludzi określanych mianem homo sovieticus. Homo sovieticus nie zadaje pytań, bo są niebezpieczne i stanowią domenę śledczych, ciągle zgina kark, jest zastraszony, apatyczny i zrezygnowany, a bezmyślność rządzących traktuje jak rodzaj naturalnego kataklizmu, któremu w żaden sposób nie da się zaradzić. Innymi słowy: to człowiek psychicznie, a często także fizycznie, okaleczony. Najmocniej widać to chyba w zagłębiu węgla kamiennego w Workucie, gdzie znajdował się zespół kilkunastu obozów pracy. W 1990 roku, nawet gdy już dochodzi do strajku, tutejsi górnicy nie potrafią rozmawiać z dyrekcją (ani nawet wybrać kogoś, kto godnie by ich reprezentował) i łatwo dają się zwieść.

To, co wcześniej było nie do pomyślenia, czyli derusyfikacja i obecność na ulicach uzbrojonych oddziałów fedainów, ma miejsce między innymi w Armenii. Nagły brak bata powoduje odżywanie licznych tendencji niepodległościowych, ale także nacjonalistycznych, a co za tym idzie – odmrożenie wszelkich istniejących waśni i sporów terytorialnych. Kapuściński trafia do Górnego Karabachu w najgorętszym momencie, by poznać „mały świat” Ormian – chrześcijan otoczonych zewsząd przez wyznawców islamu. Jak się tam dostał? To już cała, odrębna i emocjonująca opowieść. Lata 1989-1991 to także okres rozkwitu wszelakich mafii oraz łatwiejszego dostępu do broni. A bieda jest nadal, nawet tam, gdzie na dużą skalę wydobywa się diamenty, ropę naftową, złoto czy srebro. W Azji Środkowej pod wpływem działania komunistycznych elit, które zmusiły lokalną ludność do uprawy bawełny, doszło do wyschnięcia rzek i zaburzenia ekosystemu – kiedyś żyzne i kwitnące obszary zamieniły się w pustynie. Baszkirię natomiast zamieniono w chemiczny poligon, czego rezultatem było zatrucie środowiska i ludzi fenolem. Ale są też i pozytywy – Rosjanie po odkneblowaniu ust zaczynają mówić, zwierzać się, czasem wręcz żywiołowo dyskutować.

W części zamykającej książkę autor pisze o utracie kontroli (przez wiele lat obsesyjnej i drobiazgowej) przez Moskwę, o wydarzeniach związanych z Gorbaczowem i Jelcynem, a więc o pierestrojce, puczu, rozpadzie ZSRR, rozczarowaniach społeczeństwa. Ponad to wskazuje na problemy związane z pozostałościami po upadku systemu i zadaje pytania dotyczące przyszłości Rosji.

Każdy z tekstów sprawia wrażenie skrojonego na miarę, jakby odmierzonego z niemal aptekarską precyzją. Czytać tę książkę to jak przeglądać starannie dobrane widokówki, często pełne tragizmu, smutku, śmierci, ale też zadziwiające i fascynujące. Jak dużo dostrzegał Kapuściński, a co uchodziłoby uwadze innych! Co ważniejsze, w mnogości narodów, w ogromie terytorialnym Imperium pisarz potrafił zobaczyć człowieka. Nie interesowały go – tak jak innych reporterów – postacie z telewizyjnych newsów, tylko uczestnicy szarego życia. Spostrzeżenia dotyczące ludzi, kultury i mentalności ubierał w kształtne zdania, które stworzyły barwną, pełną ciekawostek opowieść. Imponuje ilość cytowanych książek – jest Czechow, Dostojewski, Herling-Grudziński, Mickiewicz, Pipes, Schulz, Sienkiewicz, Tołstoj, Wells i wielu, wielu innych. „Imperium” to nie zestaw suchych reportaży, ale czarowanie frazą – od pierwszej do ostatniej kartki mamy do czynienia z lekturą napisaną niezwykle płynnie. Rację miał autor eseju, Adam Hochschild – Kapuściński uprawiał magiczne dziennikarstwo!
____________________________

AUTOR: Ryszard Kapuściński

TYTUŁ: Imperium

WYDAWNICTWO: Agora

MOJA OCENA: 5,5/6

sobota, 28 stycznia 2012
Przymusowy odwyk i terapia odnowy moralnej

Piotr Milewski – nowojorski korespondent Radia ZET i TVN24, znalazł się pewnego dnia w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Został aresztowany przez policję i niesłusznie oskarżony o handel narkotykami. Co zastanawiające, stróże prawa nie zatrzymali siedzących w aucie prawdziwych dilerów, zaś towarzyszącą reporterowi kobietę potraktowali brutalnie. W sądzie Milewski stanął przed wyborem pomiędzy procesem, niosącym ryzyko skazania na ponad dwa lata więzienia, a przymusowym, rocznym odwykiem. Za namową obrońcy wybrał to drugie i trafił na grupowe sesje z psychologiem oraz terapię odnowy moralnej (MRT – Moral Reconation Therapy). Odwyk oznaczał towarzystwo przestępców – głównie drobnych handlarzy i cwaniaczków, a niekiedy też groźnych recydywistów, którzy za kratkami spędzili większą część życia. Sytuacja nie do pozazdroszczenia? Prawda, ale dzięki takiemu obrotowi spraw powstał tyleż nietypowy, co intrygujący i miejscami zabawny (sic!) reportaż pod tytułem „Rok nie wyrok”.

Autor opisał przebieg wspólnych z kryminalistami (choć nie tylko) spotkań terapeutycznych w ośrodku o znamiennej nazwie „Punkt Zwrotny”, okresowe wizyty w sądzie (wspomniane MRT) oraz kilka dni prac społecznych. Na zajęciach prowadzonych najczęściej przez czarnoskórą Khaishę porozumiewał się tak, jak większość uczestników – używając slangu charakterystycznego dla getta. Za sprawą sposobu bycia dość szybko zyskał akceptację, a nawet sympatię kolorowego towarzystwa (przeważali Czarni i Latynosi) i stał się swojakiem, czyli „czarnuchem”. Tematy pogadanek w „Punkcie Zwrotnym”? Pomijając odpowiedzi na standardowe pytania pani psycholog o nastrój, samo życie ulicy: dilerka, ćpanie, kombinowanie i przeżycie w miejskiej dżungli, kasa, seks i kobiety (w slangu poza wulgarnymi określeniami: samice lub krótkie). Milewski niejednokrotnie uczestniczył w sytuacjach niemal komicznych, a nawet zakrawających na cyrk Monty Pythona, jak rozmowa o wartościach czy o Polsce – chwilami  nie sposób się nie roześmiać. Nie zawsze bywa zabawnie – czasem jest wręcz odwrotnie, na przykład gdy dziennikarz podaje fakty na temat gwałtów w amerykańskich więzieniach. Mówiącego rymem machera konkurencja poczęstowała nożem, innego próbowano nafaszerować kulami, kolejny planował zemstę, by później zabić człowieka.

