o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Klimatyczny serial

Stany Zjednoczone tuż po wielkim kryzysie. Do trupy cyrkowców, w skład której wchodzą ludzie co najmniej nietypowi, dołącza Ben Hawkins – młody chłopak o ponadnaturalnych, choć niepoznanych do końca, zdolnościach. Osobliwą ekipą kieruje karzeł Samson (znany z „Miasteczka Twin Peaks” Michael J. Anderson); jest w niej kobieta z brodą, ślepy jasnowidz, dziewczyna wróżąca z kart tarota, człowiek o gadziej skórze i siłacz. Są siostry syjamskie, tancerki, a także spora grupa pracowników fizycznych, bo gdy trupa zawita do kolejnego miasteczka ktoś musi rozstawić cały interes. Samson i spółka przemierzają pokryte piaskiem i kurzem pustkowia, by znużonym mieszkańcom południowych stanów zafundować chwile rozrywki. A w ofercie między innymi atrakcje typowe dla wesołych miasteczek, wróżenie z kart oraz striptease, trochę tanich trików i oszustw. Trudno też obejść się bez pozyskiwania dodatkowych funduszy, w postaci wypchanych portfeli, wprost z kieszeni co zamożniejszych widzów.

Ben posiada dar, którego wykorzystanie zawsze przynosi skutki uboczne, gdyż przyroda (wszechświat?) najwidoczniej dąży do zachowania stanu równowagi – nie ma nic za darmo. Chłopaka, z jakichś powodów, dręczą senne koszmary, w nocy wciąż przewijają się obrazy z frontu I wojny światowej, powraca postać nieznajomego mężczyzny. Oprócz tego Hawkins nieraz jest uczestnikiem wydarzeń, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Z czasem sny stają się tak uciążliwe, że Ben boi się zasnąć. Trudno mu to wszystko zrozumieć, a intencje proponującego pomoc niewidomego Lodza wydają się podejrzane. Czym kieruje się stary profesor Lodz, również posiadający nadprzyrodzone umiejętności – nie wiadomo. Tajemnic jest więcej: Ben jest poszukiwany przez policję za morderstwo, Sophie (dziewczyna od tarota) telepatycznie porozumiewa się ze swoją sparaliżowaną matką, Samson co jakiś czas rozmawia w wozie z zagadkowym kimś (lub czymś) ukrytym za kotarą, a kogo wszyscy określają mianem „kierownictwa”, zaś górnicy w miejscowości Babylon… zresztą sami zobaczcie.

Osobno potraktować należy duży, w pierwszym sezonie właściwie oddzielny, wątek pastora Justina Crowe’a i jego siostry, Iris. Pastor to także człowiek niezwykły – niesiony wiarą i poczuciem misji, skrywający w sobie potężne moce. Kiedy kościół dla biedoty, który udało mu się wybudować, ulega doszczętnemu spaleniu, brat Justin rusza na tułaczkę. Wraca z niej odmieniony, z wątpliwością co do natury i pochodzenia swoich zdolności. Czy mieszka w nim dobro czy zło, czy opętał go demon, czy też sam jest demonem? Wiemy, że losy Hawkinsa i pastora muszą się kiedyś skrzyżować, ale w końcówce pierwszej serii jeszcze do tego nie dochodzi (przynajmniej panowie nie spotykają się na jawie).

Są seriale, w których dzieje się znacznie więcej niż w „Carnivale”, bo tu fabuła rozkręca się powoli. Większość pytań po pierwszym sezonie pozostaje bez odpowiedzi, a o niektórych postaciach wiemy niewiele lub właściwie nic (zrośnięte siostry, człowiek-gad). Za to klimat jest zniewalający, jedyny w swoim rodzaju, czym serial zdobył sobie wiernych fanów. Niestety, po dwóch sezonach, HBO produkcję zawiesiło. Powód? „Carnivale” był chyba za mało „popowy” i najwyraźniej trafiał do zbyt wąskiej (przynajmniej w porównaniu z innymi serialami) grupy odbiorców. Tradycyjnie już słynna stacja telewizyjna zadbała o jakość – scenografia, kostiumy, gra aktorska są na wysokim poziomie. Zwraca uwagę także nastrojowa czołówka, w której pojawiają się filmowe migawki z lat 30-tych, a w nich Roosvelt, Mussolini, Stalin, masy pracujące, baseball, tańce towarzyskie, członkowie Ku Klux Klanu no i piękne karty.

Ameryka tamtego okresu pokazana została przez pryzmat ubóstwa, brudu, kurzu i – jak zauważyli internauci – brzydoty, gdyż wielu bohaterów „Carnivale” nie grzeszy urodą. Mężczyźni są spracowani i spoceni, kobiety najczęściej w najmniejszym stopniu nie przypominają ówczesnych gwiazd filmowych. Serial to obyczajowo-fantastyczna mieszanka wybuchowa, w której niemałe znaczenie odgrywają elementy grozy oraz dramatu. Dla wielbicieli zakręconych klimatów a’la Twin Peaks po prostu rzecz obowiązkowa – cud, miód i orzeszki. Nie wiem jak Wy, ale ja już zabieram się do oglądania drugiego sezonu.

niedziela, 11 września 2011
Zombie w natarciu

Ile to razy w horrorach ziemię nawiedzała dziwna zaraza, która zmieniała większość ludzi w zombiaki, pragnące dobrać się do pozostałych przy życiu niedobitków – trudno zliczyć. Jak poruszają i zachowują się mniej lub bardziej zzieleniali „milusińscy”, a także jaki jest najskuteczniejszy sposób na ich ostateczne unicestwienie, nawet pobieżnie zaznajomionym z konwencją wyjaśniać nie trzeba. Co jakiś czas pojawia się jednak film lub książka, która na pozór wyeksploatowany temat odkrywa na nowo i czymś zaskakuje. Tak było z „Wojną zombie” Maxa Brooksa – syn słynnego reżysera i scenarzysty (żeby wymienić najważniejsze), wykorzystując wiedzę o sytuacji międzynarodowej, stworzył coś w rodzaju zbioru relacji z różnych krajów świata o konflikcie z wszechobecnymi truposzami. Brooks opisał wszystko na tyle wiarygodnie, że w trakcie lektury miało się wrażenie, iż wojna ta rzeczywiście się odbyła, a ludzkość dopiero niedawno odniosła zwycięstwo. Trudno też było pozbyć się odczucia, że hordy mięsożernych, debilnych nieumarłych należy traktować czysto metaforycznie. Brytyjskim miniserial „Dead Set” („W domu zombie”) już kipiał sarkazmem wymierzonym nie tylko w widzów programów typu reality show, ale także w całe zachodnie, megakonsumpcyjne społeczeństwa. A co można powiedzieć o serialu telewizji AMC „The Walking Dead”, stworzonym na podstawie komiksu Roberta Kirkmana o tym samym tytule? O tym poniżej.

