o przeczytanych książkach fantastycznych, historycznych i innych, czasami krótko o filmach
czwartek, 30 grudnia 2010
Książkowe plany na 2011…

… przedstawiają się następująco:

Fantastyka:

1) M.L. Kossakowska „Siewca Wiatru”.

Już poszła na pierwszy ogień. Oczekuję czegoś zdecydowanie ponad przeciętność, bo chyba nie przypadkowo cykl anielski znalazł się wysoko w rankingu dziesięciolecia NF. Wszak w męskim świecie kobieta musi się wykazać, żeby zostać doceniona. ;)

2) M. Carey „Mój własny diabeł”

Pierwszy tom z czterech dotychczasowych. Nie natrafiłem w Internecie na złą recenzję. Do jakiego stopnia bohater książki będzie podobny do znanego z komiksów i filmu Johna Constantine’a?

3) I. McDonald „Rzeka Bogów”

Wiele sobie po tej książce obiecuję, a przede wszystkim zakrojonej na szeroką skalę, pasjonującej wizji Indii połowy XXI wieku. Świat wykreowany pokazywany jest z różnych ujęć, perspektyw kilku bohaterów. Do czytania zachęca sama okładka i dwa słowa na niej: „uczta wyobraźni”. Czytałem tylko pochlebne recenzje, tym bardziej ostrzę już sobie czytelnicze zęby.

4) S. Lem „Śledztwo. Katar”

Dawno temu zakupiona za symboliczną złotówkę przeleżała bidulka gdzieś na uboczu kilka lat. Najwyższy czas na kolejną książkę genialnego, fantastycznego Lema.

5) T. Disch „Na skrzydłach pieśni”

Wcześniej czytałem „Obóz koncentracji” – dobre, aczkolwiek do powalenia na kolana daleko. Wystarczy, że „Na skrzydłach…” nie będzie gorsza.

6) G. Egan „Stan wyczerpania”

Polecona przez znajomego, jedna z wielu kupionych w taniej książce. Do tej pory żadnej powieści Egana nie czytałem, z trudem przypomniałem sobie niezłe opowiadanie „Yeyuka”.

7) P. Anderson „Stanie się czas”

Dołączona do wakacyjnej NF książka nieżyjącego już, klasycznego twórcy sf i fantasy. Pisarz również znany mi jedynie z opowiadań.

8) M. Morgan „Zbudzone Furie”

Po „Modyfikowanym węglu” wiem, co mnie czeka. Umiejętne skrzyżowanie sf, cyberpunka i . kryminału z wpadającym w kłopoty Takeshi Kovacsem. Bohater nosi wszelkie znamiona twardziela, za czym szczególnie nie przepadam. Pierwsza część może nierewelacyjna, lecz na tyle dobra, żeby bez ryzyka sięgnąć po kolejne tomy.

9) S. King „Sklepik z marzeniami”

Oj, z twórczością Stefka Króla jestem na bakier…

10) D. Simmons „Upadek Hyperiona”

Wiadomo, jak ważny jest cykl stworzony przez pana Simmonsa dla miłośników fantastyki. Z wielką przyjemnością przeczytam kontynuację Hyperiona i nie wierzę, aby mogła przynieść mi zawód. Co prawda po wielokroć przedkładam treść i (przyzwoitą) cenę nad fizyczną formę, ale trudno nie zwrócić uwagi na eleganckie wydanie.

11) A. Ziemiański „Bramy strachu”

Nazwisko autora znane na polskim rynku fantastyki. Wiem z opisu na okładce o czym jest książka. I tyle.

12) K. S. Robinson „Lata ryżu i soli”

Ponoć bardzo dobra rzecz, nieco skopana przez tłumaczenie. Historia alternatywna, rozwijająca się od wieku XIV i szalejącej wówczas dżumy. W rzeczywistości Robinsona chrześcijaństwo jest religią marginalną, dominują buddyzm i islam. Poczytamy, zobaczymy, ocenimy.

13) J. Dukaj „Król bólu”

Iść w dukajową prozę i inwestować w nią, czy nie iść…? Oto jest pytanie.

Historyczne:

1) A. Beevor „D-day”

Jeden z takich historyków, który pisać interesujące książki potrafi - wszystkie do tej pory wydane zbierają tylko pochwały. Jego „Stalingrad” czyta się niemal z zapartym tchem. Niemożliwe, aby w D-day nastąpił jakiś spadek wiedzy i formy. Pomimo iż czytelnicy wytykają liczne, niekiedy zabawne błędy tłumaczki, to i tak chwalą. Nawet bardzo.

2) A. Zawilski „Bitwy polskiego września”

Były żołnierz AK, po wojnie skazany na śmierć, a następnie ułaskawiony opisał kilkadziesiąt bitew polskiej wojny obronnej. Reporterska opowieść i hołd dla żołnierzy września. Również wysoko oceniana pozycja.

3) J. Walker „Polska osamotniona”

Nie po raz pierwszy zagraniczny autor o poświęceniu i czynnym oporze Polaków w czasie II wojny światowej oraz o biernej postawie zachodnich sojuszników.

4) red. R. Cowley „Zimna wojna”

Zbiór 26 tekstów o najważniejszych wydarzeniach nigdy niewypowiedzianej wojny. Między innymi o początkach konfliktu, Korei, lotach szpiegowskich, inwazji na Kubę, wojnie w Wietnamie, rakietach balistycznych i kryzysie roku 1983.

5) red. Ch. Jorgensen „Wielkie bitwy. Decydujące starcia”

Od Maratonu w roku 490 p.n.e. aż po wojnę w Iraku w 2003. Bardzo ładnie wydany album: duży format, 250 stron, kolorowe mapki, rysunki i obrazy. Aż miło przeglądać. Rozpiska z autorami też nieźle wróży.

Inne:

1) P. Zimbardo „Efekt Lucyfera”

Eksperyment stanfordzki. Oprawcy i ofiary. Poczucie władzy. Bunt. Łamanie barier moralnych. Psychologia zła… Poważne tematy, poważna książka wydana przez PWN. No i autor: chyba taki człowiek-ikona w psychologii, nieprawdaż?

2) D. Passent „Pod napięciem”

Zbiór felietonów publikowanych w tygodniku Polityka w latach 2002-2009. A tak w ogóle: niech żyje tania książka!

3) R. Kapuściński „Heban”

Jakikolwiek komentarz jest zbędny…

 

Znając życie, po drodze napatoczy się jeszcze niejedna ciekawa książka.

-------------------------------------------------------------------------------------

W styczniu recenzja:

 

wtorek, 28 grudnia 2010
TOP DEKADY w fantastyce

W styczniowym numerze Nowej Fantastyki przedstawiono podsumowanie dziesięciolecia, czyli ranking najważniejszych pozycji z lat 2001–2010 w czterech kategoriach: film, literatura polska, literatura zagraniczna i wydarzenia. Ta ostatnia stanowi miszmasz z serialami, grami, zjawiskami i wydarzeniami. Głosowało ponad dwadzieścia osób związanych z miesięcznikiem.

O ile z dwudziestu wymienionych filmów nie widziałem tylko jednego, o tyle w obu kategoriach literackich najwyraźniej sporo mam do nadrobienia. W literaturze polskiej zdecydowanie zwyciężył „Lód” Jacka Dukaja, wyprzedzając trylogię husycką oraz… cykl anielski pani Kossakowskiej. Książki jej męża znalazły się na siódmym („Księga jesiennych demonów”) oraz trzynastym miejscu („Pan lodowego ogrodu”). Na uwagę zasługuje wysokie, dziewiąte miejsce „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”- raz, że to fantasy, a dwa: oba tomy wydano stosunkowo niedawno bo w roku bieżącym i poprzednim. Miejsce w pierwszej dziesiątce i pochlebne recenzje przekonują do zakupu i przeczytania przynajmniej pierwszej części.