Ważny element odwykówki – badanie moczu na obecności narkotyków szybko przeradza się  w codzienny rytuał. Choć urynacja odbywa się w obecności strażnika, doświadczeni zwolennicy mocniejszych niż herbata używek znają skuteczne sposoby oszukiwania. Ale to nie jedyna niedoskonałość projektu, mającego zapewnić powrót rokujących na poprawę kryminalistów na łono „zdrowego społeczeństwa”. Nawet mniej rozgarnięci przy odrobinie chęci nauczą się mówić to, czego oczekują od nich opiekunowie oraz lokalna sędzina, dla której MRT jest oczkiem w głowie. Sprzedawcy cracku lub innego świństwa, nawet jeśli ukończą terapię, będą handlować dalej. Nic się nie zmieni, bo ci ludzie w większości kochają uliczną „grę”, lubią ryzyko i nie znają innego życia, a w ich środowisku „american dream” to jakaś bajeczka dla dzieci. Wyjątek w postaci pewnego starego zabijaki jedynie potwierdza regułę, tym bardziej, że facet chciał się zmienić i miał silną motywację dzięki… malutkiej córeczce. A Milewski? Skończył w dwanaście miesięcy i otrzymał świadectwo oddalenia zarzutów, tyle tylko, że polski dziennikarz – choć żaden z niego świętoszek – nigdy nie należał przecież do świata czarnych dzielnic.

Z reportażu wyłania się obraz zbiurokratyzowanego, dziurawego i nie zawsze kierującego się logiką systemu karnego. Wzniosłe cele, słowa o reformowaniu i resocjalizacji ludzi w praktyce zamieniają się w – kolokwialnie mówiąc – pic na wodę, fotomontaż. Co więcej, kilka wydarzeń (prawdziwych przecież!) w mniejszym lub większym stopniu zahacza o absurd. Rozmiary kulturowej przepaści pomiędzy wychowanym w PRL-owskiej Polsce autorem a „pacjentami” ośrodka (jego obsługą też), pomimo zakumplowania pozostały przeogromne – poza dostarczeniem powodów do uśmiechu, to swoisty smaczek. Milewski pisze z jajem i dystansem, co w połączeniu z okolicznościami daje, szczególnie w pierwszej połowie książki, niespodziewany i bardzo pozytywny rezultat. Dalej czytelnik nie będzie już tak zaskoczony, ale „Rok nie wyrok” to zajmujący, udany debiut – atrakcyjna propozycja dla każdego entuzjasty dobrego reportażu. Kwestię tłumaczenia niektórych słów pozostawiam znawcom języka angielskiego. Moim zdaniem zdecydowanie warto!

Za udostępnienie książki dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia.
___________________________________

AUTOR: Piotr Milewski

TYTUŁ: Rok nie wyrok

WYDAWNICTWO: Niebieska studnia

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: Milewski
16:04, jareckr , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2011
Rozmowy o ateizmie

Człowiek ma tendencję do porządkowania otaczającej go rzeczywistości w sposób uproszczony, a więc także do szufladkowania, w wyniku czego dochodzi do powstawania rozmaitych stereotypów. Jednym z nich jest dominująca w niektórych środowiskach opinia o ateistach. Wiadomo o co chodzi: jak ktoś neguje istnienie absolutu, to musi być łajdakiem i nihilistą pozbawionym moralnego kręgosłupa. Polak-ateista jest w najlepszym razie Polakiem gorszego sortu, osobnikiem zdefektowanym, w najgorszym zaś – „neobolszewikiem”. Nie brakuje ludzi, którzy uważają, że niewierzący w naszym kraju to zjawisko tak rzadkie, że niemal niewystępujące. Tymczasem w pełni świadomi, zdeklarowani „bezbożnicy” żyją i tutaj (i mają się dobrze), co zaświadczają osoby udzielające wywiadów w książce „Niezbędnik ateisty”. Znamienne jest to, że jej autorowi – Piotrowi Szumlewiczowi, niektóre znane postacie, prywatnie deklarujące ateizm, odmówiły rozmowy, tym samym wstrzymując się od publicznego ujawnienia swojego światopoglądu. Czyżby był dla nich czymś wstydliwym?

Książka zaczyna się od przedmowy Magdaleny Środy oraz artykułu Szumlewicza „ateiści istnieją”. Oba rozdziały stanowią dobre wprowadzenie, swoisty przedsmak czekających nas dziewiętnastu wywiadów z ludźmi kultury, sztuki, prawa, nauki i polityki. Wśród odpowiadających na pytania znaleźli się: Agnieszka Graff, Mariusz Agnosiewicz (redaktor naczelny portalu www.racjonalista.pl), Krzysztof Teodor Toeplitz, Renata Dancewicz, Dorota Nieznalska, Grzegorz Napieralski, Zygmunt Bauman, Barbara Stanosz, Wanda Nowicka oraz Ludwik Stomma. Większość z przepytywanych mówi o indywidualnych doświadczeniach i drodze do bycia „niedowiarkiem”. Nikt specjalnie nie skupia się na dowodzeniu, że bóg/bogowie nie istnieją (i całe szczęście), tylko raczej na sprawach związanych z tu i teraz. Tematów jest sporo: od religijnego patriarchatu, feminizmu i ludzkiej seksualności, poprzez pozycję kościoła katolickiego w państwie, media i wychowywanie potomstwa, po świeckie ceremonie (śluby, pogrzeby) i etykę oraz proces laicyzacji w Polsce.

Oprócz tego doktor prawa Paweł Borecki opowiada o konkordacie i o tym, że polskie prawo (ustawa zasadnicza) ani indywidualnie, ani kolektywnie, nie chroni ateistów tak jak osoby wierzące. Kontrowersyjny jest także zapis o ochronie uczuć religijnych, bo pod ich obrazę podciągnąć można mnóstwo rzeczy, zamykając przeciwnikom usta w publicznej dyskusji. W kraju, w którym ateiści stanowią mniejszość, a szkoły nie zapewniają lekcji etyki jako alternatywy, problematyczna, bo wywołująca ostracyzm rówieśników, może być decyzja o nieposyłaniu dziecka na religię. Jedne z istotniejszych pytań Szumlewicza dotyczą nie tyle sytuacji niewierzących w innych państwach Unii Europejskiej i Ameryki co tego, czy Polska jest państwem wyznaniowym. Nie bez znaczenia jest fakt, iż nie każdy ateista okazuje się być antyklerykałem, nie każdy antyklerykał – ateistą. Na pewno wspólnym mianownikiem dla prezentowanych poglądów jest sprzeciw wobec sztywnej hierarchizacji i niezgoda na dogmatyzm, a także podejście krytyczne, racjonalizm oraz postulat neutralności światopoglądowej państwa. Ateizm nie musi natomiast oznaczać – i w większości przypadków nie oznacza – pychy i potrzeby postawienia człowieka, czy czegokolwiek innego, w miejscu strąconego z piedestału boga. Tym pozbawionym religijnych potrzeb i zdeklarowanym wcale nic się nie wydaje, oni naprawdę (serio, serio) nie wierzą.

Zważywszy na rodzime realia, książkę wypada zaliczyć do specyficznych, a przede wszystkim – dość odważnych. „Niezbędnik” stanowi propozycję głównie dla wiadomej, węższej grupy odbiorców. Sądzę jednak, że poza nią znajdą się czytelnicy, którzy zechcą z książką się zapoznać, chociażby po to, aby wiedzieć, co mają do powiedzenia ludzie o zupełnie odmiennym od religijnego spojrzeniu na świat. Zainteresowanych udzielonymi odpowiedziami odsyłam do lektury.