Policjant Rick Grimes po postrzale trafia do szpitala w stanie śpiączki. Po wybudzeniu powoli poznaje prawdę o tym, jak bardzo podczas jego „nieobecności” zmienił się świat. Już wygląd opuszczonego i zdemolowanego szpitala zapowiada same niemiłe niespodzianki. Ślady po kulach, krew na ścianach i dziwny napis na dwuskrzydłowych drzwiach to dopiero początek. W miasteczku Grimes poznaje dwóch ludzi – dla ojca i syna trudniejsze niż samo fizyczne przetrwanie są katusze związane z faktem, że najbliższa im kobieta zamieniła się w odrażające monstrum. Po wizycie we własnym domu, Rick ma niemal pewność, że jego żona i synek przeżyli, a najbardziej prawdopodobnym miejscem ich pobytu jest Atlanta. Rusza więc do stolicy stanu Georgia, gdzie, poza rodziną, spodziewa się zastać dawny porządek rzeczy. Na miejscu czeka go spory zawód – miasto jest wymarłe, a koń, na którym do niego wjechał szybko staje się pożywieniem dla… wiadomo, dla kogo. Gliniarz trafia na grupę ocalałych, a później do ich obozu, w którym odnajduje ukochane osoby oraz byłego policyjnego partnera, Shane’a Walsha. I tu dopiero opowieść o survivalu po upadku cywilizacji zaczyna się na dobre. Pikantny motyw to romans Walsha z żoną Grimesa, przekonaną o tym, że Rick nie żyje. W komiksie owocem owego romansu była ciąża, a Shane (ślepo wierzący w bliską pomoc ze strony rządu) dość szybko zginął, w serialu natomiast sprawy potoczyły się nieco inaczej.

Skoro przy różnicach jestem: w rysunkowym pierwowzorze scenarzysta postawił na przedstawienie tego, jak ludzie reagują na psychiczne obciążenia i jak radzą sobie w sytuacjach ekstremalnych. Kirkman na wstępie pierwszego zeszytu zaznaczył, że jego dzieło nie jest horrorem – jeśli ktoś poczuje dreszcze to… w porządku. Zombie spełniają rolę swoistego tła i śmiertelnego zagrożenia jednocześnie, ale za dużo ważniejsze autor uznał pokazanie grupki bohaterów w walce o przetrwanie oraz całej gamy towarzyszących temu emocji: tęsknoty za normalnością, rezygnacji, zagubienia, złości, desperacji, smutku i depresji, strachu przed śmiercią i nieznanym. Pod tym względem komiks znacznie przewyższa produkcję AMC, bo w tej wszystko, co wiąże się z postaciami wygląda trochę blado; to jest jej największa słabość. Gra aktorska nie porywa – dlatego widz raczej nie poczuje jakiejkolwiek więzi nawet z Grimesem, z którego perspektywy obserwuje wydarzenia. Niestety, Amerykanie zafundowali widzom nieco poprawności politycznej – wśród garstki „obozowiczów”, wzbogaconej o dodatkowe postacie, musieli znaleźć się przedstawiciele wszystkich ras, a aktor wcielający się w Shane’a ma urodę Latynosa, co nie znajduje potwierdzenia w komiksie. I tu obrazki z dymkami znowu górą! Co więcej, w serialu na próżno szukać błyskotliwości książki Brooksa czy przekazu z „Dead Set”.

Serial broni się jednak kilkoma zdecydowanymi zaletami. Dziesiątki porzuconych samochodów, opuszczone ulice, często zrujnowane domy oraz ludzkie zwłoki w niektórych domostwach tworzą niezwykle wyrazisty klimat postapokaliptyczny. Nie bez znaczenia pozostają reakcje ocalałych na możliwość korzystania z prądu, ciepłej wody, picia wina czy czytania książek – komforty zwykle uważane przez nas za nieodłączne elementy codziennego życia. Świetnie wyglądają chodzące, czy raczej szwędające się, truposze. Dodatkowo co najmniej jeden wątek obecny jedynie w ekranizacji, zaliczyć można do udanych. No i – last but not least – sześć odcinków pierwszego sezonu ogląda się migusiem i z przyjemnością. Cóż z tego, że widzieliśmy podobne rzeczy już kilka(naście) razy? Cóż z tego, że istnieją inne seriale, które wciągają jeszcze bardziej, a nawet ocierają się o ideał?  „The Walking Dead” jest wystarczająco fajny, aby zasiąść do niego z piwkiem oraz czymś na przegryzienie i bawić się całkiem dobrze. A dla wielbicieli zombiaków dobra wiadomość: następna odsłona serialu już w październiku.

Recenzja kolegi na: horror online.

środa, 10 sierpnia 2011
Co jest nielegalne, jest bardziej opłacalne

Nie wiem jakich dokładnie efektów oczekiwał rząd Stanów Zjednoczonych po prohibicji, ale oglądając filmy o latach dwudziestych ubiegłego wieku, trudno uznać wprowadzenie 18-tej poprawki do Konstytucji za krok udany. Nie od dziś wiadomo, że to, co nielegalne jest bardziej opłacalne – ustawa, zniesiona w roku 1933, przyczyniała się do konsolidacji środowisk przestępczych, co widać także w serialu „Boardwalk Empire” („Zakazane imperium”). I właśnie tę, niezwykle udaną produkcję HBO, chcę pokrótce przedstawić.