Trylogię husycką bardzo cenię i uważam za idealne połączenie fantastyki z historią, nic a nic nie dziwi mnie więc druga lokata. Tym bardziej, że przy całym szacunku do cyklu wiedźmińskiego nie odczuwam do niego jakiejś przesadnej nostalgii - takowa najwyraźniej odezwała się szczególnie w młodszych czytelnikach, którzy nie zaakceptowali nowych książek Sapkowskiego. Biorąc pod uwagę liczne krytyki, zdziwiłbym się, gdyby w rankingu pojawiła się „Żmija” tegoż pisarza. Zgadzam się z uwagami o lichej objętości i stosunku ceny do niej. Jakość papieru uważam natomiast za sprawę trzeciorzędną. A sama powieść… Gdyby napisał ją ktoś inny być może nie zostałaby nawet zauważona. Cóż złego w wykorzystywaniu erudycji i używaniu istniejących w żargonie skrótów, choćby i licznych? Cóż złego w klimacie rodem z „9 kompanii”? Sama powieść jest niczego sobie, po prostu ciężko doskoczyć do wysoko zawieszonej poprzeczki.

Wracam do tematu. W ramach niwelowania zaległości zaopatrzyłem się w „Siewcę wiatru” i już wkrótce będę miał okazję do zmiany szowinistycznego nastawienia do tzw. „kobiecej” fantastyki (śpieszę dodać, że tylko w tej dziedzinie odzywa się we mnie szowinista, ale taki mały, malutki…) Recenzja w styczniu na blogu. Co zaś tyczy się „Lodu”… Przeczytam, w końcu na pewno przeczytam, choć należę do grupy czytelników zachwyconych np. Xavrasem i jednocześnie  zniechęconych przez „Perfekcyjną niedoskonałość”. „Wroniec” jako odtrutka, z łatwych do odgadnięcia powodów, ani trochę nie pomógł. Nie chcąc się zanadto rozpisywać: nawet godna najwyższej pochwały wyobraźnia, niebywała umiejętność tworzenia światów oraz niemal nieograniczone możliwości w zakresie warsztatu pisarskiego nie gwarantują ekscytującej i kapitalnej powieści. Dlaczego? Bo musi istnieć „więź” między autorem i jego książką a czytelnikiem. Tej w „Perfekcyjnej…” zabrakło i nie ja jeden minąłem się z panem Dukajem. Bynajmniej nie dlatego, że od literatury (fantastycznej) oczekuję jedynie porcji humoru i kilku lub kilkunastu godzin rozrywki z wyłączonym mózgiem. Do „Lodu” podejdę zatem z dystansem oraz -tu cytacik ze starej jak świat reklamy- z pewną taką nieśmiałością…

Na podium w kategorii literatura zagraniczna znalazły się kolejno: „Droga” McCarthy’ego (zasłużenie, choć pisarz jest głównonurtowcem), „Harry Potter” i „Amerykańscy bogowie” Gaimana. Samą obecność w rankingu sagi „Zmierch” pomijam milczeniem. Wiadomo: jest popyt i trend- jest i podaż, co tyczy się jeszcze bardziej Pottera. Przynajmniej ten drugi cykl na jakiś czas podniósł czytelnictwo młodzieży i rodziców również w Polsce. Na czwartym miejscu uplasował się Peter Watts ze „Ślepowidzeniem” - szeroko komentowaną pozycją hard sf. Jeśli po jej przeczytaniu ktoś mi powie, że fantastyka jest z definicji błahym i upośledzonym gatunkiem gotów jestem niekontrolowanie parskać śmiechem. W pierwszej dziesiątce znalazły się jeszcze dwie książki wydane pod szyldem „uczta wyobraźni”. W opisywanej kategorii mam jeszcze więcej do przeczytania, nie ma się czym chwalić. Ponadto jestem zmuszony przeprosić się z antologią „Kroki w nieznane”, bardziej z racji wysokiej oceny jej najnowszej części w NF, niż samej obecności w rankingu.

Najważniejsze filmy dziesięciolecia to: „Władca Pierścieni” (co było do przewidzenia), pełen wodotrysków, ale wart obejrzenia w kinie w 3D „Avatar” oraz chyba trochę nierówna i barokowa „Incepcja”. Dalej „Dystrykt 9” i „Mroczny rycerz” – takie filmy i taką fantastykę mógłbym oglądać w nieskończoność. Nowsze „Gwiezdne wojny”, o których - gdyby nie ten top - całkowicie bym zapomniał, niestety na miejscu siódmym, przed bardzo udanymi adaptacjami komiksów: „Sin city” i „Stażnikami” oraz przed znakomitym „Donnie Darko”.

Za najważniejsze wydarzenie uznano serial „Lost” (nigdy nie oglądałem) , „Battlestar Galactica” (oglądałem kilka odcinków, ale nie wkręciłem się) na miejscu trzecim, „Czysta krew” – na ósmym. Drugie miejsce zajął komiks „Żywe trupy”, dostrzeżono też działalność wydawnictwa Egmont, jako najaktywniejszego na krajowym rynku komiksów – miejsce piąte. Bardzo ważnymi, odnotowanymi w rankingu zjawiskami są: mnogość serwisów z fantastyką w Internecie, trwający rozkwit polskiej fantastyki, co potwierdzają ilość wydawnictw i książek w księgarniach, a także odrodzenie się horroru zarówno w kinie, jak i w literaturze polskiej.

Każdy tego typu ranking, nawet sporządzony przez pismo pokroju „Nowej fantastyki” należy traktować z lekkim przymrużeniem oka, jako rodzaj zabawy. Warto go przeczytać, przeanalizować i porównać ze swoim gustem. Z całą pewnością jest co komentować, jest o czym podyskutować!

poniedziałek, 20 grudnia 2010
Inkwizytor po raz siódmy

Istnieje coś magnetycznego w serii traktującej o przygodach Mordimera Madderdina. Niby już siódma książka, niby występuje znane zjawisko odcinania kuponów przez pisarza, a jednak fani z zapałem kupują kolejne części i zapewne kupować będą, niezależnie od tego, czy inkwizytor tylko „przewija się” w tle opowieści (Płomień i krzyż), czy jest początkującym sługą Świętego Officjum („Ja, inkwizytor. Wieże do nieba”), czy też doświadczonym i zahartowanym w bojach żołnierzem Pana. Zresztą, powiedzcie sami: któż nie tworzyłby nowych części przy dużym popycie i popularności cyklu? Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Piekara utrzymuje dobry poziom swojej prozy i styl, do którego przyzwyczaił czytelników. Jest jednym z takich autorów, którzy poniżej przyzwoitego rzemieślnictwa po prostu nie schodzą (co tyczy się nawet niezbyt udanej powieści „Charakternik”), a najczęściej wybijają się ponad zwyczajne wyrobnictwo. Poszczególne opowiadania z Mordimerem mogą być bardziej lub mniej udane; te słabsze przypominają średnie scenariusze do gier RPG, ale i tak bronią się co najmniej jednym: czyta się je z przyjemnością. W sumie przy takiej ilości historii zawartych we wszystkich tomach trudno w każdej stworzyć super-oryginalną fabułę i takąż intrygę do rozwiązania dla Madderdina.

Dla tych, którzy nie czytali: Mordimer nie może być utożsamiany z działającymi w średniowieczu inkwizytorami, o czym zresztą wspominał w wywiadach pisarz. Tym bardziej, że funkcjonuje on w świecie, w którym Chrystus co prawda dał się ukrzyżować, ale zaraz potem zszedł z krzyża, by dokonać srogiej pomsty na ciemiężycielach. Symbol wiary chrześcijańskiej, widniejący na czarnych płaszczach inkwizytorów ma połamane ramiona, a modlitwy – formuły, które wyraźnie zmieniają ich wydźwięk. Piekara prezentuje więc wizję dla wielu obrazoburczą. Sporo innych rzeczy pozostaje żywcem wyrwanych z okresu późnego średniowiecza/ renesansu: wyższe duchowieństwo to ludzie władzy, w pełni korzystający z jej przywilejów, w polityce pełno matactw, spisków i knowań (to akurat nie tylko wieki średnie), a walka o przywileje i korzyści odbywa się przy użyciu całej gamy dostępnych sposobów. Święte Officjum dysponuje szerokim wpływami i wszelkimi środkami do tępienia czarnoksięstwa i herezji (za herezję uważa się też pogląd o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa). Na sam widok przedstawiciela tej instytucji w stroju „służbowym” ludziom odchodzi ochota do żartów, a w pewnych sytuacjach trudno powstrzymać drżenie niektórych części ciała, co skrzętnie wykorzystuje nasz inkwizytor i jego koledzy po fachu. Co istotne, w wymyślonej rzeczywistości magia, mroczne kulty, demony i wampiry naprawdę istnieją. Mamy więc do czynienia ze światem fantasy z małą domieszką historyczną, choć serii pod tym względem daleko do powieści fantastyczno-historycznej typu trylogia husycka. Trzeba tu zaznaczyć, iż Piekara stosuje umiar – nie każda kobieta oskarżona o czary okazuje się trucicielką i rasową czarownicą, nie za każdym rogiem czai się zła, nieobliczalna istota z innego wymiaru; bardzo dobrze, że tak właśnie jest.