_______________________________

AUTOR: Piotr Szumlewicz

TYTUŁ: Niezbędnik ateisty

WYDAWNICTWO: Czarna owca

MOJA OCENA: 5/6

czwartek, 30 czerwca 2011
Felietony z „Polityki”

Daniel Passent należy do najpopularniejszych publicystów związanych z pismem „Polityka”. Urodzony w 1938 roku, dla wymienionego tygodnika pracował ponad pięćdziesiąt lat. Poza pracą w charakterze dziennikarza, satyryka i autora książek, pełnił także funkcję polskiego ambasadora w Chile. W książce „Pod napięciem” zaprezentował swoje felietony (ponad sto dwadzieścia), napisane w latach 2002-2009.

Dominują te o polskiej rzeczywistości w dobie „odnowy moralnej”, fundowanej społeczeństwu przez piewców IV RP, ale nie brakuje też artykułów dotyczących książek, ludzi kultury (Ryszard Kapuściński, Zygmunt Kałużyński), mediów jako czwartej władzy, agresywnego dziennikarstwa „nowego typu”, antysemityzmu czy działalności „Polityki” w latach PRL-u, przy czym tematy wymienione w dalszej kolejności są jedynie przykładowymi.

Zdecydowana większość  felietonów mieści się na czterech stronach. Passent polemizuje, krytykuje, opowiada, wspomina, a wszystko to robi ze sporą dozą ironii, nigdy jednak nie przekracza granic dobrego smaku, nie obrzuca przeciwników błotem i epitetami. Tym samym nie schodzi do poziomu dyskusji, do którego permanentnie przyzwyczajają nas politycy. Artykuły, które dotyczą sytuacji politycznej są dziś nieaktualne – o wielu rzeczach można już nie pamiętać – ale to w nich najbardziej uwydatnia się specyficzny styl publicysty, pełen charakterystycznej uszczypliwości, poczucia humoru i zabawy słowem. Wyczuwa się też dystans do rzeczywistości i siebie samego, co w dużej mierze wynika z zawodowego doświadczenia i wieku autora.

Tak jak głoszą komentarze na okładce, publicysta nie udaje kogoś, kim nie jest, potrafi też przyznawać się do błędów, a to akurat nieczęsto spotykana cecha. Wątki osobiste to na przykład zarzut współpracy z wiadomymi służbami postawiony Passentowi i jego wniosek o autolustrację. Wniosek ten został zresztą oddalony, gdyż sąd nie uznał dziennikarza za „osobę publiczną w rozumieniu ustawy lustracyjnej”… Głośną swego czasu sprawę pani Niezabitowskiej autor opisuje również.

Dobrze czasem „zarzucić” taką książkę dla odmiany, wszak nie samą beletrystyką (i nie samą fantastyką) człowiek żyje. „Pod napięciem” doskonale sprawdza się jako pozycja, której czytanie w każdej chwili można przerwać, by zajrzeć do innej książki – nigdy wcześniej czytelniczo nie działałem na dwa fronty, a tu aż się o to prosiło… Ciekawsze felietony występują w przewadze, ale trafiają się również takie, przez które się jedynie „przelatuje”. Z pewnością po ten pokaźny zbiór wiele osób nie sięgnie z uwagi na poglądy, przeszłość oraz proweniencję (he, he) Passenta lub przez brak większego zainteresowania tematami politycznymi sprzed kilku lat.

Jeszcze jedno: Passent bardzo dobrze wyraził się o kilku książkach, z którym co najmniej dwie godne są zanotowania w pamięci. Pierwsza z nich to „Z głowy” Janusza Głowackiego, drugą jest „Kawior i popiół” Marci Shore – monografia o polskich literatach oczarowanych, a potem rozczarowanych marksizmem.

____________________________

AUTOR: Daniel Passent

TYTUŁ: Pod napięciem

WYDAWNICTWO: Red Horse

MOJA OCENA: 4,5/6

Tagi: Passent
14:53, jareckr , Inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2011
Rwanda w 1994, Rwanda dzisiaj

Wyobraź sobie sytuację, w której grupa sąsiadów przychodzi do Ciebie, ale ich celem nie jest wizyta towarzyska tylko zabicie całej Twojej rodziny. Bo nie jesteś już dla nich człowiekiem, tylko karaluchem. Robalem, którego trzeba rozdeptać. Bo jesteś Tutsi, a wszyscy Tutsi muszą zginąć. Trzeba Was wyrżnąć, eksterminować, wymazać z historii, tak, aby nie pozostał żaden ślad. Więc zabijane są także dzieci. Czasem już jedenastoletniego chłopca należy ukatrupić, czasem zarzyna się nawet młodszych. Jeśli jesteś mężczyzną masz szansę na szybką śmierć. Tylko jedno zamaszyste cięcie maczetą i krew tryska z karku, już jest po kłopocie. Gorzej, jeśli kaci będą mieli czas i zechcą się nieco zabawić. Jeśli jesteś kobietą… czeka Cię prawdopodobnie zbiorowy gwałt, tortury i powolne umieranie. Bo kobiety oprawcy muszą splugawić. Wcześniej mężczyźni Hutu mogli jedynie oglądać się za nimi i pomarzyć. Teraz kobiety Tutsi mogą mieć wszyscy Hutu, a ich pełne nienawiści żony będą jeszcze zachęcać swoich braci i mężów do robienia najgorszych rzeczy. Polowanie trwa, słychać lament i wrzaski przepełnione zwierzęcym strachem. Na nic zdają się błagania o litość. Trzaski rozłupywanych głów brzmią jak trzaski rozłupywanych kapust. Litości nie ma, nie ma też wahania. Jest masowe szaleństwo, krew płynie ulicami, śmierdzą rozkładające się trupy.  Na jakiejś dogorywającej dziewczynie kaci rozpalili ognisko…

Nie szukaj schronienia u lokalnych władz – nie dość, że go nie znajdziesz to jeszcze oddadzą Cię milicji Interhamwe, by eksterminacja szła sprawniej i żeby nikt nie uciekł. UNAMIR? Nie, żołnierze z misji nie pomogą, nawet nie mają broni. Zresztą, co mieliby zrobić wobec szału licznych napastników, przecież sami umierają z przerażenia. Ich też można sterroryzować. W kościołach Tutsi nie są bezpieczni, bo dla niektórych księży ważniejsze jest ratowanie Najświętszego Sakramentu niż życie jakichś Afrykanów. Księża będący Hutu prędzej sami kogoś zamordują, niż ukryją i pomogą przeżyć. Istnieje malutka, malusieńka szansa, że trafisz na człowieka, którego amok nie ogarnął i który zajmie się zaszczutym uciekinierem. Ale to są wyjątki – da się je wyliczyć na palcach ręki. W sumie będąc dzieckiem być może przeżyjesz przy dużym szczęściu i po tygodniach ukrywania się w buszu. Kiedy znajdziesz już bezpieczną kryjówkę, nie ruszaj się z stamtąd przez cały dzień! Tak, staniesz się zwierzątkiem – głodnym, spragnionym i zmuszonym do wydalania tylko w miejscu ukrycia. A w jakim stanie będziesz, kiedy skończy się rzeź? Przecież wiesz… Nie, nigdy nie pozbędziesz się traumy. Będziesz płakać po nocach, rozmyślać, czy bliskim udało się uratować. Zapomnij o normalnych snach przez następne lata. A jeśli trafisz na studia (stwierdzisz, że to jedyna droga na wydostanie się z bagna), rozpaczliwie poszukując odrobiny miłości, może stworzysz z innymi studentami coś, co ma być namiastką rodziny. Coś, co miałoby choćby trochę uzupełnić emocjonalne deficyty, zasklepić rany…

Mówisz mi, że jesteś Hutu. Pomimo płonącej nienawiści, wbrew triumfowi zezwierzęcenia masz w sobie resztki człowieczeństwa? Nie chcesz nikogo zabijać? Nie masz wyboru, musisz! Inaczej podzielisz los karaluchów… Kto nie jest z nami, jest przeciw nam! Dalej, weź maczetę albo maczugę i uderz, zetrzyj wrogów na proch! Raz na zawsze pozbądźmy się tej zarazy. Tak jak hitlerowcy „pozbywali się” Żydów, Cyganów, Słowian, czyli bez najmniejszych wątpliwości, po wyłączeniu serc i rozumów.