Enocha „Nucky’ego” Thompsona, skarbnika Atlantic City, poznajemy jako świetnego mówcę i zarazem obrońcę moralności na wystąpieniu przed kobiecym Towarzystwem Wstrzemięźliwości. Thompson (w tej roli kapitalny Steve Busceni) z dramatyzmem opowiada o zgubnym wpływie alkoholu na życie rodzinne, co nie przeszkadza mu handlować tym – wkrótce zakazanym – dobrem na olbrzymią skalę. Jak się szybko okazuje, Nucky czerpie także zyski z kasyna, a całe miasto trzyma w kieszeni dzięki umiejętnemu pociąganiu za sznurki. Ten były szeryf doskonale wie jak przemawiać (w wystąpieniach publicznych mówi to, co inni chcą usłyszeć), z kim się układać i jak kierować ludźmi, by utrzymywać swoje wpływy – to stuprocentowy polityk, który zawsze stawia na swoim. Znajomości w świecie ludzi władzy oraz biznesu, a także fakt, że brat pełni funkcję zwierzchnika lokalnej policji, wiele rzeczy czynią znacznie łatwiejszymi do osiągnięcia.

Myliłby się jednak ten, kto uzna miejskiego skarbnika za całkowicie pozbawionego skrupułów i sumienia – Thompson jest człowiekiem noszącym w sobie ciężkie doświadczenia, barwnym i wielowarstwowym, o czym przekonuje się jego kochanka. Ale czy walcząc o władzę i organizując nielegalny proceder w świecie rodzących się mafii da się pozostać gangsterem tylko w połowie? Gdzie leżą punkty przekraczania kolejnych granic moralnych? Czy wszystko da się zlecać osobom trzecim, by nie brudzić rąk krwią konkurencji? Przecież w takim interesie trzeba być bezwzględnym – brak zdecydowania zawsze odczytywany będzie jako słabość. Na domiar złego na horyzoncie pojawia się ortodoksyjny do bólu (czasami dosłownie!) agent rządowy Van Alden, którego zadaniem jest zwalczanie nielegalnego przemytu i handlu napojami wyskokowymi.

Już w pierwszym odcinku widać, że cała śmietanka towarzyska miasta, na czele z jego szarą eminencją, kompletnie nie przejmuje się rządowym zakazem; bawi się w najlepsze w towarzystwie pięknych kobiet, przy alkoholach wszelkiej maści i akompaniamencie orkiestry. Ta scena jest przykładem i zarazem zapowiedzią tego, jak wspaniałą pracę wykonali realizatorzy serialu – w każdym odcinku, w każdej minucie czuje się klimat lat dwudziestych ubiegłego wieku. Na ekranie znajdziemy wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać po filmie przedstawiającym ten, jakże ciekawy, okres: od wiernie oddanych wnętrz domów, apartamentów, burdeli, kasyn i sklepów, przez pełne uroku stroje, po auta i drobniejsze rekwizyty. Po prostu scenografia w „Boardwalk Empire” to mistrzostwo świata. Przykładami dbałości o szczegóły niechaj będzie wyeksponowanie przez chwilę okładki magazynu Vogue, czytanego przez jakąś kobietę. Pamiętam też, że któraś z postaci wspomina o antysemickich publikacjach Henry’ego Forda (tak, tego od samochodów) – takich smaczków jest z całą pewnością więcej. Całości dopełnia tak charakterystyczna, wspaniała muzyka.

Twórcy zaludnili serial licznymi osobowościami, a gra aktorska nie pozostawia nic do życzenia – doprawdy, nie widzę ani jednego aktora, który stanowiłby „słabe ogniwo”. Wśród postaci są mafiosi z innych miast, w tym słynny Al Capone u progu swej kariery, grube ryby polityki, poharatani psychicznie i fizycznie weterani pierwszej wojny światowej (przytłoczony przeszłością Jimmy, jego kolega pozbawiony połowy twarzy), sufrażystki, prostytutki, bimbrownicy, agenci federalni oraz „zwykli obywatele”. Nie będę rozpisywać się o poszczególnych bohaterach, zbyt wielu zasługuje na charakterystykę. Nadmienię jedynie, że w tym dużym gronie znalazły się także atrakcyjne panie, których wdzięki podziwiać można niekiedy w pełnej krasie.

W „Boardwalk Empire” mamy akcenty irlandzkie chociażby w postaci Dnia Świętego Patryka (niestety „fedzie” zniszczyli zapasy zielonego piwa) no i oczywiście sporo makaroniarskich, bo jak wyglądałby taki serial bez układów, układzików, korupcji i mafijnych porachunków? Wobec powyższego nikogo chyba nie zdziwi fakt, że pierwszy odcinek wyreżyserował sam Martin Scorsese.

Krótko mówiąc: „Boardwalk Empire” to produkcja wysokich lotów, wciągająca widza na długie godziny – oglądanie po jednym epizodzie nie wchodzi w grę. I żeby nikt później nie marudził, że nie ostrzegałem! Tym samym lista moich ulubionych seriali telewizyjnych wydłużyła się o jedną pozycję. Już dzisiaj czekam na wrzesień, by po raz drugi odwiedzić imperium Nuckiego Thompsona i okolice.

PS. Obecnie zarzucam ciekawy, oryginalny „In Treatment” z Gabrysiem Byrnem w roli głównej i szykuję się do obejrzenia drugiego sezonu „Mad Mena”. Oba tytuły, a szczególnie ten drugi, zasługują tylko na pochwały.

sobota, 02 lipca 2011
Oprócz błękitnego nieba…

Nie jestem fanem, ani tym bardziej znawcą anime. Pewne maniery w rysowaniu ludzkich twarzy, czy w ogóle w prezentowaniu postaci lekko mnie drażnią. Nigdy nie przeszkadzało mi to jednak na tyle, abym – jak wielu dorosłych – odrzucał tę konwencję całkowicie; co więcej, znam sporo świetnych filmów pełnometrażowych i seriali. Bynajmniej nie są to tylko dzieła „japońskiego Disneya” – Hayao Miyazaki’ego. Kiedyś spore wrażenie zrobiły na mnie „Grobowiec dla świetlików”,Jin Roh: The Wolf Brigade” oraz oczywiście „Ghost in the Shell”, świetnie bawiłem się przy takich rzeczach jak „Vampire hunter D”, „Cowboy Bebop” i „Hellsing”. Dziś z chęcią wróciłbym do niektórych tytułów, nawet tylko po to, żeby je sobie przypomnieć. Po długiej przerwie w oglądaniu tego rodzaju kina, przyszło mi zapoznać się z produkcją spoza Japonii. „Wonderful Days”, znana także pod tytułem „Sky Blue”, osiem lat temu była najdroższą animacją w historii koreańskiej kinematografii.