Wydarzenia poznajemy z perspektywy głównego bohatera, gdyż autor zastosował narrację pierwszoosobową i - co tu dużo gadać - zabieg ten sprawdza się znakomicie. Madderdin jest wszechstronnie wyszkolony, gorliwy i przeświadczony o ważności zarówno Officjum, jak i swojej osoby w dziele bożym. W dążeniu do celu, czyli w rozwiązania zagadek oraz pokonywaniu trudności potrafi po mistrzowsku manipulować ludźmi, kłamać i zwodzić. Mimo licznych zapewnień, inkwizytorowi w żaden sposób nie można przypisać skromności i bycia jedynie „ostrym narzędziem” w ręku Boga. I chociaż nie raz okazuje się pragmatycznym do bólu i bezlitosnym sukinsynem, czytelnik i tak czuje do niego sympatię, co w dużej mierze pozostaje zasługą wspomnianej narracji oraz ironii, specyficznego sposobu bycia i poczucia humoru Mordimera. Również tego, że na swej drodze zdarza się mu spotykać ludzi, którzy nie hołdują żadnym zasadom. Madderdinowi, biegłemu także w walce, daleko do stosowania brutalnie prostych rozwiązań, co nie oznacza bynajmniej, że w ogóle nie sięga po przemoc. Ma on w sobie sporo z detektywa, dodatkowo zaopatrzonego w nadnaturalne zdolności. W każdym bądź razie pan inkwizytor to bohater oryginalny, z krwi i kości, który pod każdym możliwym względem różni się od Conanów, Geralta czy czarodziejów i ich uczniów z innych światów fantasy.

W najnowszej książce autor prezentuje dwa dłuższe opowiadania lub, jeśli ktoś woli, dwie minipowieści. W pewnym momencie wydaje się, że Piekara wkłada w usta bohatera własne poglądy na temat aborcji, ponadto nie stroni od wycieczki w kierunku konkretnej osoby z polskiej sceny politycznej, a nawet nawiązuje do scenki ze Shreka (sic!). W obu przygodach pisze także o zwykłych ludzkich przywarach i słabostkach takich jak zawiść i zazdrość, zdrada, żądza posiadania. Początkujący inkwizytor już pewny siebie, ironiczny i zdający sobie sprawę z posiadanej władzy nad „szaraczkami” spotyka kilka ciekawych postaci. Odbywa też podróż do nie-świata, lecz tym razem różni się ona w sposób diametralny od pozostałych „wycieczek”. Więcej nie zdradzę, ogólny zarys fabuły macie przedstawiony na okładce.

„Ja, inkwizytor. Dotyk zła” stanowi dobry przykład książki do „połknięcia”, czyli lektury, od której ciężko się oderwać. Trzysta pięćdziesiąt stron przy dużej, „firmowej” czcionce to po prostu pestka! Zabrakło mi pewnej rzeczy, obecnej w tomie „Płomień i krzyż”. Chodzi mi mianowicie o przypisy, bo z nich dowiedzieć się można czegoś ciekawego, nawet gdy akcję osadzono w uniwersum jedynie zbliżonym do naszego. Skoro pisarz zdecydował się na coś takiego w chronologicznie pierwszym tomie, w dwóch kolejnych powinien być konsekwentny. Szkoda!

Pozwolę sobie na małowyszukane porównanie kulinarne (akurat takie przyszło mi do głowy): opisywana książka nie jest kilkudaniowym obiadem z lampką wina w wytwornym lokalu, lecz nawet dysponując odpowiednią ilość gotówki nie zawsze mamy na coś takiego ochotę. To raczej idealna pizza: dobrze wypieczona, z mnóstwem dodatków i ciągnącym się serem, smaczna i świetnie zaspokajająca głód. Słowem: udany prequel. W swojej klasie Piekara i jego bohater wymiatają!

Ocena

Wystawiona ocena 4,5 dotyczy ostatniej książki, przy czym zagorzali fani spokojnie mogą dodać pół punktu. Poniższe plusy i minusy odnoszą się do siedmiu książek cyklu jako całości. Gdybym całość właśnie miał ocenić, zważywszy na przewagę zalet, skłaniałbym się ku szkolnej ocenie 5-.

Zalety:

+ świetnie wykreowany główny bohater, daleki od stereotypów fantasy,

+ umiejętnie zastosowana i wykorzystana narracja pierwszoosobowa,

+ ciekawy świat, ze wszystkimi „mrokami” średniowiecza,

+ specyficzny humor,

+ wciągająca lektura!

Wady:

- niektóre opowiadania „pachną” przeciętnymi scenariuszami RPG,

- niekiedy schematycznie poprowadzona fabuła.

_______________________________

AUTOR: Jacek Piekara

TYTUŁ: Ja, inkwizytor. Dotyk zła

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4,5/6

wtorek, 14 grudnia 2010
Coolculture

Serdecznie polecam stronę internetową mojego kolegi, która działa od niedawna. Znajdziecie tu rzetelne i niebanalne recenzje filmów, książek i komiksów:

http://www.coolculture.pl/

W dżungli strach jest dobry

Wojciech Cejrowski jest postacią rozpoznawalną w Polsce, nikomu więc przedstawiać go nie trzeba. Znany ze swych zdecydowanych katolicko-prawicowych poglądów i kontrowersyjnych wypowiedzi pierwszy kowboj RP ma też drugą twarz. Po raz pierwszy zetknąłem się z nią, podobnie jak wielu innych ludzi, za sprawą programu „Boso przez świat”. Chodzi mi o Cejrowskigo-obieżyświata, człowieka z fascynującą pasją życiową, który dodatkowo posiada wybitny dar opowiadania. Wspomniany talent, nietuzinkowy charakter i spora dawka humoru uczyniły z telewizyjnego cyklu coś, co w kategorii programów podróżniczo-przyrodniczych moim skromnym zdaniem pobiło na głowę konkurencję i wprowadziło zupełnie nową jakość. Tego faceta słucha się z uwagą i trudno oderwać się od jego opowieści o odległych (czasami nawet bardzo) kulturach i krajach. Niewielu tak umie!

Cóż, nie będę pierwszym i nie ostatnim, który napisze, że z poglądami pana W.C. na ogół nie zgadzam się dokumentnie. Bardzo często mnie irytują, często skłaniają do zastanowienia się, czy Cejrowski wypowiada je na pokaz, na złość przeciwnikom i pod (swoją) publiczkę, bo w sumie - jakby nie patrzeć - jest też dziennikarzem i „zwierzęciem medialnym”. Światopogląd światopoglądem, ale kiedy miałem okazję nabycia książki „Rio Anaconda” po nieco obniżonej cenie, nie  zastanawiałem się długo. Byłem po prostu ciekaw, czy spodoba mi tak samo, jak „Boso przez świat” i czy autor potrafi umiejętnie przelać na papier swoje historie…

A papier w książce jest pierwszej jakości. Po jej otwarciu widzimy pięknie wyrysowaną mapkę pogranicza brazylijko-wenezuelsko-kolumbijskiego, a w środku sporo kolorowych zdjęć z wyprawy. Krótkie podrozdziały poprzedzielane są informacjami o wężach w dżungli, koce i kokainie, śmierci i duchach w kulturze Indian Ameryki Południowej, indiańskim jedzeniu, tamtejszych kobietach czy starcach. Jest też wiele innych ciekawostek. Wydawca na okładce zapewnia, że czytelnik śmiać się będzie na głos i rzeczywiście nie są to czcze obietnice. Czasami trudno powstrzymać się od śmiechu, choć w niektórych z opisywanych sytuacji sam relacjonujący bynajmniej nie czuł się radośnie. Wraz z autorem podróżujemy przez Kolumbię – kraj skorumpowany i niebezpieczny, gdzie miejscami rządowi żołnierze jeśli są w stanie kogoś bronić, to jedynie samych siebie (i swoje strażnice), gdzie głównym interesem jest produkcja i sprzedaż kokainy. Guerrilla nie oznacza walki o prawa najbiedniejszych, tylko zorganizowane grupy bandziorów, finansowane dzięki narkotykom i gotowe w najokrutniejszy sposób rozprawić się z przeciwnikami i zdrajcami. Właściwie w Kolumbii trwa stan permanentnej wojny domowej i łatwo się domyśleć, kto jest zawsze najbardziej poszkodowany.