Rwanda, rok 1994. Ludobójstwo, w którym na oczach świata zginęły setki tysięcy plemienia Tutsi (szacunkowe dane podają liczbę od 800 tysięcy do ponad miliona). Podział na grupy etniczne (plemiona lub – za Kapuścińskim – kasty) Tutsi i Hutu był sztuczny, a wprowadzili go belgijscy koloniści. Pierwsza grupa to pewnego rodzaju arystokracja, druga stanowiła (i nadal stanowi) większość w tym małym państewku. Konflikt między nimi trwał latami, ale nigdy nie osiągnął takich rozmiarów i formy jak w 1994. Jedni ludzie zgotowali innym piekło na ziemi i to bez udziału szatana. Bo przecież żaden diabeł ani demon nie zamieszkał w ludzkich duszach, za to mieszkała tam długo podsycana i pielęgnowana nienawiść.

Jak wygląda sytuacja teraz, po kilkunastu latach? Tochman opisuje także i to. Wszyscy nadal czują strach. Hutu – bo nie sprawują teraz władzy i boją się odwetu, Tutsi – bo przecież tamci mogą wrócić i dokończyć to, co zaczęli w latach dziewięćdziesiątych. Rząd namawia do pojednania, przemalowywane są tablice pamiątkowe, ale jak można zapomnieć? Przecież płytko pod ziemią leżą bezimienne szczątki pomordowanych. Jeśli Hutu grzebali martwych, to nie z szacunku do zwłok, ale dlatego, że nawet im przeszkadzał już fetor gnijących trupów. W jakiejś szkole straszą jeszcze posypywane wapnem, zasuszone mumie. Wśród nich są niemowlęta, niektóre zastygnięte w bezruchu przy piersiach matek.

Co czują kobiety patrząc na swoje nastoletnie dzieci – owoce gwałtów? Jak znaleźć w sobie jakąkolwiek chęć do istnienia, będąc nosicielką wirusa HIV? Takich kobiet są rzesze. Na ulicy młodzi Tutsi mijają morderców swoich rodziców, rodzeństwa, sąsiadów. A w zatłoczonym autobusie… przecież zdarza się, że zmęczonemu Tutsi głowa opadnie na ramię Hutu, który kiedyś zabijał z zimną krwią, a później uniknął kary. Chociaż sądy gacaca działają i skazują, to nigdy nie rozliczy się wszystkich, a kara nie zawsze jest adekwatna do winy. Sprawiedliwość wykazuje taką samą niedoskonałość jak człowiek. Tak mniej więcej wygląda Rwanda dzisiaj.

Autor, przygnieciony ciężarem podjętego tematu, pyta raz po raz o sens swojej pracy. Czy nie lepiej uciec i zapomnieć, nie ruszać czegoś, co uwiera i śmierdzi? Po co o tym pisać? Po co wiedzieć? Kogo obchodzi los ludzi, których zarznięto kilkanaście lat temu, gdzieś daleko w Afryce? Ale to pytania retoryczne. Odpowiedź brzmi: żeby znać prawdę (podobno ta ma nas wyzwolić). Żeby mieć świadomość, choćby oznaczała smutek i spadek wiary w człowieka do wartości minimalnych. Podczas lektury serce podchodzi do gardła, zaciskają się pięści. Tochman napisał reportaż, który działa niczym walec, bo rozwalcowuje czytelnika na miazgę. Albo jeszcze lepiej – jak torpeda, gdyż uderza z niezwykłą siłą; jest krótki (książka ma 150 stron z bibliografią oraz nieduży format) i bezkompromisowy do bólu. Ból głowy może być spowodowany także tym, że niektóre fakty się w niej nie mieszczą, nawet w sytuacji, gdy zna się temat z innych lektur oraz filmów. Reporter nawiązał do wielu książek, wśród których są także opisywane na blogu „Heban” i „Efekt Lucyfera”. Na końcu podziękował wielu osobom, między innymi rwandyjskiemu studentowi, który został jego przyjacielem. I to chyba jedyny pozytywny akcent, światełko w tunelu.

Tym razem nie rekomenduję pozycji żadnej grupie czytelników, choć sięgać po nią powinny (tak jak po „Profil mordercy”) osoby dorosłe, gotowe na wstrząs. Lektura „Dzisiaj narysujemy śmierć” wiąże się z porzuceniem bezpiecznej rzeczywistości i przeniesieniem się myślami do Rwandy w czasie stu dni prawdziwego horroru. W przeciwieństwie do ocalałych świadków ludobójstwa, dla czytelnika odcięcie się od sprawy jest niezwykle łatwe. Wystarczy odłożyć książkę na półkę – wspomnienia z masakry nie zrujnują nam życia, lęki i koszmary nie będą nas przecież prześladować.

PS. Dla zrównoważenia przygnębiającej tematyki w najbliżej przyszłości na bloxie pojawią się zdjęcia z Tanzanii (państwo sąsiadujące z Rwandą) autorstwa mojego kolegi.

_________________________________

AUTOR: Wojciech Tochman

TYTUŁ: Dzisiaj narysujemy śmierć

WYDAWNICTWO: Czarne

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: Tochman
18:34, jareckr , Inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Afrykańska mozaika

O tym, że Kapuściński pisał fenomenalne reportaże wiedziałem już od dawna, bo od przeczytania słynnego „Cesarza” lata temu. W związku z powyższym z dużymi oczekiwaniami sięgnąłem ostatnio po wydany w 1998 roku „Heban”, który po zakupie leżał na półce, grzecznie czekając na swoją kolej. Lekturę z niewiadomych powodów dość długo odwlekałem, w międzyczasie czytając rzeczy wyraźnie mniej wartościowe. A jakie jest wrażenie po lekturze? Takie, że ciężko mi sobie wyobrazić lepszy zbiór reportaży dotyczących Czarnego Lądu. I tylko czuje się lekki niedosyt, bo chciałoby się czytać dalej, jeszcze jeden rozdział, jeszcze dwa, trzy…

Podróż po Afryce zaczynamy od Ghany w 1958 roku, czyli w okresie dekolonizacji. Wyzwolenie i nowe rządy wywoływały w rdzennych mieszkańcach radość i optymizm, ale wkrótce w afrykańskich państwach pojawiła się nowa burżuazja (wczoraj biedni, dziś stają się bogaci) i zaczęto bezwzględne walki o władzę. W połączeniu z kolektywizmem, silnym poczuciem przynależności klanowo-plemiennej zrodziło to patologie takie jak korupcja i degrengolada rządzących, a także krwawe reżimy i okrutnych dyktatorów. W roku 1960 już siedemnaście krajów było niepodległych. Teoretycznie suwerenne państwa musiały zmierzyć się z wieloma problemami. Dominacja białego człowieka, związana nierozerwalnie z latami niewolnictwa, wyzyskiem i grabieżą wszelkich dóbr naturalnych (wywieźć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem), odcisnęła piętno upokorzenia w umysłach czarnej ludności. Wywołała silny kompleks niższości, pozostawiła też szereg negatywnych wzorców -na czele z rasizmem, pogardą dla innych oraz chęcią wytępienia wrogów- kopiowanych później przez władze i całe społeczności. Jak zauważa Kapuściński, apartheid nie dotyczył tylko RPA – on był obecny na całym kontynencie.