Przenosimy się do roku 2142. Po jakiejś globalnej katastrofie, ludzie stworzyli nowe miasto – Ecoban, ulokowane gdzieś na Pacyfiku. Skażeni uchodźcy z zewnątrz nie mają do niego wstępu. Dla metropolii priorytetem jest odpowiednia ilość energii, pozyskiwanej z zanieczyszczeń środowiska. Gdzieś obok, na zasadzie pariasów egzystują Marrianie, których wykorzystuje się jako siłę roboczą. Ich zdrowie i życie niewiele znaczą dla władz miasta, co widać już w pierwszych scenach filmu. Służby policyjne brutalnie tłumią zamieszki Marrian, więc Ecoban w niczym nie przypomina enklawy mlekiem i miodem płynącej. Przynajmniej nie przypomniana jej dla większości. Dodatkowo niebo jest tu brudno-szare i ciągle pada, co ma być odwołaniem do klimatu cyberpunka.

Shua, młody wyrzutek z Ecobanu, włamuje się do systemu dowodzenia miasta. Podczas ucieczki dochodzi do starcia pomiędzy nim, a funkcjonariuszką ochrony o imieniu Jay. Tyle tylko, że Shua i Jay w sobie nawzajem rozpoznają bliskich przyjaciół z dzieciństwa. Oboje pamiętają wspólnie spędzony czas, kiedy przyglądali się jeszcze wtedy błękitnemu niebu; obecnie ujrzenie firmamentu w prawdziwych barwach jest marzeniem niejednego człowieka. Oprócz tej dwójki jest jeszcze ten trzeci – przełożony Jay i zarazem szef ochrony, więc mamy tutaj typowy trójkąt miłosny.

Niby więc wszystko ładnie i pięknie, stworzono fantastyczne tło oraz fabularne możliwości. Niestety, nawet jak na animację, fabuła wypada co najwyżej bardzo przeciętnie. Jest prosta jak kij od szczotki, a postacie pozbawione jakiejkolwiek głębi nie przekonują. Aż prosi się o bardziej szczegółowe pokazanie Ecobanu, społeczności pariasów, polityki wewnątrz czegoś w rodzaju rady miasta i wzajemnych relacji bohaterów w okresie dzieciństwa. Możliwości w tym zakresie było sporo – twórcy w ciągu kilku minut mogliby coś takiego wymyśleć, a potem rozbudować wątki. Pomysł z uzyskaniem energii z otaczających miasto zanieczyszczeń jest dziwny, ale do przełknięcia. Za to palenie pól roponośnych, by jeszcze bardziej zasyfić atmosferę i by potem móc uzyskiwać więcej energii to już przesada. Co najmniej w dwóch ujęciach pojawiają się elektrownie wiatrowe – czyżby zupełnie  zapomniano o ich przeznaczeniu?

W „Wonderful days” nie zobaczymy niczego nowatorskiego jeśli chodzi o przedstawienie świata przyszłości. To po prostu kolejna wizja, która niczym szczególnym się nie wyróżnia. Uwagę zwraca natomiast oprawa graficzna. Połączenie animacji 3D z tradycyjną robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Ładne tła, kilka efektownych strzelanin, sabotaż i ucieczka z centrum dowodzenia to niewątpliwe jasne punkty „Wonderful days”. I jeśli już oglądać koreańską animację, to głównie ze względu na formę, czyli warstwę audio-wizualną. W sumie trochę szkoda, bo przy dopracowaniu treści mogło być o wiele lepiej.

piątek, 20 maja 2011
Nie ma to jak serial…

...wyprodukowany przez HBO, o ile nie jest to seks w większym lub mniejszym mieście. Nie mam też na myśli typowo komediowych serii telewizyjnych, tylko historyczne lub „pół-historyczne” „Deadwood”, „Kompanię braci”, „Pacyfik” czy równie znakomity „Rzym”. Mimo tak różnej tematyki łączy je wiele wspólnych zalet, wśród których jest ta najważniejsza: fabuła wciąga widza tak bardzo, że trudno poprzestać na jednorazowym obejrzeniu pojedynczego odcinka. Wszystkie wymienione cechuje pełen profesjonalizm i dopracowanie chyba pod każdym możliwym względem. Naprawdę, nie dziwię się ludziom, którzy wręcz maniakalnie oglądają tego rodzaju seriale. Przy czym żeby dać się wkręcić, wcale nie trzeba być szczególnym miłośnikiem historii.

A jakich efektów możemy oczekiwać po serialu fantastycznym, nieprzeznaczonym dla dzieci czy młodszych nastolatków? Cóż, można było się przekonać oglądając „True blood” – z uwagi na śmiałe sceny seksu, przemoc oraz podjęte tematy (rasizm, religia, homoseksualizm) opowieść o pewnej barmance i wampirach adresowana była do zdecydowanie starszej publiczności. Tak samo jest z „Grą o tron” – najnowszą produkcją  HBO, zrealizowaną na podstawie powieści George’a  M. M. Martina. Książki nie czytałem, ale nazwisko pisarza kojarzy mi się pozytywnie, bo swego czasu zapoznałem się z opowiadaniem „Piaseczniki” – świetne, utrzymane w klimacie horroru sf mogłoby stanowić wzorzec dla wielu krótkich form (pomysł z „Piaseczników” wykorzystał w swojej powieści Jarosław Grzędowicz).

Pierwsze sześć minut „Gry o tron” robi bardzo dobre wrażenie. Żadne tam słodko-mdlące fantasy, ani śladu wypacykowanych postaci, czystych wieśniaczek o urodzie modelek czy walk karate zamiast machania mieczami. Jaskrawych kolorów nie ma; jest biel śniegu, czerń płaszczy i odcienie szarości pomiędzy nimi. Członkowie uzbrojonego patrolu natrafiają na zmasakrowane ciała gdzieś w lesie po czym szybko stają się zwierzyną łowną. Jedyny ocalały zostaje później ścięty ze dezercję; choć widział coś niezwykle niepokojącego nikt nie chce mu uwierzyć. Po mocnym akcencie otwierającym całą historię mamy niezłą czołówkę, a potem powoli poznajemy, zbliżony do naszego średniowiecza, świat Siedmiu Królestw oraz najważniejsze postacie dramatu. Te skupiają się głównie wokół czterech rodów szlacheckich.