Cejrowski zmierza jednak do lasu amazońskiego, bo on i poznanie wewnętrznych plemion Indian Carapana stanowią prawdziwy cel podróży. Jacy okazują się Dzicy? Nie znają skarpetek, majtek ani proszku do prania. Wspomniane rzeczy nie są im jednak w najmniejszym stopniu do czegokolwiek potrzebne. Tak jak biały człowiek. Wiodą proste życie i przez to wydają się bardziej autentyczni od nas. Seks (czyli pinga-pinga) jest dla nich czymś naturalnym i niewstydliwym. Ludzi starszych otacza szacunek, gdyż przez całe życie zgromadzili Moc, czas i doświadczenie; nikt nie umiera w samotności. Indianie nie są obarczeni lękami i rzadko dotykają ich choroby psychiczne, jeśli do tego dojdzie podobno szamani są w stanie ich wyleczyć. Oczywiście, odczuwają strach, ale ten jest uzasadniony i potrzebny, bo w dżungli czyha cała masa zagrożeń w postaci jadowitych węży i pająków, piranii, jaguarów, owadów potrafiących składać jaja w ciele człowieka i wielu innych stworzeń, za spotkanie z którymi każdy serdecznie by podziękował. Strach jest dobry – jak mawia poznany przez Cejrowskiego szaman z wewnętrznego  szczepu i trudno w tym przypadku się z nim nie zgodzić. Przeciętny mieszkaniec zachodniej Europy wrzucony nagle w taki świat nawet przy największym szczęściu nie przeżyłby kilku dni. Bez wiedzy, jaką posiadają Dzicy na niewiele zdałyby się zdobycze cywilizacyjne. Schorzenia wynikające ze zwykłego przeżarcia i ogólnie niezdrowego trybu życia typu otyłość, miażdżyca czy nadciśnienie – a cóż to takiego? Carapana jedzą, by wypełnić brzuch, byleby mieć energię do funkcjonowania i nie przejmują się brakiem przypraw czy jakością pożywienia – proste jak kij od szczotki. Z czasem wspomniany szaman staje się przyjacielem autora i opowiada panu W.C. o rzeczach, które są poza naszym pojmowaniem i wykraczają poza poznany świat fizyczny. I tu czytający może zadać sobie pytanie: na ile Cejrowski koloryzuje? No bo jeżeli czynił tak sam Ryszard Kapuściński, dlaczego pan Wojciech nie miałby puszczać wodzy wyobraźni? Istotne jest również do jakiego stopnia wolno opowiadającemu upiększać i podbarwiać? Trudno odpowiedzieć, ale jeśli większość, a przynajmniej „trzon” relacji z podróży jest prawdą, to chylę czoła.

„Rio Anaconda” jest lekturą nietuzinkową, świetnym sposobem na konstruktywne spędzenie wolnego czasu. Oferuje wędrówkę w tajemniczy, groźny i odległy świat, czyli prosto do serca amazońskiej dżungli. Tam, gdzie ludzie nie naruszyli jeszcze naturalnego porządku, ku zagładzie wielu gatunków flory i fauny…

… a gdzie prędzej czy później  trafią buldożery i drwale, by wszystko zniszczyć.

____________________________

AUTOR: Wojciech Cejrowski

TYTUŁ: Rio Anaconda

WYDAWNICTWO: Zysk i S-ka

MOJA OCENA: 5/6

Tagi: Cejrowski
22:28, jareckr , Inne
Link Dodaj komentarz »
Deep Enter

„Fałszywe Lustra” stanowią drugi, po „Labiryncie odbić”, tom dylogii Siergieja Łukjanienki. Powieści napisane zostały odpowiednio w latach 1996 i 1998. Po lekturze części pierwszej, poza pozytywnym wrażeniem, w pamięci na dłużej pozostaje przede wszystkim wykreowany świat wirtualny – Głębia oraz główny bohater o wdzięcznym imieniu Lonia. Autor nie tyle mrugał okiem do graczy komputerowych starszej daty, czyli tych zaczynających swoją przygodę od legendarnego „Wolfensteina” i „Dooma” oraz pecetów 286 i 386, co najzwyczajniej w świecie umieścił część akcji w podobnej grze w rzeczywistości wirtualnej– Labiryncie Śmierci. Podczas lektury trudno zapomnieć, że wydarzenia mają miejsce we współczesnej nam Rosji. Tym bardziej, że programistą i stwórcą Głębi pisarz uczynił Rosjanina, niejakiego Dibienkę.

Po „Fałszywych lustrach” czytelnik może spodziewać się wciągającej fabuły, sprawnie napisanej fantastyki, która zapewni kilka mile spędzonych wieczorów. Jeśli lubicie tego pisarza i podobał wam się „Labirynt odbić”, nie powinniście poczuć się zawiedzeni. Ale po kolei…

Częstotliwość i długość przebywania w wyimaginowanym uniwersum mają - jak łatwo się domyśleć - realny wpływ na ludzi. Wirtualna rzeczywistość kusi możliwościami, jest atrakcyjniejsza niż prawdziwy świat: ludzie wchodzą do niej by pracować, szukają rozrywki i łatwego seksu. Mogą przybierać dowolne tożsamości czy pić i jeść rzeczy, na które w normalnym życiu nie byłoby ich stać. Bajka, zamiast szarej egzystencji, ale też pułapka, bo Głębia uzależnia, co w niektórych przypadkach kończy się deep psychozą i człowiek przestaje rozróżniać realność od fikcji. Niestety objawy choroby pojawiają się także u głównego bohatera.

W drugiej części nurkowie -jako jedyni mogący w dowolnej chwili wyjść z sieci- stracili na znaczeniu, gdyż miłośnicy wirtualnej zabawy dysponują timerami – urządzeniami odłączającymi użytkownika od Głębi po upływie doby. Nikt więc już nie tonie, nie ma problemu z powrotem do rzeczywistego świata i w związku z tym nurkowie-ratownicy nie są już potrzebni. Leonid, chcąc nie chcąc, zaczął imać się dziwacznego zajęcia w wirtualnym mieście Deeptown. Bo jak inaczej nazwać pracę tragarza, który w jednym ze zleceń ma wnieść  nieistniejący fortepian do nieistniejącego domu? Wspomniany zawód wykonuje do czasu, aż trafia do niego plotka o hakerze, który potraktowany został bronią trzeciej generacji, zabijająca naprawdę, nie tylko wirtualnie. Wcześniej uważano ją za pieśń odległej przyszłości - broń generacji drugiej wyrzucała jedynie z sieci daną osobę i uszkadzająca jej komputer. Ofiarą okazuje się stary znajomy Leonida i tak zaczyna się cała akcja. Do gry wchodzą nie tylko kolejni bywalcy Deeptown, ale również Dibienko, ktoś zwany Ciemnym Nurkiem i sztuczna inteligencja. W pewnym momencie Lonia wraz ze znajomymi tworzy przypominającą gry fabularne i książki fantasy, zgraną drużynę z konkretnym celem do osiągnięcia. Jednak to on pozostaje „kapitanem”, najważniejszą i kluczową personą. W skład drużyny wchodzą utalentowani hakerzy Padlina i znany z poprzedniej części Maniak, młodziutki i pełen zapału Pat, programista wirtualnego burdelu zwany Magiem, szef działu bezpieczeństwa Labiryntu -  Crazy Tosser oraz Czyngis. Ten ostatni tylko na pierwszy rzut oka przypomina stereotypowego nowobogackiego. W kompanii znalazła sie także zagadkowa, kobieca postać o pseudonimie Nike. Wszystkich wymienionych łączy jedno: nie chcą Deeptown, w którym ludzie będą się zabijać z jeszcze większą łatwością niż w realnym świecie. Zdają sobie sprawę z tego, że choć pierwotna idea sieci była nieco utopijna, to ogólny dostęp do broni trzeciej generacji oznaczałby jej koniec.