Koloniści tworzyli afrykańskie państwa nie na zasadzie podziału, ale zjednoczenia często zwaśnionych królestw i związków plemiennych. O ile pod białym jarzmem międzyetniczne stosunki uległy hibernacji (lub były ignorowane), to w epoce dekolonizacji ujawniały się na nowo, ze zdwojoną siłą, co oznaczało tylko kłopoty w postaci lokalnych konfliktów.  Z czasem pojawili się mniejsi lub więksi watażkowie, trafnie nazywani warlordami. Ci dyktatorzy w mini- państewkach, czerpiący zyski z korupcji lub handlu diamentami i grabiący pomoc humanitarną, dysponują armiami ubogich, często znarkotyzowanych młodych ludzi lub dzieci. Do takich oddziałów zawsze znajdą się chętni, bo bycie ich częścią zapewnia zdobycie jedzenia i przeżycie. W przeciwieństwie do stałej pracy i pożywienia, broń maszynowa była i jest w Afryce dość łatwo dostępna.  Przy nieprzyjaznym klimacie, deficycie podstawowych dóbr, nieustannej walce z naturą ten, kto ma karabiny i jedzenie, ma też władzę absolutną.

W nieprzychylnych człowiekowi warunkach woda czy to na sawannie, czy Saharze oznacza życie, a jej brak – szybką i straszną śmierć. Do przeżycia potrzebny jest też cień i dlatego potężne, zielone drzewa w wielu wioskach pełnią kluczową rolę, jako miejsce odpoczynku i narad czy też szkolna klasa. W wielu miejscach na ogół spożywa się tylko jeden posiłek dziennie, a na jedzenie mięsa krowy (zwierzęcia bardzo szanowanego) przeciętna wioska może sobie pozwolić jedynie od wielkiego święta. Kapuściński pisze, że w Afryce w relacjach homo sapiens - przyroda nie ma stanów pośrednich: jeśli jest susza, to bez kropli wody, jeśli zaś pada, to z nieba leje jak z cebra. Nawet burza z piorunami wydaje się zjawiskiem zachodzącym na większą skalę, czymś budzącym respekt i bardziej groźnym niż w Europie. Podział roku na porę deszczową i suchą wyznacza rytm egzystencji człowieka, decyduje o być albo nie być w wielu regionach kontynentu. Cykl dobowy, ze względu na morderczo upalne dni, ma jeszcze większy wpływ na ludzi niż w innych częściach świata.

Tu dochodzimy do różnic pomiędzy mentalnością Europejczyka a mentalnością Afrykańczyków; ci drudzy w stanie oczekiwania, swoistego „zawieszenia” potrafią trwać godzinami, co oczywiście wiąże się z warunkami pogodowymi i/lub głodem, przy którym istotna jest oszczędność energii. Poza tym wiele rzeczy w Afryce ma charakter tymczasowy i prowizoryczny jak na przykład domy czy właściwie szałasy w slumsach – łatwo je zburzyć, ale i łatwo odbudować. Porównanie człowieka zachodu z mieszkańcem takich państw jak Somalii czy też Etiopia w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku jest jak postawienie obok siebie przesytu wynikającego z nadmiernej konsumpcji z głodem oraz ciągłym brakiem czegoś lub posiadaniem pojedynczych -nieraz gwarantujących zarobek i  byt- przedmiotów. Odrębną kwestią pozostaje zupełnie odmienne pojmowanie zła i winy, przynajmniej wśród nienawróconych na chrześcijaństwo, rodowitych mieszkańców Czarnego Lądu…

Niebezpieczne dla człowieka bywają zwierzęta.  Zdarza się, że starsze i odłączone od stada lwy szukają „łatwych kąsków”; kiedyś, w czasach kolonialnych w makabryczny sposób zabijały Hindusów, sprowadzonych przez Brytyjczyków do budowy kolei. Ale to biały człowiek okazał się największym mordercą, kierowanym rządzą zysku, bo prawdziwy król tamtejszych zwierząt – słoń stał się celem polowań z uwagi na swoje ciosy. Słoń nie miał naturalnych wrogów, dopóki jego siekaczy nie zaczęto postrzegać jako niezwykle trwałego i pięknego „materiału”. W jednym z rozdziałów autor, wraz z towarzyszem, walczy ze śmiertelnym zagrożeniem w postaci kobry. Niedługo potem mdleje wycieńczony, co okazuje się jedynie zapowiedzią malarii przenoszonej przez żeńskie (a jakże by inaczej!) moskity. Malaria nie stanowi oczywiście odosobnionego przykładu choroby odowadziej.

Ale Afryka to na szczęście nie tylko bieda, wegetacja, rewolty, wojny i inne zagrożenia. Równina Serengeti oczarowuje podróżników bogactwem fauny, w południowej Nigerii zaskakuje mnogość wyznań, sekt i kościołów, a zdawałoby się zwykła dziura w jezdni w okolicach olbrzymiego rynku staje się powodem nagłej aktywizacji i rozwoju lokalnej przedsiębiorczości. Tuaregowie prowadzą z plemionami Bantu przedziwny handel wymienny bez użycia słów, w Debre Zeit w Etiopii istnieje park uzbrojenia wszelkiego rodzaju, wysyłanego przez Związek Radziecki w czasach Breżniewa… W wioskach nadal wierzy się w uroki i rzucających je czarowników. Przy czym, jak utrzymują wieśniacy, istnieje ogromna różnica pomiędzy czyniącymi zło za pomocą siły psychicznej (witch), a rzemieślnikami, którzy czarowania musieli się nauczyć i robią to z wykorzystaniem gestów i obrzędów (sorcerer). Tych pierwszych  uważa się za demonicznych i dużo, dużo bardziej niebezpiecznych. Co znamienne, w razie wypadku, dziwnego i przykrego incydentu, czyjejś nagłej śmierci, czarowników szuka się wśród obcych, a nie w swojej rodzinie czy klanie. Źródłem zła, krzywdy są więc właśnie obcy, Inni. Jedynym wyjątkiem jest pewien lud, który wierzy, że czarownicy mogą przebywać także wśród nich i nieraz „płaci” za to rozpadem społeczności.