Na czele rodu Starków stoi Eddard, lord z północy, człowiek honorowy i oddany królestwu. Gra go Sean Bean, który ma już na koncie dwie podobne kreacje (poza ekranizacją tolkienowskiej trylogii rycerz w „Black Death”) i trzeba przyznać, że pasuje do roli jak mało kto. W rodzinie Starków ciekawszymi personami są jego zaradna i odważna żona (Michelle Fairley), jedna z córek – archetypowa, ale sympatyczna chłopczyca oraz syn z nieprawego łoża, noszący – jak każdy bękart – nazwisko Snow.  Antagonistyczny, wpływowy ród to Lannisterowie.  Z nich wywodzi się żona nowego króla (znana z „300”, urodziwa Lena Headey), która pozostaje w kazirodczym związku z bratem, jednym z najznamienitszych rycerzy królestwa. Ich brat – Tyrion jest karłem o błyskotliwej inteligencji i ciętym języku – to jedna z ciekawszych postaci, daleka od jednoznaczności. Na wygnaniu pozostaje rodzeństwo Targaryen, dzieci zabitego Szalonego Króla. Jego syn pragnie usunięcia obecnego władcy i powrotu na tron. Aby zrealizować swoje pragnienia wydaje siostrę za wodza koczowników zza morza, mając nadzieję na pozyskanie ogromnej, sojuszniczej armii. Nowy król (kojarzony z rolami komediowymi Mark Addy) i jednocześnie stary przyjaciel Starka z rodu Baratheon – kiedyś sprawny wojownik, dzisiaj opój i żarłok – przez niektórych uważany jest za uzurpatora. Galerię bohaterów uzupełniają odpowiednio naszkicowane postacie na dalszych planach: członkowie królewskiej rady, budzący respekt przywódca koczowników, dowódcy Nocnej Straży i wiele innych.

Obsada, w dużej mierze złożona z nieco mniej znanych, lecz rozpoznawalnych aktorów nie zawodzi, a lokacje pokroju monumentalnego muru granicznego czy zamków wyglądają wyśmienicie. W dotychczas wyemitowanych pięciu odcinkach znajdziemy sprawnie opowiadaną, coraz  bardziej nabierającą tempa historię z intrygami politycznymi i dworskimi. Akcja w odpowiednich momentach przeskakuje między poszczególnymi miejscami i bohaterami. Stark zostaje królewskim namiestnikiem, nie wszystko jednak jest takie proste, jak wydawało mu się na początku. W powietrzu wisi wojna, nadchodzi długoletnia zima (pory roku mogą trwać całymi latami) oraz tajemnicze zagrożenie z północy…

Wszystko to zaostrza apetyt na ciąg dalszy. Tego rodzaju seriale, mieszczące się w nurcie fantastycznym, z pewnością znajdą rzesze wielbicieli. Nie powiem, że teraz palę się do przeczytania książki i że umieram z niecierpliwości na myśl o następnym odcinku, ale „Gra o tron” bez dwóch zdań zasługuje na obejrzenie. Pod względem realizacji technicznej w zestawieniu z polskim „Wiedźminem” (reżysera i scenarzystę tego „dzieła” powinno się ukarać publiczną chłostą) produkcja HBO wypada jak Ferrari przy zardzewiałej Syrence.

sobota, 09 kwietnia 2011
Po apokalipsie…

Dzisiaj o filmie animowanym Shanea Acknera pod tytułem „9” (z 2009 roku) – bajce dla dorosłych, pięknej na swój własny, niepowtarzalny sposób. Dawno nie widziałem animacji, którą oglądałbym z równie dużym zauroczeniem. Z nowszych produkcji ani „Jak wytresować smoka”, ani „Jak ukraść księżyc”, choć przyjemne w odbiorze, nie zrobiły na mnie takiego wrażenia.

W „9” mamy okazję oglądać świat po wojnie ludzkości z maszynami, ale to nie ocalali ludzie są tu bohaterami. Wśród szkieletów budynków, gruzów, wraków samochodowych, wojskowych okopów i wszelkich innych pozostałości po cywilizacji przemieszczają się stworzone przez pewnego naukowca małe, szmaciane laleczki. Każda z nich ma numer od „1” do „9” wyrysowany na plecach. Istotne dla scenariusza jest to, że ich demiurg był jednocześnie ojcem technologii, która przyniosła zagładę ludzkiej rasie.

Myślące i w pełni świadome kukiełki, choć podobne do siebie, wykazują dość istotne różnice nie tylko w wyglądzie zewnętrznym, ale również pod względem osobowościowym. Mają różne temperamenty, motywacje i charaktery. Odczuwają emocje identyczne z ludzkimi, wykazują nasze słabostki (świetna scena z kukiełką, która „narkotyzuje” się magnesem), z mniejszym lub większym trudem przełamują swoje lęki. Jedynka jest kapłanem i jednocześnie liderem tej małej społeczności - ostrożny i konserwatywny dba o zachowanie status quo. Postawna ósemka, uzbrojona w wielki nóż pełni funkcje jego ochroniarza; trójka i czwórka to bliźniacy z zapałem archiwizujący wszystko, co zobaczą, a siódemka jest sprawną, nieustraszoną wojowniczką. Z kolei szóstka posiada cechy nieco autystycznego artysty i za pomocą swoich palców-stalówek kreśli obrazki z dziwnym wzorem. Identyczny wzór widnieje na tajemniczym artefakcie, będącym kluczem działania zarówno maszyn, jak i grupki bohaterów. Najważniejszą postacią jest naturalnie laleczka z numerem dziewięć. Skonstruowana z materiału, rzeźbionego drewna i miedzi dziewiątka, po drobnej naprawie, mówi głosem Elijaha Wooda. Dziewiątka, która trafia na resztę pobratymców dopiero po pewnym czasie, stanowi dokładne przeciwieństwo ich przywódcy, gdyż jest archetypowym, ciekawym świata i stawiającym pytania buntownikiem.