Fabuła poprowadzona została w odpowiednim tempie, w sposób, który wciąga czytelnika w wir wydarzeń i zaostrza apetyt na zakończenie. Samo rozwiązanie intrygi i końcówka książki nie rozczarowuje, wręcz przeciwnie- jest jak w dobrym, przemyślanym kryminale.

„Fałszywe lustra” czyta się bardzo dobrze, właściwie kolejne kartki „uciekają” spod palców. Wykreowana przez Łukjanienkę wirtualność mnie przekonuje, sprawia wrażenie kompletnej. Dość oryginalnie na tle innych powieści (twórczość Gibsona czy „Pieprzony los kataryniarza” Rafała Ziemkiewicza) opisane zostało funkcjonowanie wirtualnego świata, a sam pomysł na nurków jest ciekawy, bo wnosi coś nowego do literatury bliskiej cyberpunkowi. Leonid (także przez zastosowanie narracji pierwszoosobowej) i jego kumple szybko zyskują czytelniczą sympatię, w dialogach nie brakuje humoru, szczególnie gdy przekomarzają się Pat i Padlina. Autorowi zza wschodniej granicy nijak nie da się odmówić talentu do pisania książek, co potwierdzają liczne nagrody literackie. Co prawda książkowy haker czy nurek z „aż” 1 gigabajtem pamięci RAM „na pokładzie” dzisiaj może jedynie budzić uśmiech na twarzy czytelnika, ale w sumie na tle całości fakt ten wydaje się być mało istotnym szczegółem.

Podsumowując: obie części dylogii naprawdę warto przeczytać, choć najpewniej nie są to pozycje absolutnie obowiązkowe dla fanów literatury fantastycznej. Z jednej strony powieść „Fałszywe lustra” jest czymś więcej niż pociągowe czytadło idealne do zabicia czasu; z drugiej zaś mimo umieszczonych refleksji autora chociażby o (samo)świadomości, w zdecydowanie większym stopniu mamy do czynienia z pozycją rozrywkową. Jeśli szukasz czegoś w rodzaju „Ślepowidzenia”, to opisywane książki należą, rzecz jasna, do zupełnie innej kategorii. W swojej klasie sprawdzają się jednak znakomicie. Nie pozostaje nic innego jak tylko…

Deep

Enter

___________________________

AUTOR: Siergiej Łukjanienko

TYTUŁ: Fałszywe lustra

WYDAWNICTWO: Mag

MOJA OCENA: 5/6

II wojna światowa w pigułce

Interesując się historią, w szczególności II wojny światowej, trudno pominąć takich pisarzy jak Norman Davis i Antony Beevor (między innymi „Stalingrad”, „Walka o Hiszpanię 1936- 1939”). Wymienieni historycy mają wspólną cechę – na kartach swoich książek potrafią przekazywać wiedzę w sposób nie tylko przystępny i atrakcyjny, ale wręcz pasjonujący. Robią to tak, że od lektury trudno się oderwać. Podobnie jest z rodzimym autorem, panem Wołoszańskim – facet ma po prostu talent zarówno do opowiadania jak i pisania wciągających książek.

„Świat i Polacy 1939-1945” to coś innego: rodzaj albumu, którego główną zaletą są oczywiście zdjęcia, a tekst napisany jest dużą czcionką i przypomina nieco język szkolnych podręczników. Na szczęście im dalej, tym „podręcznikowe” wrażenie coraz bardziej zanika. Książka zawiera prawie pięćset fotografii, z czego większość jest czarno-biała. Są one co najmniej dobrze, momentami wręcz świetnie dobrane do danego rozdziału i opisywanych treści. Zwracają uwagę te, które otwierają każdy rozdział. Zdecydowanym plusem są zamieszczone w kolorowych ramkach wypowiedzi naocznych świadków wojennych wydarzeń; w takich ramkach znajdują się też między innymi informacje o ważnych postaciach, militariach czy operacjach wojskowych. Wszystkie zamieszczone mapki są przejrzyste i czytelne, a wiadomości podane w sposób prosty i uporządkowany. „Świat i Polacy” stanowi przegląd najważniejszych wydarzeń II wojny światowej na wszystkich frontach z zachowaniem chronologii. Książka nie kończy się na maju 1945 roku, dalej opisane są wzmagania na Pacyfiku, aż do zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki oraz kapitulacji Japonii. Ostatnie rozdziały traktują o losach powojennej Europy, początku zimnej wojny, procesach nazistów oraz o sprawie polskiej podczas wojny. Można trafić też na ciekawostki. Przykładem jest chociażby stereotyp o japońskim żołnierzu krążący wśród Brytyjczyków i Amerykanów przed rozpoczęciem działań wojennych – jako przedstawiciel rasy żółtej miał on jakoby być „gorszej jakości”, a skośne oczy miały utrudniać celowanie. To stwierdzenie - rzecz jasna - okazało się totalną bzdurą, zważywszy na fakt, iż pierwszy okres walk na Oceanie Spokojnym był dla aliantów bardzo niekorzystny.

Co jeszcze mogę dodać? Całość wydana jest na papierze wysokiej jakości i choć nie mam najlepszego zdania o wydawnictwie Buchmann, album przypadł mi do gustu. Być może nie jest on przeznaczony dla zaawansowanych miłośników poruszanej tematyki, poszukujących fachowych i szczegółowych wiadomości, ale jako „pigułka wiedzy” o jakże ważnym okresie historycznym sprawdza się znakomicie. Ponieważ tęskno mi jednak do stylu brytyjskich historyków, następną książką o najważniejszy konflikcie XX wieku będzie „D-Day” Beevora.

PS. Za „Świat i Polacy” zapłaciłem w taniej książce dwadzieścia pięć złotych i uważam to za dobry interes - za taką cenę naprawdę warto! W księgarniach internetowych książka kosztuje ponad 60 złotych.

____________________________

TYTUŁ: Świat i Polacy 1939-1945

WYDAWNICTWO: Buchmann

MOJA OCENA: 4,5/6

Polska antologia

Lubię fantastyczne antologie. Nawet bardzo. Dlatego z chęcią sięgnąłem po zbiór dziesięciu historii mniej lub bardziej związanych z tytułem „Jeszcze nie zginęła”. Poniżej postaram się pokrótce opisać każde z opowiadań osobno i ocenić je z użyciem skali ocen szkolnych (ach, te zboczenia zawodowe…;)) Z uwagi na obecność w Internecie co najmniej dwóch dłuższych recenzji, przyjąłem taką właśnie formę.

1. Rafał Dębski „Pocałunek lasu”.

Akcja opowiadania dzieje się w okupowanej przez hitlerowców Polsce, po niemieckiej agresji na Związek Radziecki, czyli po roku 1941. Narratorem jest niemiecki żołnierz, świadek i uczestnik walki z polskim podziemiem. W jego opinii bojownicy AK to zwykli bandyci, a sama Polska jest krajem znienawidzonym i przeklętym. Za pacyfikacje wsi i gwałt na młodej łączniczce kolegów z oddziału i jego samego czeka zasłużona kara… Ocena: po dłuższym zastanowieniu stawiam 4.

2. Milena Wójtowicz „Joanna i aniołowie”

Krzysztof jest mocno wierzącą osobą. Zdaje testy mające określić autentyczność i siłę jego wiary, gdzie nagrodą jest możliwość ujrzenia… aniołów. Gdy już dostępuje tego zaszczytu nie wszystko okazuje się takie, jak sobie wyobrażał. Krótkie opowiadanie, w którym Polska pozostaje w stanie bliżej nieokreślonego konfliktu militarnego. Ocena: 4

3. Rafał W. Orkan „Wystawa okrucieństw”.

Pierwsza mocna, naprawdę wyrazista pozycja w antologii. Autor serwuje sporą dawkę ironii zabarwionej czarnym humorem. W Polsce przyszłości nawet czternastolatce można podarować bilecik do kliniki aborcyjnej jako prezent na święta, a ludzie roztkliwiają się nad nieudanym dzieciństwem i problemami seryjnych morderców. Ci posiadają cieszące się sporym zainteresowaniem profile internetowe z „bogatymi” galeriami. Bohaterka ma na imię Anna i wykonuje  zawód dziennikarki, choć w jej przypadku słowo to należy wziąć w duży cudzysłów. Anna jest zdolna dosłownie do wszystkiego, aby telewizyjnym widzom dostarczyć taniej sensacji i sztucznie wywołać niby prawdziwe emocje. „Galeria okrucieństw” to mocna rzecz, pachnąca absurdem krytyka zjawisk związanych z mass-mediami (i nie tylko), celowo naszkicowanych przez autora grubą kreską. Oryginalne, nieco dłuższe od poprzednich opowiadanie zasługuje na 5.