W „Hebanie” każdy z rozdziałów zawiera osobną opowieść z licznymi ciekawostkami. Ponieważ autor potrafił i najwyraźniej lubił rozmawiać z ludźmi, ci opowiadali mu historie o sobie i swoich bliskich. Kapuściński wspaniale przelał je na papier i między innymi dzięki temu powstała świetna, chwilami wręcz porywająca książka. Podczas lektury odbywamy serię podróży do wielu krajów Afryki, a kunszt autora powoduje, że nasza wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, niezależnie od tego, czy odwiedziliśmy któryś z nich w rzeczywistości. Afryka odmalowana przez Kapuścińskiego to kulturowy skarbiec, ale też świat, w którym on sam na początku poczuł się przestraszony i całkowicie niedopasowany. Całe szczęście, że mimo malarii udało mu się tam pozostać, bo gdyby stało się inaczej, być może „Heban” nigdy by nie powstał, a to oznaczałoby wielką szkodę dla czytelników nie tylko w Polsce. Treści zawarte w tej książce tworzą wielokolorową, czasami piękną, czasami mroczną, ale przede wszystkim fascynującą mozaikę. „Heban” mogę z czystym sumieniem polecić czytelnikom w różnym wieku, którzy chcą dowiedzieć się czegoś o czarnym kontynencie w drugiej połowie XX wieku.

Książkę nabyłem jako część kilkunastotomowej serii „Biblioteka Gazety Wyborczej” za prawie dwadzieścia złotych, co -zważywszy na przyjemność czytania- uważam za niezwykle udany interes. W tym wydaniu okładka ma wiadomy kolor (widać  na niej część twarzy jakiegoś chłopca) i w swojej prostocie prezentuje się bardzo elegancko. Dodatkiem na końcu jest esej ugandyjskiego pisarza, Mosesa Isegawy, poświęcony Ryszardowi Kapuścińskiemu.

____________________________

AUTOR: Ryszard Kapuściński

TYTUŁ: Heban

WYDAWNICTWO: Agora

MOJA OCENA: 5,5/6

piątek, 25 lutego 2011
Anonimowość + autorytarność + dehumanizacja = katastrofa

„Efekt Lucyfera” ukazał się nakładem wydawnictwa naukowego PWN w roku 2008. Dziś już 78-letni Zimbardo kojarzony jest przede wszystkim z Stanfordzkim eksperymentem więziennym (Stanford Prison Experiment - SPE); opisowi i analizie tego przedsięwzięcia poświęcona jest większa część książki. Autor od początku przedstawia to, co w naszej naturze najgorsze – mordy, zbiorowe gwałty w Rwandzie i Chinach, polowania na czarownice, terroryzm, nadużycia w więzieniu Abu Ghraib oraz zaskakujące wyniki psychologicznych doświadczeń, wskazujące na przemożny wpływ sytuacji i systemów na zachowania ludzi. „Żadna osoba, ani państwo nie są niezdolne do czynienia zła” – po przeczytaniu książki nie ma się najmniejszych wątpliwości co do prawdziwości tego cytatu.

W SPE młodzi mężczyźni pozbawieni jakichkolwiek oznak patologii zostali losowo podzieleni na dwie grupy – strażników i więźniów. Psycholog chciał zrozumieć relacje klawisze-uwięzieni, interesowały go zmiany zachodzące w człowieku podczas adaptowania się do nowej roli. Początkowo chciał skupić uwagę  na zachowaniach przedstawicieli drugiej grupy -  czy przyjmą w krótkim czasie nowe tożsamości i czy będą walczyć o swoje prawa? Potencjalnie dobrych ludzi umieszczono w złej sytuacji na dwa tygodnie. Jaki był tego efekt? Zimbardo, pod wpływem swojej partnerki (późniejszej żony), przerwał doświadczenie po tygodniu, w momencie kiedy akty maltretowania więźniów przybierały coraz bardziej wymyślne formy.  I choć zaczęło się niewinnie, od śmiechów i odczuwalnego dystansu, to już czwartego dnia sztucznie stworzony, zamknięty światek przypominał prawdziwe więzienie. Z założenia pilnującym nie wolno było stosować przemocy fizycznej, ale w praktyce pojawiła się ona w postaci akcji z atakowaniem aresztantów pianą z gaśnic czy pompek dociskanych nogą. Dominowało dręczenie psychiczne, pod wszelkimi możliwymi postaciami – w tej materii wyobraźnia ludzka nie zna granic. Poczucie władzy i pewna anonimowość (czarne przeciwsłoneczne okulary) popchnęły niektórych strażników do przekraczania barier natury moralnej. Przychodziło to tym łatwiej, że zamknięci byli zdehumanizowani - ich imiona i nazwiska nie istniały, funkcjonowały jedynie numery. Reguły i przepisy posłużyły jako przykrywka dla dominacji jednych nad drugimi. Właściwie trudno określić, kiedy zatarła się różnica pomiędzy eksperymentem a brutalną, odhumanizowaną rzeczywistością. Raz nałożone maski przylgnęły na stałe do twarzy i… umysłów. Późniejsza analiza nagrań wykazała, że 90% rozmów osadzonych dotyczyła tematów więziennych – buntu, ucieczki, zachowań pozostałych osób. Zastępującym zwolnionych, nowo przybyłym więźniom szybko udzielała się niezdrowa atmosfera. Nawet Zimbardo, odgrywający rolę dyrektora  złapał się na tym, że o miejscu eksperymentu mówi „moje więzienie”. W doświadczeniu wzięły też udział osoby postronne: ksiądz i rodzice odwiedzający synów, były więzień (w roli przewodniczącego komisji do spraw zwolnień warunkowych) oraz policjanci dokonujący aresztowań na samym początku - wszyscy jak jeden mąż wkomponowali się w system. Toksyczny system i patologiczna sytuacja wywołały u uczestników SPE zachowania piętnowane w normalnych warunkach społecznych.

Po opisie i analizie eksperymentu, Zimbardo przechodzi po podawania ciekawych przykładów innych doświadczeń, gdzie badano posłuszeństwo wobec autorytetów i konformizm. Niestety, wnioski z nich płynące nie należą do wesołych i optymistycznych.

Z lat siedemdziesiątych  -SPE przeprowadzono w roku 1971- nacechowanych buntem młodych Amerykanów przeciwko wojnie w Wietnamie przenosimy się do XXI wieku, do irackiego więzienia Abu Ghraib. W 2004 CBS wyemitowała wstrząsające obrazy z tego miejsca, gdzie  amerykańscy żołnierze dręczyli i upokarzali jeńców, a następnie uwieczniali te ekscesy na zdjęciach-trofeach. Nadzy mężczyźni ułożeni w piramidę, kobieta ciągnąca na smyczy jednego z więźniów czy jeniec w kapturze, z rozłożonymi rękoma i przewodami elektrycznymi podłączonymi do palców to tylko niektóre z fotografii, które poznała opinia publiczna. Na wielu zdjęciach kaci występowali razem z ofiarami. Dowództwo armii i administracja Busha próbowały zmarginalizować problem nazywając oprawców „zgniłymi jabłkami”. Sęk w tym, że to skrzynka (a więc cały system, w którym funkcjonowali strażnicy) była zapleśniała, co Zimbardo udowadnia ponad wszelką wątpliwość. Bynajmniej nie usprawiedliwia strażników moralnie, ale wskazuje na szereg patologicznych okoliczności i grzechy bushowskiej polityki. Od analizy sprawy psycholog przechodzi do postawienia w stan oskarżenia wysokich oficerów, byłego dyrektora CIA, Donalda Rumsfelda, Dicka Cheneya i oczywiście byłego prezydenta USA. Charakterystycznym elementem autorytarnej władzy, obok zastraszenia społeczeństwa, trzymania go w ciągłym napięciu i działania ponad prawem, jest używanie eufemizmów. W retoryce młodszego Busha i jego podwładnych na próżno szukać takich sformułowań jak „tortury” czy  „zabici/ zamordowani cywile”. Zamiast tego, w ramach jedynie słusznej walki z terroryzmem, stosowano „zdejmowanie rękawiczek (rękawic)”, a śmierć niewinnych  określano mianem „zgonów będących ubocznym skutkiem działań wojennych”. W Abu Ghraib dochodziło wcześniej do jeszcze koszmarniejszych incydentów, okrucieństwo było powszechne, a żołnierze z tego obiektu nie jako jedyni uwiecznili tortury za pomocą aparatów i kamer. Inni po prostu pozbyli się dowodów przestępstw!