To właśnie ponumerowana ferajna podejmuje walkę z mechaniczną bestią podobną do psa (pozostałość po wojnie z homo sapiens), a później z „przebudzoną”, najważniejszą maszyną–mózgiem, zdolną do samodzielnego konstruowania robotów, nie tylko do zwykłej, taśmowej produkcji. Proces budowy odbywa się szybko, nieraz z użyciem nietypowych surowców i w trybie mocno improwizacyjnym, a jego efektem są przedziwne konstrukcje o militarnym przeznaczeniu. Nic dziwnego, bo w totalitarnym państwie (coś pomiędzy Niemcami a Związkiem Radzieckim z lat 30-tych/ 40-tych XX wieku), w którym powstawał elektroniczny mózg, roboty zaczęto wykorzystywać do takich właśnie celów.

Niczym królowa obcych w „Aliens” naczelna maszyna okazuje się dość żywotna, więc nie łatwo będzie ją pokonać. Za to dość szybko się irytuje, co widać po niebieskawych wyładowaniach w okolicy dużego, czerwonego oka. Wszystkie sceny akcji, których zresztą nie brakuje, cechuje rozmach i dynamizm. Dzięki temu walki toczone między bohaterami, a dość wymyślnymi tworami maszyny-mózgu, ucieczki i pościgi nie tylko cieszą oko, ale wręcz zachwycają. Podobnie jest z poszczególnymi lokacjami (kościół, biblioteka, fabryka) i postapokaliptycznym tłem. Podczas kilku ujęć widać stalowoszare niebo, czasami z pomarańczową poświatą zachodzącego słońca. Jeżeli ktoś uważnie przyjrzałby się drugiemu planowi, z pewnością zauważyłby sporo smaczków. Niezłe są też zdjęcia z czegoś w rodzaju kroniki, gdzie widać państwowego przywódcę – kanclerza, wojny i bunt maszyn. Dla mnie prawdziwy majstersztyk! Całości dopełniają sympatyczne postacie i dobre dialogi.

Nie da się nie zauważyć żonglowania motywami znanymi z kina science fiction i nawet nie tyle nawiązań, co czerpania pełnymi garściami z filmów z serii „Terminator” i „Matrix”. Zrobiono to celowo, z rozmysłem i na tyle dobrze, że ostatni „Terminator” wydaje się mniej przemyślany niż opisywana animacja. Jedynym mankamentem „9” jest zakończenie noszące znamiona metafizyki - dość optymistyczne nie najlepiej wpisuje się w niesamowity klimat filmu. Mimo to dzieło Acknera i tak przykuwa uwagę bardziej niż wiele fantastycznych filmów fabularnych. Ba, samo stanowi film fantastyczny par excellence, a poza sf znajdziemy tu także elementy horroru. Naprawdę warto!

PS. Nieprzypadkowo wśród producentów znaleźli się Tim Burton oraz reżyser „Staży nocnej” i „Straży dziennej” zrealizowanych na podstawie książek Siergieja Łukjanienki.

piątek, 18 marca 2011
Neon niebieski, neon pomarańczowy

Starego „Trona” widziałem i owszem, ale było to dawno, dawno temu, choć wcale nie w odległej galaktyce. Pozostało jedynie wspomnienie motywu człowieka, który został „zassany” do komputera; musiał walczyć o przetrwanie i wydostanie się z elektronicznego świata. Siadając do oglądania filmu Josepha Kosinskiego „Tron: Dziedzictwo” nie oczekiwałem wiele – ot, chciałem godziwej zabawy na dwie godziny i takową otrzymałem. Nie będę pierwszym i ostatnim, jeśli napiszę, że scenariusz jest banalnie prosty, może nawet cienki jak dupa węża. Kilka zalet czyni jednak z filmu więcej niż strawną, choć czysto rozrywkową opowiastkę science-fiction.

W kinie od czasu do czasu pojawiają się obrazy, w których iście barokowy przerost formy nad treścią nie odrzuca, bo owa forma jest na tyle interesująca, że na pozostałe rzeczy przymykamy oko. Jako przykłady niechaj posłużą zrealizowane na podstawie komiksów Franka Millera „Sin City” i „300” czy cameronowy „Avatar”. „Tron: Dziedzictwo” zaliczyłbym właśnie do tego typu produkcji.

I co my tu mamy? Obok kilku smakowitych scen pościgów, przede wszystkim urzekającą scenografię oraz wspaniałą grę neonowych braw: niebieskiego i pomarańczowego/ czerwonego, uzupełnianych przez czerń i biel. Prawdopodobnie nawet osoby mające problemy ze słuchem zgodzą się z opinią, że podkład muzyczny zasługuje na najwyższe uznanie. Za zaletę filmu uznałbym też obecność Olivii Wilde, chociaż aktorka lepiej prezentuje się na zdjęciach spoza planu. Może i słabo wypada pan wcielający się w głównego bohatera, Sama Flynna, może i Jeff Bridges gra jedynie przyzwoicie. Za to swój potencjał po raz kolejny pokazuje Michael Sheen (genialny we „Frost/ Nixon”), tym razem w nieco przerysowanej, drugoplanowej roli. Znany chociażby z serialu „Tudorowie” James Frain również prezentuje się dobrze jako naczelny przydupnik czarnego charakteru. Ów nazywa się CLU i jest inteligentnym programem o prawdziwie zaborczych zapędach. Moment, gdy CLU przemawia do swojej armii, szykującej się do podboju realnego świata, przypomina scenkę z „Władcy pierścieni” z Sarumanem i jego orkami. Ano właśnie, obraz Kosinskiego to również bajeczka, tyle tylko, że osadzona w konwencji s-f. Przy akceptacji tego faktu można zapomnieć o scenariuszowych głupotkach i w pełni cieszyć się jego stroną audio-wizualną. Chociaż następnego dnia po seansie nie będziecie pamiętać o nowym „Tronie”, to i tak warto poświecić mu te 127 minut.