4. Tomasz Duszyński „Strażnik”.

Wizja stara prawie jak sama fantastyka, bo opierająca się na istnieniu rzeczywistości równoległych. Istnieje zatem kraj, w którym żyjemy my oraz Polska zasługująca na miano światowego mocarstwa, a może nawet imperium. Sam pomysł troszeczkę przypomina mi to opowiadanie autorstwa Jarosława Grzędowicza „Buran wieje z tamtej strony” tyle tylko, że te akurat dotyczy Rosji i jest w mojej ocenie wyraźnie lepsze. Wracając do „Strażnika”: pomiędzy dwoma rzeczywistościami istnieje silna zależność. Mianowicie im gorzej dzieje się „u nas” (zabory, okupacja hitlerowska, podległość Sowietom), tym lepiej rozwija się ojczyzna w drugim świecie i na odwrót. Okazuje się dodatkowo, że istnieje jeszcze jedna Polska, której sytuacja nie jest godna pozazdroszczenia. Sprawnie napisane, co najmniej przyzwoite opowiadanie z lekko sensacyjnym charakterem czyta się z zaciekawieniem i oczekiwaniem na finał. Czuć w nim wyraźnie nie tylko narodowe tęsknoty ale także... kompleksy. Mając na uwadze punkty zwrotne w naszej historii czy historii w ogóle zawsze można zadać szereg pytań z gatunku „co by było gdyby…?”. Na przykład co by było gdyby Jan III Sobieski po zwycięstwie pod Wiedniem poszedł kilka kroków dalej i uderzył na Turcję? Gdyby wyprawa zakończyła się sukcesem, sto lat później być może nie doszłoby do rozbiorów i tak dalej.
W pewnym sensie odpowiedzi na takie pytania znajdziecie w tym opowiadaniu. Ocena: 4+.

5. Andrzej Pilipiuk „Lazaret”.

Ostatnie lata, kiedy Polska pozbawiona jest państwowości, trwa pierwsza wojna światowa. Wędrowycz -jeszcze jako młodziutki Kubuś- i jego ojciec zostają pojmani przez pruski patrol, a następnie postawieni przed sądem polowym za grabienie trupów na pobojowisku. Napiszę wprost: delikatnie mówiąc nie przepadam za wykreowaną przez Pilipiuka postacią Jakuba, tym bardziej za tego rodzaju fantastyką. Mam wrażenie, iż takich opowiadanek pisarz mógłby naprodukować (celowo używam tego słowa) bardzo, bardzo dużo z zachowaniem poziomu rzemieślnika. Na okładce książki nazwisko tego pisarza napisane jest największą czcionką co zupełnie nie ma odzwierciedlenia w jakości opowiadania, które wydaje się najsłabszym w całym zbiorze. Krótko i małociekawie, dlatego też „Lazaret” mogę ocenić na 3+. Fani twórczości wymienionego pana zapewne się ze mną nie zgodzą.

6. Andrzej W. Sawicki „Grabarz i ogrodniczka”.

O, właśnie! Taką fantastykę lubię i poważam. Konkretna wizja stworzona przez wyobraźnię pisarza, a do tego, co najważniejsze, w umiejętny sposób „sprzedana” czytelnikowi. Sawicki mocno nawiązuje do tej części polskiej historii, w której walczono z okupantami; do umiłowania wolności, nieposłuszeństwa wobec nielegalnych władz oraz pragnienia suwerenności z jednej strony i narodowych wad z drugiej. Do tego dorzuca motyw nawróconego patrioty; kogoś, kto na początku stoi po stronie wroga, ale potrzebuje przebudzenia i w końcu narodzin narodowej (samo)świadomości. Ważnym powodem owej metamorfozy jest piękna Aleksandra, córka przywódcy leśnych partyzantów. Adler przypomina bohatera sienkiewiczowskiego „Potopu”, a nawet przyjmuje jego nazwisko i staje się cennym współpracownikiem podziemnej armii. Mamy w „Grabarzu i ogrodniczce” scenki z chłopcem malującym na murze znak Polski Walczącej (za co zresztą ponosi najwyższą karę) oraz z wielce wymowną rozmową partyzantów, która obrazuje wielość polskich zdań i frakcji bojowników o wolność. W pewnym momencie Adler zauważa też jak wiele jest w Warszawie „pamiątek” po kolejnych najeźdźcach takich jak Cytadela czy pałac wybudowany w 1955 roku ku czci Stalina. Tym razem mam skojarzenia z inglotowym „Wypalą nas kruki, wrony…” (Wizje alternatywne 5), bo w obu opowiadaniach nasz kraj chyba jako jedyny nie podporządkował się nowemu, narzuconemu siłą światowemu porządkowi. Pozostał krnąbrny i buntowniczy, podczas gdy reszta jakoś się przystosowała i ani myśli o powstaniach i zbrojnej walce. Kim jest Adler i kto jest okupantem tego nie zdradzę, by nie psuć przyjemności z lektury.„Grabarz i ogrodniczka” to ściśle związana z tytułem książki pozycja. Autor powtarza się pisząc kilkukrotnie o „typowo” polskich przywarach i o wysyłaniu do walki własnych dzieci w imię niepodległej ojczyzny; mimo to oceną będzie szkolne 5.

7. Adam Przechrzta „Czarna Dorożka”.

Anna ma opiekować się swoim dziadkiem. Wbrew jej początkowym obawom dziadek nijak nie przypomina trzęsącego się i sklerotycznego staruszka. Wręcz przeciwnie – wygląda świetnie jak na swoje lata, jest pełen energii, błyskotliwy i dowcipny. Jak się okazuje starszy pan nie tylko uczestniczył w powstaniu warszawskim, ale był dowódcą specjalnej jednostki AK. W walkach toczonych kiedy powstanie chyliło się już ku upadkowi zginęła atrakcyjna sanitariuszka, miłość jego życia. Nigdy się z tym nie pogodził… Oczywiście w „Czarnej dorożce” mamy do czynienia z wyraźnymi motywami fantastycznymi. Jakimi? Przekonajcie się sami. Ocena: 4+.

8. Anna Kańtoch „Duchy w maszynach”.

Wizja świata, w którym po wielkiej katastrofie zmarli potrafią uruchamiać i kontrolować wszystkie urządzenia, a nad światem przelatują i zatrzymują się pojazdy obcych, przy czym oba wątki są ze sobą mocno związane. Ludzie pogrążeni są w pesymizmie. Podróżujący do Rzymu Noel posiada dar wskrzeszania ludzi, choć nie we wszystkich przypadkach może przywrócić kogoś do życia. Ów unikalny talent jest jednocześnie przekleństwem, gdyż zmarli nienawidzą go za to co robi. Być może sam motyw kontaktu z obcą cywilizacją uważacie za oklepany, a nawet zniechęcający do czytania. Jeśli tak, to błąd! Pani Kańtoch napisała bardzo klimatyczne opowiadanie, smutne, ale z tlącą się iskierką nadziei. W przypadku „Duchów w maszynach” tytuł antologii „Jeszcze nie zginęła” należy odnieść nie do Polski, lecz do całej ludzkości. Najdłuższe z opowiadań okazuje się być najlepszym, więc do piątki należy dopisać jeszcze +.