W działaniach wojsk sprzymierzonych w Iraku i amerykańskich w Wietnamie nieodosobnionymi przypadkami były zabójstwa, gwałty i przeróżne formy znęcania się nad przeciwnikami. Inna sprawa, że wrogiem często okazywały się kobiety, dzieci i mężczyźni mający z terroryzmem tyle wspólnego, co przeciętny Polak. Obciążenie psychiczne i frustracja żołnierzy zrodziła skrajne formy agresji, a dyfuzja (rozproszenie) odpowiedzialności oznacza w praktyce brak odpowiedzialności w ogóle. Liczni winni pozostali bez kary…

„Efekt Lucyfera” jest dokładnym przeciwieństwem pozycji łatwych i lekkich, ponieważ dotyczy ciemnej strony ludzkiej natury, a więc rzeczy bardzo pesymistycznych. Takich, z których większość ludzi zdaje sobie sprawę, ale o których czytać nie chce. Ci dodatkowo nudzący się przy książkach psychologicznych powinni zapomnieć o opisywanej pozycji. Drogi czytelniku! Jeśli uważasz, że nasz gatunek jest wspaniałym ukoronowaniem wszelkiego stworzenia, a zdecydowana większość  zbrodniarzy wojennych to sadyści i maniacy, również daj sobie spokój. Po cóż burzyć idylliczny obraz rzeczywistości? Zimbardo uzmysławia, że każdy (tak, każdy!)  z nas jest zdolny do czynienia zła w najczystszej postaci. Słysząc o masowym mordowaniu, torturowaniu czy znęcaniu się nad bliźnimi mówimy: „nie, ja nigdy nie uczestniczyłbym w czymś takim jako bierny obserwator, tym bardziej oprawca!”. Na ogół uważamy się za jednostki jeśli nie wyjątkowe, to przynajmniej wybijające się ponad przeciętność i takie, które w ekstremalnych sytuacjach broniłyby swojego i czyjegoś człowieczeństwa. Nie bierzemy pod uwagę kolosalnego wpływu czynników sytuacyjnych i systemowych, oddziaływań interpersonalnych oraz prostego faktu, iż nikt nie chce być odrzucany przez (własną) grupę społeczną. Presja środowiska, autorytarnego państwa i jego propagandy, dowódców, zwierzchników czy (pseudo)autorytetów bywa przeogromna. W takich wypadkach jedynie nieliczni -często ponoszący rozmaite konsekwencje jak ostracyzm, uwięzienie, utrata zdrowia lub życia-  okazują się prawdziwymi nonkonformistami i bohaterami. Prawda jest bolesna, bo zdecydowana większość podporządkowuje się, grzeszy co najmniej „złem bezczynności”. O dokonywanych wyborach decyduje nie tylko nasza osobowość, ale i czynniki zewnętrzne. Co do uczestnictwa w zbrodniach: warto uświadomić sobie, że na przykład wielu nazistów psychiatrzy zaliczyliby do ludzi całkowicie „normalnych”- zrównoważonych, potrafiących odróżnić dobro od zła, z więcej niż poprawnymi relacjami towarzyskimi i rodzinnymi. Najlepszym przykładem, przytaczanym w książce był Adolf Eichmann.

Jedyną iskierkę nadziei stanowi ostatni rozdział, poświęcony postawom heroicznym. Wśród wymienionych bohaterów cywilnych i społecznych znaleźli się między innymi: Budda, Jezus, Matka Teresa, Einstein, Sendler, Roosvelt i Havel.

W podsumowaniu w pierwszej kolejności napiszę o dwóch wadach „Efektu Lucyfera”. Po pierwsze: Zimbardo wielokrotnie powtarza niektóre informacje -  czasami w sposób bezpośredni, czasami przez ubranie swojego przekazu w inne słowa. Po drugie: relacja z SPE jest nieco rozwleczona; skrócenie tej części uczyniłoby książkę atrakcyjniejszą. Co prawda ilość stron nie wykracza poza standard, ale przy dużym formacie i „ciężkiej” tematyce lektura może się nieco dłużyć. Skąd więc tak wysoka ocena (5,5)? Powód jest prosty: wartość poznawcza tej książki jest nie do przecenienia. Mocna w wyrazie, zmuszająca do myślenia i bardzo, bardzo pouczająca pozycja. Polecam!

Po lewej autor książki, Philip Zimbardo.


„Popatrz przez chwilę na ten niezwykły obraz. Teraz zamknij oczy i przywołaj go z pamięci. Czy oczyma wyobraźni widzisz liczne białe anioły, tańczące na tle ciemnego nieba? Czy raczej wiele czarnych demonów, rogatych diabłów, zamieszkujących jasne przestrzenie piekła?”
z rozdziału 1.

„Nasze odblaskowe, nieprzejrzyste okulary słoneczne były jednym z takich narzędzi, które pozwalały strażnikom, naczelnikowi i mnie samemu sprawiać wrażenie bardziej odległych i oficjalnych w naszych kontaktach z więźniami. Mundury dały strażnikom wspólną tożsamość, podobnie jak konieczność zwracania się do nich w sposób formalny: Panie oficerze penitencjarny.” o anonimowości i deindywidualizacji, rozdział 10.


SPE był inspiracją do nakręcenia co najmniej dwóch filmów fabularnych. Pierwszym z nich jest „Das Experiment” Olivera Hirschbiegela. Można zarzucić, choć Zimbardo napisał: „rozmyślnie wprowadza on widzów w błąd co do rzeczywistego przebiegu zdarzeń w naszym badaniu, dokonując niedorzecznych zmian w celu nadania tej historii jeszcze bardziej sensacyjnego charakteru. Film kończy się pozbawionym jakichkolwiek wartości wulgarnym pokazem seksizmu, niepotrzebnego erotyzmu i przemocy.”

W zeszłym roku premierę miał amerykański remake (niestety, Hamburgejros uwielbiają je kręcić) pod tytułem „The Experiment” z A. Brodym i F. Whitakerem, który można spokojnie sobie odpuścić. Obecność dwóch dobrych aktorów ani trochę nie pomogła filmowi (chodzi o jakość, bo nie wiem jak z oglądalnością). W filmie ochotnicy mieli zarabiać 1000 dolarów dziennie, w prawdziwym eksperymencie stawka wynosiła 15 dolarów.