Jedno ze zdjęć sesji inspirowanej filmem:

Więcej na stronie: http://www.playboy.com/articles/playboy-tron-gallery-game-on/

środa, 16 lutego 2011
I’m bad

Czym, czy raczej kim byłby komiksowy bohatejro bez superzłoczyńców, a w szczególności bez tego jednego, największego przeciwnika? Stworzony przez Stana Lee Spider-Man, wśród licznych oponentów, miał darzących go czystą nienawiścią reportera o nazwisku Brook i symbionta, którzy połączyli się w jeden organizm. Tak powstał Venom - przerażający sobowtór pajęczaka. Nietoperek i Joker stwarzają i kształtują siebie nawzajem. Ponieważ Batman jest bardzo ludzki, nie należy do postaci krystalicznych i momentami pokazuje mroczne oblicze. Balansuje na granicy zasad moralnych i prawnych, czasami je przekracza, ale nie staje się socjopatą, tak jak pan na stałe zaopatrzony w szeroki uśmiech. Ktoś, kto za młodu czytywał komiksy Marvela czy DC z pewnością mógłby podać jeszcze wiele przykładów superbohaterów i ich śmiertelnych wrogów. Yin i Yang wzajemnie się uzupełniają i - przynajmniej teoretycznie - nie istnieją bez siebie. No właśnie, a jak wyglądałoby Yin w tego rodzaju opowieści, gdyby nagle zabrakło drugiego elementu? Pal licho wszechogarniającą nudę i tęsknotę za skokami adrenaliny. Dużo gorsza byłaby utrata sensu egzystencji, uczucie pustki, nicość…

Jeżeli nie wyobrażacie sobie takiej sytuacji, obejrzyjcie animację „Megamocny” („Megamind”) z wytwórni DreamWorks. Głównym bohaterem uczyniono przedstawiciela pozaziemskiej cywilizacji, obdarzonego licznymi talentami, ale nieco nieudacznego „złego”. W przeciwieństwie do swojego przeciwnika i superherosa Metro Mana, Megamocny nigdy nie miał lekkiego życia. Jako niemowlęta obaj dotarli na naszą planetę w kosmicznych kapsułach, ale ta z późniejszym szwarccharakterem wylądowała w więzieniu. Mentorami i wychowawcami małego, niebieskiego kosmity zostali więc kryminaliści. Podczas gdy Metro Man od dziecka wykorzystywał swoje moce i był za to uwielbiany przez wszystkich w szkole, Megamocny zawsze pozostawał w jego cieniu. Kim mógł zostać w przyszłości odrzucany przez rówieśników i karcony przez nauczycieli dzieciak o rozbudowanej mózgoczaszce i umyśle Einsteina? Do tego zawsze niedoceniany i niedowartościowany? Oczywiście archetypowym geniuszem zła! Taadammmm!

Nie dość, że obrońca miasta jest do obrzydzenia idealny, chodzi po wodzie i wykazuje talent showmana, to jeszcze nieustannie, raz po raz spuszcza łomot niebieskiemu mózgowcowi. Kolejne porażki w walce z idolem obywateli (mężczyźni wiwatują na jego widok, kobiety niemalże mdleją) najwyraźniej nie zniechęcają naszego intelektualisty. Pewnego dnia w dość przypadkowy sposób uśmierca on Metro Mana i… tu zaczynają się schody. Co zrobić ze zwycięstwem, wszak nie chodzi o to, aby złapać przysłowiowego króliczka, ale żeby go gonić! Nie pozostaje nic innego, jak tylko stworzyć sobie nowego rywala, najlepiej jeszcze doskonalszego od Metro Mana, a to dopiero początek perypetii…

W filmie znajdziemy śmieszne gagi (to już chyba standard), parodię postaci granej przez Marlona Brando w Supermanie oraz kampanii prezydenckiej Obamy. Na uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa, na którą składają się między innymi „Bad” M. Jacksona i Highway to Hell” AC/DC. Do tego dorzućcie wątek romantyczny i pędzącą akcję. Czegóż więcej można oczekiwać?

„Shrek” przewrócił konwencję bajki do góry nogami. „Megamocny” natomiast, głównie na początku, łamie formułę historyjek o superbohaterach, by w końcu zmieścić się w jej ramach. Podobieństwa polegają głównie na tym, że w obu animacjach centralną postacią został potencjalny antagonista. Co więcej, zarówno ogr, jak i Megamocny nie tylko okazują się niegroźni, ale budzą u widzów ogromną sympatię i wywołują szczery śmiech. I chociaż po tylu świetnych animacjach (wspomniany „Shrek”, „Iniemamocni”, „Madagaskar”, „Kung Fu panda”) trudno zaskoczyć czymś widza, to jednak opisywany filmik ogląda się z zaciekawieniem. Dorosłego wyjadacza nie zaczaruje i nie wbije w fotel, ale stanowi sensowną propozycję dla starszych dzieci i rodziców. Słowem: jak znalazł, kiedy ma się do dyspozycji 90 minut wolnego czasu.

niedziela, 13 lutego 2011
Znowu ci obrzydliwi obcy…

Tym razem o horrorze s-f w reżyserii Abla Ferrary z 1993 roku. „Porywacze ciał” to trzecia, po filmach Siegela (1956) i Kaufmanna (1978), adaptacja książki Jacka Finney’a pod tytułem „Invasion of the Body Snatchers”. Po pomysł pisarza sięgnięto także stosunkowo niedawno – w 2007 roku mogliśmy oglądać „Inwazję” z Nicole Kidman i Davidem Craigiem w rolach głównych.

W „Body Snatchers” naukowiec Terry Malone wraz z rodziną, przyjeżdża do bazy wojskowej, w której wśród żołnierzy notuje się przypadki zaburzeń psychicznych. Malone zaczyna badać skażenie wody na terenie jednostki, nie wiedząc, że przebywają w niej obce formy życia. Obcy są bardzo inwazyjni; unicestwiają śpiących ludzi, a na ich miejsce tworzą ich idealne pod względem fizycznym kopie. Klony nie wykazują empatii, są zimne i metodyczne w realizowaniu odgórnego rozkazu opanowania bazy. Wkrótce żołnierzy i ich najbliższych zastępują wyprodukowane zamienniki, a jedynym ratunkiem dla ocalałych jest ucieczka. Plany obcych -a czy mogło być inaczej?- sięgają znacznie dalej.