9. Dariusz Domagalski „Piąta pora roku”.

Domagalski przenosi nas do roku 1408, na tereny najechanej przez Zygmunta Luksemburskiego i udręczonej wojną Bośni. W służbie króla Zygmunta pozostaje osławiony Zawisza Czarny z Garbowa wraz z bratem, Janem Farurejem. Górzysty kraj spływa krwią; jak to bywało i bywa nadal podczas wojen najbardziej cierpi szary lud, w tym kobiety i dzieci, których się nie oszczędza. Nad Bośniakami wisi przepowiednia o wiecznej, a nawet bratobójczej walce, bo piątą porą roku jest i ma być dla nich wojna. Zawisza rusza na misję pod komendą… krzyżaka, w kompanii kilku Polaków i Bośniaka. Ten ostatni, uważany przez rodaków za zdrajcę nie może sobie poradzić z coraz bardziej dręczącymi go wątpliwościami. Celem wyprawy jest zabicie człowieka, który dla Bośniaków jest symbolem i nadzieją na wolną ojczyznę, „zgniataną” przez Turków z jednej i Luksemburczyka z drugiej strony. Wojna wydaje się być naturalnym stanem rzeczy i -jak mawia jedna z postaci- czymś, co ludziom wychodzi świetnie lub wręcz najlepiej. Nawet absolut okazuje się toczyć wewnętrzny konflikt ze sobą samym, z czym związany jest motyw tajemniczego drzewa życia. Domagalski zaznacza też istniejący w XV wieku swoisty polityczno-militarny „trójkąt”, tworzony przez Polskę, państwo krzyżackie i prawnuka Kazimierza Wielkiego, Zygmunta. A sam Zawisza? Nie beka i nie pierdzi w kulbace jak u Sapkowskiego. Jako wzór cnót rycerskich nie godzi się z mordowaniem i znęcaniem się nad bezbronnymi i słabszymi; w takich sytuacjach reaguje tyleż szybko, co skutecznie- oprawców czeka śmierć od miecza. „Piąta pora roku” to udane opowiadanie, jako jedyne nie „umieszczone” w przyszłości i niezwiązane z II wojna światową czy XX wiekiem, za co autorowi należy się plus. Ocena: 5.

10. Jacek Komuda „1989”.

Uff… Od czego tu zacząć? Bardzo mocne, bardzo wyraziste (również pod względem politycznym) opowiadanie, pełne dosadnego czy wręcz wulgarnego języka. Ale jeśli główną postacią jest niejaki Seta- pracownik kostnicy, recydywista i warszawski bandzior, to trudno, aby on i koledzy posługiwali się językiem wziętym z „Pana Tadeusza”. Jeśli się opisuje takie środowisko, nie można inaczej. Polska znajduje się pod okupacją Sowietów, którzy na wezwanie generała Jaruzelskiego interweniują w 1982 roku, gdyż wojsko polskie zbuntowało się przeciw socjalistycznej władzy. Po ulicach stolicy poza milicjantami spacerują znienawidzeni sołdaci. Obie grupy nie darzą siebie wzajemną sympatią, tak jak jest to przedstawiane na plakatach propagandowych. Esbecy na przesłuchaniach katują i mordują ludzi, w tym często zbuntowanych przedstawicieli środowiska akademickiego. Ciała zabitych są zakopywane lub palone w piecach krematoryjnych. Agenci i współpracownicy SB nie są jednak do końca bezkarni i bezpieczni- wszelkiej maści kolaboranci są, z dużą skutecznością, zwalczani przez człowieka zwanego Kotwicą. Po egzekucji na ciałach zabitych pozostawia on charakterystyczny i wymowny znak Polski Walczącej. Co jakiś czas w ciemnych, stęchłych i śmierdzących uryną zaułkach przepadają bez śladu radzieccy żołnierze.Polska w „1989” to kraj pogrążony w biedzie, brudny, szary i zalany alkoholem, tak jak praskie kamienice. Słowem: ojczyzna w komudowej wizji została upodlona i udręczona tak, że bardziej już chyba nie można. I tylko jednemu z „bohaterów” śni się dziwny sen o pełnych sklepowych półkach, uśmiechniętych sprzedawcach, wieżowcach ze szkła i ogólnym dobrobycie w wolnym kraju. Polska jest niby całkowicie zdegradowana, ale wciąż pozostaje niepogodzona z losem (a przynajmniej tyczy się to większości społeczeństwa). Ocena: 5.

Podsumowanie

Antologie nawet słabsze, często bronią się różnorodnością tematyczną. W „Jeszcze nie zginęła” mamy do czynienia z rozmaitymi ujęciami tematu. Opisywany zbiór opowiadań należy do więcej niż dobrych, jest ewidentnie lepszy od obu części wydanej również przez Fabrykę Słów antologii „Niech żyje Polska”. Oceną końcową będzie więc czwórka z plusem , co nie jest średnią wyciągniętą z ocen cząstkowych.

Tutaj rzeczywiście nie znajdziecie złych opowiadań!

______________________________

TYTUŁ: Jeszcze nie zginęła

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 4,5/6

Więcej niż klasyczna sf

Książka „Kolory sztandarów”, już w nowym wydaniu, trafiła w moje ręce niedawno i nie czekała długo na półce. Silną zachętą do jej szybkiego przeczytania była informacja na okładce o nagrodzeniu jej Zajdlem w roku 1996. W tymże roku do najważniejszej nagrody polskiej fantastyki nominowane były między innymi „Chrzest ognia” Sapkowskiego i „Ostatni, którzy wyszli z raju” M. Huberatha. Trzech pozostałych powieści nie czytałem, trudno mi więc subiektywnie ocenić, czy Zajdel dla pana Kołodziejczaka był zasłużony. Jakby nie patrzeć w 1996 roku byłem smarkaczem i dopiero zaczynałem swoją przygodę z fantastyką. Warto zauważyć, że to wydanie (wcześniejsze wyszły pod szyldem supernowa) może poszczycić się bardzo „efekciarską” okładką, która zapewne przyciągnie uwagę młodszych czytelników, szczególnie graczy komputerowych. Przynajmniej tak mi się wydaje…

Zacznijmy od bohatera powieści. Daniel Bondaree jest tanatorem, sędzią-egzekutorem na wolnej kolonii, planecie Gladius. Tanatorzy to maszyny do walki; wyposażeni w wczepy i hormonalne ulepszenia organizmu stanowią grupę niemal idealnych żołnierzy. Niestety planeta ma poważne problemy. Jednym z nich jest obecność obcych, których destrukcyjna bądź co bądź działalność wymyka się ludzkiemu rozumowaniu i logice. Korgardzi pozostają rasą tajemniczą, o niepojętych motywach i celach, na domiar złego technologicznie przewyższają mieszkańców kolonii. Szybko okazuje się, że prowadzą coś w rodzaju pełnych makabry eksperymentów na porwanych ludziach. Drugie zagrożenie stanowi potężne galaktyczne imperium – Dominium Solarne. Ofiaruje pomoc w walce z najeźdźcami, ale ceną jest utrata niezależności i niepodległości Gladiusa. Wchłonięcie przez strukturę, gdzie zdaniem niektórych, również Daniela, zniszczono indywidualność, a rządy -także przez kontrolę zaczipowanych umysłów- sprawuje Sieć Mózgów. Dominium zdaje się mieć niegasnący apetyt na kolejne zdobycze terytorialne i władzę w kosmicznym uniwersum. Na samym Gladiusie coraz większym poparciem cieszy się polityczna frakcja uległych. Ci w myśl zasady „lepsi ludzie z Dominium niż Korgadzi” opowiadają się za przyłączeniem do kosmicznego mocarstwa, tworzą bardzo wpływową koterię i powoli zdominowują środki masowego przekazu. Z czasem, po pewnej akcji na terenie obozu obcych, skąd Bondaree trafia na długą rekonwalescencję, całkowicie przejmują stery władzy. Zaczynają wprowadzać swoje porządki, co wiąże się z zakrojonym na szeroką skalę rozliczaniem poprzedników (brzmi znajomo?). Więzione są i eliminowane kolejnie niepokorne osoby. Bondaree jako człowiek z zasadami i patriota, jak wielu innych wojskowych, pozostaje w czynnej opozycji…

Przyjdzie mu między innymi uciekać przed solarnymi komandosami z prędkością ponaddźwiękową w specjalnym skafandrze i to podczas kosmicznej burzy, jeszcze raz walczyć będzie z Korgardami w ich przedziwnej i przerażającej bazie. I choć nie łatwo zabić tanatora, koniec powieści daleki jest od naiwnego happy endu, za co chwała autorowi.