28 kwietnia 2004 r., kanał CBS podał pierwsze informacje o znęcaniu się amerykańskich żołnierzy nad irackimi więźniami w Abu Ghraib. Na zdjęciu kolumbijski malarz i rzeźbiarz, Fernando Botero na tle jednego ze swoich obrazów o torturach w tym więzieniu. Artysta namalował je w wyrazie sprzeciwu  wobec „hipokryzji USA”.

Klockowa wersja zdjęć-trofeów z Abu Ghraib…

_____________________________________

AUTOR: Philip Zimbardo

TYTUŁ: Efekt Lucyfera

WYDAWNICTWO: Wydawnictwo naukowe PWN

MOJA OCENA: 5,5/6

wtorek, 14 grudnia 2010
W dżungli strach jest dobry

Wojciech Cejrowski jest postacią rozpoznawalną w Polsce, nikomu więc przedstawiać go nie trzeba. Znany ze swych zdecydowanych katolicko-prawicowych poglądów i kontrowersyjnych wypowiedzi pierwszy kowboj RP ma też drugą twarz. Po raz pierwszy zetknąłem się z nią, podobnie jak wielu innych ludzi, za sprawą programu „Boso przez świat”. Chodzi mi o Cejrowskigo-obieżyświata, człowieka z fascynującą pasją życiową, który dodatkowo posiada wybitny dar opowiadania. Wspomniany talent, nietuzinkowy charakter i spora dawka humoru uczyniły z telewizyjnego cyklu coś, co w kategorii programów podróżniczo-przyrodniczych moim skromnym zdaniem pobiło na głowę konkurencję i wprowadziło zupełnie nową jakość. Tego faceta słucha się z uwagą i trudno oderwać się od jego opowieści o odległych (czasami nawet bardzo) kulturach i krajach. Niewielu tak umie!

Cóż, nie będę pierwszym i nie ostatnim, który napisze, że z poglądami pana W.C. na ogół nie zgadzam się dokumentnie. Bardzo często mnie irytują, często skłaniają do zastanowienia się, czy Cejrowski wypowiada je na pokaz, na złość przeciwnikom i pod (swoją) publiczkę, bo w sumie - jakby nie patrzeć - jest też dziennikarzem i „zwierzęciem medialnym”. Światopogląd światopoglądem, ale kiedy miałem okazję nabycia książki „Rio Anaconda” po nieco obniżonej cenie, nie  zastanawiałem się długo. Byłem po prostu ciekaw, czy spodoba mi tak samo, jak „Boso przez świat” i czy autor potrafi umiejętnie przelać na papier swoje historie…

A papier w książce jest pierwszej jakości. Po jej otwarciu widzimy pięknie wyrysowaną mapkę pogranicza brazylijko-wenezuelsko-kolumbijskiego, a w środku sporo kolorowych zdjęć z wyprawy. Krótkie podrozdziały poprzedzielane są informacjami o wężach w dżungli, koce i kokainie, śmierci i duchach w kulturze Indian Ameryki Południowej, indiańskim jedzeniu, tamtejszych kobietach czy starcach. Jest też wiele innych ciekawostek. Wydawca na okładce zapewnia, że czytelnik śmiać się będzie na głos i rzeczywiście nie są to czcze obietnice. Czasami trudno powstrzymać się od śmiechu, choć w niektórych z opisywanych sytuacji sam relacjonujący bynajmniej nie czuł się radośnie. Wraz z autorem podróżujemy przez Kolumbię – kraj skorumpowany i niebezpieczny, gdzie miejscami rządowi żołnierze jeśli są w stanie kogoś bronić, to jedynie samych siebie (i swoje strażnice), gdzie głównym interesem jest produkcja i sprzedaż kokainy. Guerrilla nie oznacza walki o prawa najbiedniejszych, tylko zorganizowane grupy bandziorów, finansowane dzięki narkotykom i gotowe w najokrutniejszy sposób rozprawić się z przeciwnikami i zdrajcami. Właściwie w Kolumbii trwa stan permanentnej wojny domowej i łatwo się domyśleć, kto jest zawsze najbardziej poszkodowany.

Cejrowski zmierza jednak do lasu amazońskiego, bo on i poznanie wewnętrznych plemion Indian Carapana stanowią prawdziwy cel podróży. Jacy okazują się Dzicy? Nie znają skarpetek, majtek ani proszku do prania. Wspomniane rzeczy nie są im jednak w najmniejszym stopniu do czegokolwiek potrzebne. Tak jak biały człowiek. Wiodą proste życie i przez to wydają się bardziej autentyczni od nas. Seks (czyli pinga-pinga) jest dla nich czymś naturalnym i niewstydliwym. Ludzi starszych otacza szacunek, gdyż przez całe życie zgromadzili Moc, czas i doświadczenie; nikt nie umiera w samotności. Indianie nie są obarczeni lękami i rzadko dotykają ich choroby psychiczne, jeśli do tego dojdzie podobno szamani są w stanie ich wyleczyć. Oczywiście, odczuwają strach, ale ten jest uzasadniony i potrzebny, bo w dżungli czyha cała masa zagrożeń w postaci jadowitych węży i pająków, piranii, jaguarów, owadów potrafiących składać jaja w ciele człowieka i wielu innych stworzeń, za spotkanie z którymi każdy serdecznie by podziękował. Strach jest dobry – jak mawia poznany przez Cejrowskiego szaman z wewnętrznego  szczepu i trudno w tym przypadku się z nim nie zgodzić. Przeciętny mieszkaniec zachodniej Europy wrzucony nagle w taki świat nawet przy największym szczęściu nie przeżyłby kilku dni. Bez wiedzy, jaką posiadają Dzicy na niewiele zdałyby się zdobycze cywilizacyjne. Schorzenia wynikające ze zwykłego przeżarcia i ogólnie niezdrowego trybu życia typu otyłość, miażdżyca czy nadciśnienie – a cóż to takiego? Carapana jedzą, by wypełnić brzuch, byleby mieć energię do funkcjonowania i nie przejmują się brakiem przypraw czy jakością pożywienia – proste jak kij od szczotki. Z czasem wspomniany szaman staje się przyjacielem autora i opowiada panu W.C. o rzeczach, które są poza naszym pojmowaniem i wykraczają poza poznany świat fizyczny. I tu czytający może zadać sobie pytanie: na ile Cejrowski koloryzuje? No bo jeżeli czynił tak sam Ryszard Kapuściński, dlaczego pan Wojciech nie miałby puszczać wodzy wyobraźni? Istotne jest również do jakiego stopnia wolno opowiadającemu upiększać i podbarwiać? Trudno odpowiedzieć, ale jeśli większość, a przynajmniej „trzon” relacji z podróży jest prawdą, to chylę czoła.

„Rio Anaconda” jest lekturą nietuzinkową, świetnym sposobem na konstruktywne spędzenie wolnego czasu. Oferuje wędrówkę w tajemniczy, groźny i odległy świat, czyli prosto do serca amazońskiej dżungli. Tam, gdzie ludzie nie naruszyli jeszcze naturalnego porządku, ku zagładzie wielu gatunków flory i fauny…

… a gdzie prędzej czy później  trafią buldożery i drwale, by wszystko zniszczyć.

____________________________

AUTOR: Wojciech Cejrowski

TYTUŁ: Rio Anaconda

WYDAWNICTWO: Zysk i S-ka

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: Cejrowski
22:28, jareckr , Inne
Link Dodaj komentarz »
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            



Spis moli