No i kto tu jest bardziej rozwiniętą rasą – homo sapiens, różnorodni w swej indywidualności i na nią nakierowani (przynajmniej w kulturze zachodniej), czy zorganizowana i perfekcyjnie uporządkowana zbiorowość z nadrzędnymi wobec pojedynczych osobników celami? Ba, jednostki zupełnie się nie liczą, u obcych masa w pewnym sensie stanowi jeden organizm, więc nie ma konfliktów, agresji, walki o swoje interesy. Ludzie natomiast kierują się emocjami, także negatywnymi, przez co bywają w swym postępowaniu nieracjonalni i nieobliczalni. Z drugiej strony to instynkt samozachowawczy, a później właśnie negatywne emocje jak nienawiść i chęć zemsty pozwalają dwójce bohaterów przetrwać i walczyć  (co robią zresztą dość skutecznie, mając do dyspozycji wojskowy helikopter). Tylko zasnąć przecież w końcu trzeba, a wtedy każdy człowiek jest bezbronny…

Dziełu Ferrary nie odmawiam specyficznego klimaciku, którego tak często brakuje nowszym horrorom czy filmom s-f. Trochę za szybko następuje przejście od krótkiego wstępu do właściwej akcji - przydałoby się nieco dłuższe budowanie atmosfery, sama lokacja stwarza pod tym względem duże możliwości. Z postaci drugoplanowych również możnaby wycisnąć więcej, w szczególności mam na myśli zbuntowaną córkę dowódcy i majora-lekarza (Forest Whitaker). Cóż, w sumie to „tylko” horror. Można obejrzeć, choć od rewelacji i jakiegokolwiek zachwytu dzielą go lata świetlne. Niestety, „Inwazji” dobrze nie pamiętam, a filmu Kaufmanna nie widziałem w ogóle (co postaram się nadrobić), więc nie mogę porównywać tych produkcji.

Podczas seansu twarz aktorki grającej córkę Malone’a wydawała mi się bardzo znajoma. Pani Gabrielle Anwar wcieliła się w siostrę Henryka VIII w serialu „Tudorowie”, wystąpiła także w „Zapachu kobiety”.

„Body Snatchers” był nominowany do dwóch nagród: Złotej Palmy i Saturna.

PS. Dużo lepszym i zapadającym w pamięć filmem Ferrary jest „The Addiction” („Uzależnienie”) będący połączeniem dramatu i horroru. Jeśli nie oglądaliście, a interesuje Was inne spojrzenie na wampiryzm, „Uzależnienie” to pozycja obowiązkowa. Kapitalna scenka ukąszenia głównej bohaterki, wampiryzm jako nałóg bliski kokainowemu, sporo filozofii i genialny Christopher Walken… O odtwórczyni głównej roli też złego słowa powiedzieć się nie da. Z tego co pamiętam, w „Uzależnieniu” krwiopijcy nie eksponują swoich górnych „trójek” (W „True Blood” pokazywali chyba „dwójki’? Eee, nieważne…) Zdecydowanie nie dla nastolatek szukających kolejnego, bladego obiektu westchnień.

Więcej o książce Finney’a: http://horror.com.pl/books/recka.php?id=333

Recenzja „The Addiction” na Horror Online: http://horror.com.pl/filmy/recka.php?id=1525

niedziela, 06 lutego 2011
Najlepszy przyjaciel człowieka

Dziś krótko o kolejnym filmie s-f. „A boy and his dog” z 1975 roku powstał na podstawie opowiadania Harlana Ellisona, znanego chociażby ze zredagowania słynnej antologii „Niebezpieczne wizje” (w Polsce wydana przez Solaris).

Na początku filmu możemy podziwiać efekt wybuchu nuklearnego, oczywiście w postaci efektownego grzybka. Po krótkiej informacji o 5-dniowej wojnie atomowej przenosimy się do roku 2024, na pustkowia w Stanach Zjednoczonych. Dla egzystujących po apokalipsie mężczyzn najważniejszymi dobrami, o które toczą się walki są żywność i kobiety. Niektórzy ludzie łączą się w większe grupki, inni funkcjonują jako single.

Główni bohaterowie to grany przez Dona Johnsona (późniejszy policjant z Miami, Nash Bridges, ostatnio też fajna rola w "Machete") młody mężczyzna Vic i towarzyszący mu pies, Blood. Zwierzak jest niezwykły – nie dość, że telepatycznie porozumiewa się z chłopakiem, to jeszcze potrafi wyczuć znajdujące się w pobliżu „cizie”. Razem stanowią zgrany duet, choć w tym przypadku to pies jest tym inteligentniejszym, mądrzejszym, a nawet bardziej racjonalnym stworzeniem. Blood uczy człowieka o zdarzeniach z przeszłości (byli prezydenci USA, daty), w groźnych sytuacjach przekazuje cenne informacje o uzbrojonych przeciwnikach. Trudno więc w przypadku Vica użyć słowa „właściciel” czworonoga. Taki pies-partner to istny skarb i najlepszy przyjaciel.

Podczas seansu w prymitywnym, obozowym kinie Blood wyczuwa kobietę, umiejętnie kamuflującą się w męskim stroju. Jak taka wiadomość działa na młodego, naładowanego testosteronem i wyposzczonego mężczyznę, pisać nie trzeba. Wkrótce atrakcyjna blondynka, jak to nieraz bywa ;), staje się dla Vica źródłem kłopotów. Okazuje się, że poza ludźmi żyjącymi na powierzchni, istnieje jeszcze podziemna, dziwna społeczność. Rządzona przez trzyosobowy komitet, z sentymentem i zupełnym brakiem naturalności dość nieudolnie naśladuje amerykańskie życie sprzed wojny. W praktyce pikniki, parady orkiestry, stroje i wypudrowane twarze są po prostu groteskowe. Na straży porządku społecznego stoi android, a za nieposłuszeństwo grozi kara śmierci.

„A boy and his dog” trąci myszką, ale osobiście wolę w filmach s-f starą „surowość” niż nowe, cukierkowe efekty specjalne. Dla miłośników fantastyki pozycja nieobowiązkowa, ale obejrzeć warto, również ze względu na pełne czarnego humoru zakończenie. Na koniec jeszcze jedna rzecz: prawdopodobnie nie tylko feministki określą film pana Jonesa jako seksistowski.

Więcej o filmie możecie przeczytać w wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ch%C5%82opiec_i_jego_pies

Krótko o książkach w klimacie postnuklearnym:

http://www.fallout3.phx.pl/ie_rozrywka_ksiazki.htm

 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            



Spis moli