Kołodziejczak przedstawił w „Kolorach…” konkretny, wyraźnie wyrysowany świat sf, dodał elementy cyberpunka (wszczepy, wirtuale itd.), sensacji jak choćby wspomniany pościg w skafandrach, a nawet -choć już w mniejszym stopniu- grozy (baza Korgardów). Na brawa zasługują pomysły z klanami lotniarzy i rzeźbiarzy pierścieni, opis zniewolonych przez obcych i pozbawionych świadomości ludzi oraz wiele innych motywów. Samym obcym daleko do zielonych, humanoidalnych ludzików, w dużej mierze pozostają poza ludzkim poznaniem. Pod koniec powieści pojawia się też kosmiczna bitwa – atak na siedzibę buntowników. Mamy więc sporo intrygujących wątków połączonych w smakowitą i strawną całość. Bohater reprezentuje typ człowieka o konkretnym światopoglądzie, tradycjonalistę, który sprawy ohydne nazywa po imieniu i nie ma zamiaru dać się uszczęśliwiać na siłę przez kogokolwiek. Powieść Kołodziejczaka to nie tylko niezła zabawa, jest w niej mowa o rzeczach poważnych- socjotechnicznych sztuczkach i zwodzeniu opinii publicznej, bezwzględnej polityce, ujednolicaniu społeczeństw w ramach rzekomego szczęścia obywateli, bezdusznym testowaniu nowych broni i poświęcaniu jednostek dla tak zwanego „wyższego dobra”. Sporo takich rzeczy możnaby wymienić po lekturze.„Kolory sztandarów” miłośnikom fantastyki powinny zapewnić kilka wieczorów książkowej rozrywki na wysokim poziomie. Nie tylko im z czystym sumieniem serdecznie polecam.

______________________________

AUTOR: Tomasz Kołodziejczak

TYTUŁ: Kolory sztandarów

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 5/6

Groza inaczej

Oglądaliście film „Nieodwracalne” z Monicą Bellucci i Vincentem Casselem? Pamiętam, że po seansie długo nie mogłem odnieść się (celowo nie używam słów „ustosunkować”) do obrazu francuskiego reżysera. W końcu stwierdziłem, iż tego rodzaju filmów o miejskiej dżungli i zezwierzęceniu ludzi możnaby nakręcić od groma i jeszcze trochę. „Nieodwracalne” opiera się na pomyśle opowiadania historii od końca i przede wszystkim na dwóch bardzo brutalnych scenach. Pierwszą z nich jest gwałt gdzieś w przejściu podziemnym pokazany tak dosadnie, że trudno o większą precyzję, druga to scena rozbijania głowy gwałciciela za pomocą gaśnicy. Film, rzecz jasna wzbudził sporo kontrowersji i zniesmaczenie u niejednego widza. Rzeczą naturalną jest postawienie pytania jak daleko posunie się dany reżyser w epatowaniu bezsensowną przemocą i jak wymyślne obrazy zaserwuje widzom? Z inną sytuacją mamy do czynienia w przypadku filmów wojennych: tu widok krwi, flaków i okaleczeń jest jak najbardziej na miejscu, przemoc jest niejako uzasadniona - urealnia opowieść o frontowym piekle („Szeregowiec Ryan”, „Kompania braci” itd.) i/lub służy budowaniu antywojennego przekazu (chociażby wstrząsający „Idź i patrz”).

Dlaczego o tym piszę? W najbardziej znanej książce Jacka Ketchuma „Dziewczyna z sąsiedztwa” scen przemocy i tortur, delikatnie mówiąc, nie brakuje. Zanim zabrałem się za lekturę wiele o książce słyszałem, przeczytałem też co najmniej kilka recenzji, wiedziałem więc mniej więcej co mnie czeka po jej otwarciu. Sam Stefan Król bardzo pochlebnie wyraża się o twórczości kolegi po piórze nazywając go „prawdopodobnie najbardziej przerażającym facetem w Ameryce” i „postacią kultową wśród czytelników gatunku”. „Dziewczyna” zaczyna się wstępem autorstwa Kinga właśnie.

Ketchum umieszcza akcję w Ameryce lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Podobnie jak w „Straconych” stara się naszkicować odpowiednie tło dla wydarzeń i bardzo dobrze mu się to udaje – czytamy o Elvisie, działalności senatora McCarthy’ego, Marilyn Monroe czy innych ówczesnych aktorkach i seksbombach (niektóre pozowały dla Playboy’a). Tytułowa dziewczyna nazywa się Meg, wraz z kaleką siostrą Suzan po tragicznej śmierci rodziców trafia pod dach ciotki Ruth. Niestety, Ruth Chandler nie tylko okazuje się zgorzkniałą furiatką; z czasem kobieta coraz bardziej pogrąża się w otchłani szaleństwa i dzikości. To ona jest głównym czarnym charakterem. Zaczyna się niby niewinnie - od pojedynczych epitetów i poszturchiwania Meg, dalej jest już przemoc fizyczna i poniżanie, a na końcu seria bestialskich i makabrycznych aktów sadyzmu. Uczestniczą w nich, z mniejszym lub większym zaangażowaniem, również synowie Ruth oraz nastolatki z sąsiedztwa. Meg przeżywa istną gehennę, niczym oskarżona o czary kobieta na inkwizytorskich torturach. W pewnym momencie jest dla katów jak przedmiot, worek treningowy, obiekt coraz wymyślniejszych eksperymentów lub ciało z seksualną obietnicą na wyciągnięcie ręki. Wtedy, kiedy spirala przemocy nie jest jeszcze rozkręcona Meg nie znajduje oparcia ani pomocy u nikogo, wliczając policję. Początkowe sygnały są zbagatelizowane w myśl zasady, że rodzice lub prawni opiekunowie mają rację i jeśli karzą, nawet fizycznie, na pewno robią to słusznie (pamiętajmy, że to lata pięćdziesiąte, a nie dzisiejsza Polska, czy tym bardziej Szwecja).

Ketchum nie szczędzi czytelnikowi opisów mrożących krew w żyłach i wywołujących wściekłość na książkowych oprawców, funduje istną jazdę bez trzymanki. Tylko jeden jedyny raz pozostawia wszystko wyobraźni czytającego. Niezwykle ważnym jest fakt, iż nastolatki nie tylko nie słyszą zakazu, nie tylko spotykają się z aprobatą osoby dorosłej, ale wręcz są przez taką osobę kierowani i zachęcani do przekraczania kolejnych granic. Wyzwalają się w nich najgorsze instynkty, chora ciekawość cierpienia i strachu przy całkowitej depersonalizacji ofiary. Młodzi chłopcy aż kipią testosteronem i marzą o naruszeniu seksualnego tabu. Ruth jest lubiana przez dzieciaki, między innymi za pozwolenie na picie piwa. Jest niemal autorytetem, któremu nie sposób się przeciwstawić, przecież to dorosły! Nieprzypadkowo narratorem książki pisarz uczynił jednego z chłopaków mieszkających blisko domu Chandlerów. David co prawda nie bierze czynnego udziału w maltretowaniu Meg, ale jego postawa moralna pozostawia wiele do życzenia. Z jednej strony pozostaje pod wrażeniem i urokiem pięknej, starszej od siebie dziewczyny; z biegiem zdarzeń coraz silniej odzywają się w nim sumienie i przerażenie. Z drugiej - chce być lojalny wobec kumpli i ich matki, przynajmniej na początku…

W „Nieodwracalnym” moim zdaniem cały scenariusz zbudowano wokół dwóch scen. Ketchum nie wymyślił scenariusza - napisało go życie, on zmienił nazwiska, czas i miejsce. Napisał książkę krótką, ale niezwykle treściwą i porażającą bezkompromisowością. U tego autora groza ma zupełnie inny wymiar. Groza ma nogi, ręce i przynależy do zdawałoby się dumnego gatunku homo sapiens. Czy pisarz przesadził? Cóż, oceńcie sami. A może, drogi czytelniku, widziałeś już tyle w filmach i telewizyjnych wiadomościach, że lektura nie zrobi na Tobie większego wrażenia?

__________________________________

AUTOR: Jack Ketchum

TYTUŁ: Dziewczyna z sąsiedztwa

WYDAWNICTWO: Papierowy księżyc

MOJA OCENA: 4,5/6

 
1 , 2
| < Grudzień 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    



Spis moli